Sinéma Érotique: Sidła miłości (1993)
Bezczelny rip-off Nagiego instynktu (1992), w którym erotyka wymieszana została z uwielbianym w Hollywood w latach 90. gatunkiem dramatu sądowego. Zamiast Sharon Stone i Michaela Douglasa — Madonna i Willem Dafoe. W gruncie rzeczy wielce makaroniarski w duchu projekt — zlepek hitowych patentów podany z nieznacznymi modyfikacjami i mocno uwypukloną golizną — choć stworzony na amerykańskiej ziemi przez… Niemca.
Już początek nie pozostawia złudzeń co do źródła inspiracji: podstarzały milioner umiera na zawał przykuty kajdankami do łoża w swej posiadłości. Werdykt policji: przedawkowanie kokainy i… seksu. Prokurator Robert Garret (Joe Mantegna) z marszu odrzuca dzieło przypadku i na główną podejrzaną o dokonanie zbrodni wyznacza kochankę zmarłego Rebeccę Carlson (Madonna). Na niekorzyść kobiety przemawia fakt, że bogacz zapisał jej w spadku 8 milionów dolarów. Adwokat Frank Dulaney (Willem Dafoe) jest jednak przekonany o niewinności swej klientki i zażarcie broni jej przed sądem. Frank nie działa zresztą z czystej dobroci serca, bowiem Rebecca skutecznie owinęła go sobie wokół palca i zaciągnęła do łóżka.
Sidła miłości bywają określane jako „vanity project” Madonny. I jest po temu kilka powodów. Piosenkarka upatrzyła sobie rolę Rebeki i nie zamierzała przyjmować „nie” jako odpowiedzi. Inna sprawa, że żeby dostać angaż nie musiała się specjalnie starać, bo producent Dino Di Laurentiis nie rozważał innych kandydatur. To miał być „thriller erotyczny Madonny”, która podporządkowała sobie reżysera Uliego Edela i wypróbowała na własnej skórze tzw. method acting, nie wychodząc z roli przez cały okres produkcji. Jej zaangażowanie widać przede wszystkim w scenach łóżkowych, do których gwiazda podeszła bez cienia pruderii. Madonna świeci bobrem, z dumą prezentuje uczciwych rozmiarów cyce i smukłą kibić, uprawia bondage i dominuje nad facetami z gracją wydestylowanej sukowatej femme fatale.



Sceny erotyczne były w sporej mierze improwizowane, co dało piorunujący efekt. Do historii kina przeszła schadzka bohaterki ze swym obrońcą, podczas której Madonna polewa związanego Dafoe gorącym woskiem i szampanem — ponoć w wersji scenariuszowej ów fragment był znacznie grzeczniejszy i dopiero gwiazda pop rozbudowała go według własnego widzimisię. Dafoe wypowiadał się o partnerce w samych superlatywach, określając ją jako wulkan energii. Na dowód, że parze pracowało się ze sobą doskonale, wystarczy nadmienić, że stanowczo odmówili wyręczania się dublerami w trakcie najbardziej wymagających scen.
Jako erotyk Sidła sprawdzają się zatem nieźle. Gorzej ma się sprawa, jeśli chodzi o warstwę dreszczowca. Obraz Edela to niestety (stety?) film niezamierzenie komiczny. Linie dialogowe miewają nieoczekiwanie komediowy wydźwięk, psychologia postaci leży i kwiczy, a zwroty akcji można przewidzieć na kilometr. Dosłowną wisienkę na torcie stanowi ostateczny dowód na „niewinność” Carlson, który wywołuje autentyczny rechot.
Z drugiej strony Sidła miłości dostarczają czystej, bezinteresownej, radosnej jak zabawa w Lajkonika frajdy. Wabią bezustannie golizną, prezentują jedną z najbardziej kuriozalnych spraw sądowych w dziejach X muzy, ogółem „śmiechem strzelają” z efektem lepszym, niż filmy z cyklu W krzywym zwierciadle — pal licho czy ta rozrywkowa strona wypadła zgodnie z zamierzeniami twórców. Przez półtorej godziny nie ma czasu na nudę, pokusiłbym się wręcz o stwierdzenie, że to perfekcyjny pastisz Nagiego instynktu i jego epigonów. I przy okazji to jedyna okazja, by zobaczyć jak Willem Dafoe strzela minetę Madonnie. A kilka scen później gwałci ją analnie. Bądźmy szczerzy: to właśnie dla takich delicji warto było wynaleźć kinematograf!

Pornograf i esteta. Ma gdzieś konwenanse. Do jego ulubionych twórców należą David Lynch, Stanley Kubrick, Gaspar Noé oraz Veit Harlan. Przyszedł ze śmiertelnego zimna, dlatego zawsze mu gorąco.





