Sinéma Érotique: Uwięziona Helena (1993)

Jennifer Chambers Lynch teoretycznie miała ułatwioną ścieżkę kariery. Już jako dziecko wystąpiła w pełnometrażowym debiucie ojca Głowa do wycierania (1977, scena z jej udziałem nie trafiła do gotowego filmu). Jako nastolatka dostała fuchę asystentki produkcji na planie Blue Velvet (1986), a w wieku 22 lat wydała Sekretny dziennik Laury Palmer, książkę stanowiącą suplement do bijącego rekordy popularności serialu Davida Lyncha Miasteczko Twin Peaks (1990). Trzy lata później miała już na koncie własny debiut reżyserski. Tutaj niestety nic nie poszło, jak należy. Uwięziona Helena zaliczyła klapę w box office, krytycy nie zostawili na filmie suchej nitki, a młoda twórczyni stała się celem ataków środowisk feministycznych. Gdy dodamy do tego perturbacje towarzyszące powstawaniu dzieła, nie dziwi fakt, że Jennifer usunęła się po premierze obrazu w cień, została matką i nie sięgała po kamerę przez kolejne piętnaście lat.

Na zarys fabuły, który legł u podstaw kontrowersyjnej Heleny, wpadł producent Philippe Caland, który uznał jednak, że drażliwa tematyka wymagać będzie „kobiecej ręki”. Jennifer Lynch wpadła mu w oko podczas odczytu poezji i Caland wystąpił z propozycją przerobienia pomysłu na scenariusz. Po początkowym wahaniu — dziewczyna uznała koncepcję za nadto makabryczną — Lynch przyjęła projekt. Napisany przez nią skrypt spotkał się ze sporym zainteresowaniem w branży. Początkująca reżyser chciała do roli tytułowej pozyskać Madonnę, która jednak wymigała się od udziału. Na jej miejsce wskoczyła Kim Basinger, która jednak po podpisaniu umowy zaczęła nalegać na zmiany w charakterystyce swej postaci. Kiedy producentom i gwieździe nie udało się dojść do porozumienia, aktorka postanowiła opuścić pokład. Sprawa finał znalazła na sali sądowej: Basinger przegrała batalię i narzucono jej karę pieniężną opiewającą na zawrotną sumę 8 milionów dolarów. A wszystko to jeszcze przed pierwszym klapsem na planie.

Dalej rzeczy potoczyły się już z górki: w główną postać ostatecznie wcieliła się Sherilyn Fenn, jej oprawcę zagrał Julian Sands. Na drugim planie dobrą robotę odwalili Bill Paxton, Kurtwood Smith i Art Garfunkel. Co się tyczy samej historii, to Lynch przeistoczyła upiorny koncept o więzionej przez psychopatę, niepełnosprawnej dziewczynie w mroczną baśń, w której większość drastycznych detali pozostawione zostało wyobraźni widza.

Takt, z jakim córa Davida podeszła do tematu na wiele się jednak nie zdał. Wprawdzie na festiwalu w Sundance obraz został przyjęty ciepło, ale po premierze opinie recenzentów były głównie negatywne. Narzekano na nieudolną reżyserię debiutantki, w ślad za którym to zarzutem poszła antynagroda Złotej Maliny. Niektórzy byli rozczarowani, nazywając obraz nie tyle bulwersującym, co po prostu nudnym. Aura skandalu towarzysząca produkcji od zarania, bynajmniej jednak nie wyparowała. Na celownik Lynchównę wzięła feministyczna organizacja National Organization of Women, która rozpętała burzę wokół rzekomo mizoginistycznej wymowy jej filmu. Reżyserka po latach odniosła się do sprawy z dystansem, oceniając, że paradoksalnie to urodzenie dziecka przyniosło jej ulgę i zmyło piętno medialnej nagonki. Niezbadane są wyroki matriarchatu.

Uwięziona Helena prasę zatem miała kiepską, a widzowie omijali sale kinowe, w których grano problematyczny tytuł. Drugi żywot produkcja otrzymała na rynku wideo, z czasem zyskując sobie reputację celuloidowego dziwoląga, bękarta popełnionego przez nieodrodną córkę Davida Lyncha. Jest to bowiem przykład obrazu, w którym niedociągnięcia realizacyjne można poczytać za atut, a wręcz kwestionować czy naprawdę są one niedociągnięciami. Czy film jest kiczowaty? Owszem. Ale to kicz niezwykle rozrywkowy, miły oku, kampowy u źródła, a przez to pociągający, być może nawet zamierzony. Niczym w kultowym Twin Peaks Jennifer Chambers sięga po poetykę mydlanej opery i egzaltowane środki wyrazu, by w mięciutkim jak aksamitne pościele pięknej Heleny opakowaniu sprzedać opowieść o obsesji, sadyzmie i perwersji. Wyniosła, wyrachowana bohaterka traci swą godność i niezależność. Za sprawą pokracznego chirurga z kompleksem Edypa zamienia się w bezwolną kukłę, kadłubek, który może już jedynie przeklinać swego oprawcę. Pozostaje przy tym nieskazitelna jak posąg Wenus z Milo. Sceny seksu mają powab softcore’owej erotyki spod znaku Zalmana Kinga i wbrew pozorom i oskarżeniom krytyków tworzy to całość zgrabną i wcale przemyślaną. Solą w oku pozostaje tak naprawdę jedynie stanowiący rodzaj zapobiegawczego mrugnięcia do widza okiem finał, który niepotrzebnie obraca całą tę potworną love story w niewyszukany żart.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *