The People Who Own the Dark (1976)

Grupa wysoko postawionych oficjeli spotyka się w położonym na prowincji zamku. Towarzyszą im „damy do towarzystwa”, wespół z którymi przez kolejne kilka dni będą oddawać się libertyńskim przyjemnościom, wcielając w życie ideały markiza de Sade. Skrupulatnie zaplanowane swawole przerywa niespodziewane zdarzenie. W bliżej nieokreślonej odległości wybucha bomba atomowa, a uczestnicy orgii zostają odcięci od świata…

Hiszpańska odpowiedź na Noc żywych trupów (1968) w post-apokaliptycznych dekoracjach – tak w skrócie można podsumować Último deseo (AKA The People Who Own the Dark). Szybko okazuje się bowiem, że uwięzieni w zamku bogacze nie są jedynymi ocalałymi: u podnóża włości znajduje się wioska, której wszyscy mieszkańcy oślepli i są zgoła nieprzychylnie nastawieni do obcych (mają zresztą ku temu swoje powody). Nietrudno doszukać się w tej konstrukcji fabularnej ledwo tylko zakamuflowanej alegorii społecznej: żyjący w luksusach zdeprawowani próżniacy stają naprzeciw warstw, które do tej pory wyzyskiwali na rozmaite sposoby. Atomowa zagłada odwraca jednak role, a przedstawiciele „wyższych sfer” muszą salwować się ucieczką przed pałającym chęcią zemsty ludem. Parabola czytelna, na szczęście potraktowana przez Argentyńczyka Leóna Klimovsky’ego (m.in. głośne La Noche de Walpurgis [1971], pierwszy wielki hit hiszpańskiego kina grozy) instrumentalnie i bez nadmiernych pretensji.

Punkt wyjścia jest tu zresztą – nawet jeśli poniekąd wtórny względem Romero – wyborny i niezwykle obiecujący. Niestety (stety?), ze względu na ograniczenia budżetowe, twórcy nie mogli sobie pozwolić na rozegranie wizji nuklearnej hekatomby z odpowiednim rozmachem, postawili więc na sugestię. Film dzieli się w sposób niejako naturalny na dwie części: pierwsza, rozegrana na zamku, skutecznie buduje napięcie i mnoży pytania, w drugiej mamy już otwartą walkę. Scenariusz wprowadza grupę wyrazistych postaci, o których wiemy wystarczająco mało, by z nimi sympatyzować lub – w przypadku niektórych – wystarczająco dużo, by znienawidzić. Survivalowy charakter historii (więcej tu zresztą survivalu, niż czystego horroru) objawia prawdziwe oblicza poszczególnych bohaterów, powtarzając starą, doskonale znaną mantrę: człowiek człowiekowi wilkiem. Miłośnicy nadprzyrodzonych stworów nie mają zatem tutaj czego szukać, entuzjaści europejskich budżetowców z okresu – jak najbardziej.

Ostatni docenią w pierwszej kolejności obsadę, pośród której znajdziemy m.in. Alberto de Mendozę (m.in. The Strange Vice of Mrs. Wardh [1971], Horror Express [1974]), Nadiuskę (matka Conana u Miliusa), Marię Perschy (The Castle of Fu Manchu [1969], The Blue Eyes of the Broken Doll [1974]) czy – regularnie współpracującego z Klimovskim – Paula Naschy’ego (tutaj bez wilkołaczej charakteryzacji, za to jako jednoznaczna szumowina). Nie otrzymamy za to wyrazistego gore: śmierci nie należą do przesadnie krwawych i nie stanowią clou programu. Zamiast tego jest gęsty, skąpany w hiszpańskim słońcu, klimat – wszystkie „pozazamkowe” sceny rozgrywają się tutaj za dnia, co dodatkowo potęguje ponury wydźwięk całości. Zwieńczonej do tego kapitalnym – choć ponownie częściowo skradzionym od Romero, tyle że wydaniu „podrasowanym” – finałem do taktów Ode an die Freude Beethovena. Jedyne, czego tak naprawdę brakuje, to większej dawki perwersji obiecanej na wstępie. Reszta to solidny wzorzec postapo dla przyszłych pokoleń!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *