Miłość kąsa. Wybór najciekawszych tragedii romantycznych
Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest… Co jednak, gdy miłość przybiera formę mrocznej obsesji, wymyka się spod kontroli rozumu i nie prowadzi nijak do odkupienia, lecz wręcz przeciwnie: niszczy swego „nosiciela” oraz obiekty jego uczuć? W tegorocznym tekście Walentynkowym z cyklu Sleaze-A-Thon postanowiliśmy przyjrzeć się ciemnej stronie miłości w jej różnych filmowych wcieleniach. Przygotujcie się na tanią eksploatację, kino artystyczne i jeszcze tańszą eksploatację!
1966 – The Third Eye (reż. Mino Guerrini) – Dr Butcher

„Każdy zabija to, co kocha.”
Mino (młodziutki Franco Nero u progu kariery), arystokrata zajmujący się taksydermią, od lat żyje w cieniu despotycznej matki (znakomita Olga Solbelli u kresu kariery). Kiedy wreszcie postanawia ożenić się z Laurą (młodziutka Erika Blanc u progu kariery), rozpętuje burzę zarówno w domu, jak i w sercu gospodyni Marty (Gioia Pascal, kariery niestety nie zrobiła), która od dawna żywi wobec niego uczucie. Marta, przerażona wizją utraty wpływu na Mina, postanawia pozbyć się rywalki i celowo uszkadza hamulce w jej samochodzie, doprowadzając do śmierci Laury. Mino, będący świadkiem tragedii, wydobywa ciało ukochanej z rozbitego auta i ukrywa wrak w jeziorze, następnie przywraca zwłoki Laury do „idealnego” stanu i układa w małżeńskim łóżku, jakby czas miał się zatrzymać. Tymczasem Marta usuwa ostatnią przeszkodę na drodze do zawładnięcia domem: zrzuca matkę Mina ze schodów, przejmując pełną kontrolę nad sytuacją.
W przypadku The Third Eye słynne zdanie Wilde’a nabiera dosłownego wymiaru. Miłość, obsesja, pożądanie i śmierć stapiają się tu w jedno, a granica między oddaniem a destrukcją przestaje istnieć. Tę historię ciągnie na swoich barkach młodziutki Franco Nero, aktor, który w momencie premiery był już narodową sensacją po sukcesie Django. U Guerriniego jest jeszcze nieoszlifowany, by nie rzec drewniany, ale dokładnie ten rodzaj emocjonalnej sztywności buduje postać Mina: mężczyzny nierozerwalnie zrośniętego z przeszłością, niezdolnego do życia w świecie, który gwałtownie się zmienia. Od pierwszych scen widać też echo Psychozy, film sięga po podobne lęki: toksyczną zależność między matką a synem, klaustrofobiczną przestrzeń domu. A jednak Guerrini prowadzi tę opowieść w inną stronę. Zamiast amerykańskiej narracji o podwójnej tożsamości, dostajemy portret człowieka chcącego zatrzymać czas tak desperacko jak tylko to możliwe.
The Third Eye powstało jako skromny projekt, oparty na pomyśle producenta, z dorzuconym „dla klimatu” nazwiskiem Gillesa de Raisa na początkowych napisach. Korzystający z rekwizytów włoskiego gotyku: sobowtóra, melodramatu, anglojęzycznych pseudonimów, jednocześnie je rozmontowujący. Jak słusznie zauważa Roberto Curti, willa, w której żyje Mino, tonie w dzikiej roślinności jak relikt ginącego świata. Gdy film wychodzi poza jej mury, gotyckość natychmiast się rozpada, ustępując miejsce banalnej współczesności: klubom nocnym, stacjom benzynowym. Guerrini podkreśla to toksyczne zamknięcie poprzez figury kobiet: kontrolującą matkę, i gospodynię Martę, która przejmuje jej rolę. Tylko siostra bliźniaczka Laury potrafi naruszyć tę martwą przestrzeń.
Człowiek, który nie potrafi żyć w teraźniejszości, wybiera miłość absolutną, ale jednocześnie martwą. Miłość poza grób, która staje się jednocześnie własnym zaprzeczeniem. I może właśnie w tym tkwi siła filmu Guerriniego: w pokazaniu, że największe perwersje nie rodzą się z pożądania, lecz z lęku przed utratą. Z niemożności pogodzenia się z tym, że osoba, którą kochamy, może wymknąć się spod naszej kontroli. Film stał się na tyle przełomowym w swej wymowie, że po latach powrócił do niego Joe D’Amato, tworząc swój najbardziej znany horror, o którym kilka słów poniżej.
1970 – The Amazing Transplant (reż. Doris Wishman) – Caligula

Coś jest nie tak z Arthurem (Juan Fernandez), albowiem z grzecznego, poukładanego chłopca z dnia na dzień przeistoczył się w seryjnego gwałciciela i mordercę. Gdy jego dziewczyna Mary (Sandy Eden) zostaje znaleziona martwa w swym mieszkaniu, biedny Arthur zostaje głównym podejrzanym popełnienia zbrodni. Do akcji wkracza wuj chłopaka, detektyw z policji (Larry Hunter) – ma tylko 24 godziny na rozwikłanie zagadki, zanim domniemanego sprawcę wezmą w obroty mniej wyrozumiali funkcjonariusze.
Dzieło przodowniczki pracy z grindhouse’owego podziemia Doris Wishman to typowe kino eksploatacji z epoki: tanie, nieporadnie zrealizowane i charakteryzujące się absurdalnym punktem wyjścia, który stanowić miał wabik na widzów spragnionych emocji. Wprawdzie szokujące rozwiązanie zagadki, a zarazem wytłumaczenie intrygującego tytułu poznajemy dopiero pod koniec, ale co tam — zachowam się jak chuj skończony i zaserwuję spoiler: otóż Arthur przeszedł niezwykłą, bezprecedensową operację. Na własną zgubę — i za własną zgodą (ba! sam nalegał incel niemyty!) – poddał się przeszczepowi penisa. Prącie pochodziło od umierającego kolegi nieszczęśnika, który miał ogromne powodzenie wśród dziewcząt. Arthur myślał, że dzięki przyszyciu sobie superwisiora kumpla sam stanie się Casanovą, a zamiast tego wyszła zeń kanalia i gwałciuch pospolity. Pomysł idiotyczny i chwytliwy zarazem, ale w ujęciu Whisman wyłazi z tego takie rozlazłe ściskanie za cycki. Miłośnikom sexploitów dla ubogich na grzybnię miejsc intymnych przepisywać należy, póki świąd nie ustanie. Amputacja wszak to ostateczność.
1971 – The Sensuous Teenager (reż. Max Pécas) – Caligula

Carole (Sandra Julien) to młódka urodziwa i nader płochliwa. Uroki miłości cielesnej wciąż obcymi jej są i przed swym chłopcem ukochanym nie potrafi się należycie otworzyć. Aż tu pewnego dnia wypadek straszny ją dotyka: spada do windy szybu. Trach! Uchodzi jednak niepokancerowana z tego zajścia, choć w jej duszy cosik się zmienia. Od tej pory o niczym innym, jak tylko o rozkoszach ciała myśleć nie może.
Max Pécas i Claude Mulot, czyli czołowi wywrotowcy francuskiego kina kręconego pod kołderką (pierwszy kombinował z erotyką, kinem młodzieżowym, a nawet z kinem akcji [patrzaj: maczystowskie Brigade of Death z ’85], drugi tworzył tamtejszy rynek filmów pornograficznych), opowiadają o seksualności stłumionej pod buciorem patriarchatu. Carole seksu boi się jak ognia, czym naraża się na brak zrozumienia ze strony ukochanego. Kiedy zaś przestawia się na tryb nimfomanki, to otoczenie poczyna traktować ją jak ladacznicę. Tak źle i tak niedobrze. Mulot, tutaj współscenarzysta, motyw seksualnej wolności kobiecej pogłębi w głośnym Pussy Talk (1975). W The Sensuous Teenager panowie, póki co trzymają się — głównie ze względów cenzuralnych — wysmakowanej erotyki z humanistycznym przekazem, który można by podsumować słowami: czasem, aby znaleźć miłość życia, trzeba się spierdolić z wysokości i dymać bez litości.
1978 – The Dawn Rapists (reż. Ignacio F. Iquino) – Caligula

Gang wyrostków zabija nudę życia w slumsach, porywając i gwałcąc młode dziewczęta.
Powyższy lakoniczny opis fabuły zwiastuje kino brudne i prymitywne. I nie jest to w żadnym razie przekłamanie: obraz Ignacio F. Iquino pod względem konstrukcji spełnia wszelkie wymogi wulgarnej eksploatacji. Przez większość czasu obserwujemy po prostu kolejne wyczyny rozwydrzonych nastolatków, dla których torturowanie przypadkowych ofiar stanowi czystą rozrywkę. W ich żałosnych egzystencjach nie ma miejsca na uczucia wyższe czy wyrzuty sumienia. To skrajne produkty patologicznych nizin społecznych, co twórca najlepiej obrazuje za pomocą wątku ciężarnej siostry jednego z bohaterów, która za pieniądze oddaje się jego kompanom, zasilając w ten sposób rodzinny budżet, który z kolei jest w całości przepijany przez ojca familii. W tym świecie miłość to jedynie pusty frazes, zbytek, wymysł dobrze urodzonych panienek, które beztrosko przechadzają się ulicami w kusych spódniczkach, podnosząc ciśnienie grupie zafiksowanych na punkcie seksu oprychów. Szczyt ekranowego plugastwa osiąga obraz w scenie, w której zgwałcona dziewczyna umiera w ramionach oprawcy. Jego kolega, który miał być następny w kolejce, nie zamierza zaś rezygnować ze swojego przywileju i ochoczo zabiera się do posuwania trupa. Iquino, twórca określany mianem „hiszpańskiego Rogera Cormana”, prężnie działający już od połowy lat 30., na etapie kręcenia The Dawn Rapists był już dobiegającym 70. seniorem, ale w kwestii sleazu odwagi i pomysłowości mogliby mu zdecydowanie pozazdrościć młodsi o połowę koledzy po fachu twórcy B-klasowego ścierwa. Należy jednocześnie przestrzeń, że ciąg sekwencji opartych na jednym schemacie (porwanie, ciągnące się w nieskończoność gwałty zbiorowe) z czasem zaczyna być nieco nużący. Konwencję ożywia w drugiej połowie wyraźny skręt narracji w kierunku policyjnego procedurala wymieszanego z dramatem społecznym. Co nie zmienia faktu, że Iquino, twórca m.in. kuriozalnej Secta Siniestra (1982), najbardziej przekonujący jest, gdy bez cienia zażenowania tapla się w mizoginistycznym syfie.
1979 – Mroczny instynkt (reż. Joe D’Amato) – Caligula

Pyt.: Jak to jest, że miłośnicy włoskiego kina grozy darzą taką estymą Joe’go D’Amato, skoro facet większość zawodowego życia spędził na kręceniu pornosów?
Odp.: Antropophagus, Absurd, BUIO „FUCKIN'” OMEGA!
Remake The Third Eye, w dostosowanym do rzeźnickiej epoki świetności włoskiego kina gatunkowego wydaniu. Frank ((Kieran Canter) mieszka w wielkiej willi w towarzystwie apodyktycznej gosposi Iris (Franca Stoppi). Chłopak jest chory z miłości do pięknej Anny (Cinzia Monreale). Kiedy dziewczyna umiera w tajemniczych okolicznościach (za jej śmierć odpowiedzialna jest tak naprawdę knująca własną intrygę matrymonialną Iris), ukochany wykrada jej zwłoki z grobu, balsamuje je i umieszcza w swojej sypialni. Makabryczny czyn wkrótce pociąga za sobą serię zbrodni mających na celu jego ukrycie przed światem.
D’Amato wzbogaca gotycki sztafaż ogromną dawką świetnie wykonanego gore. Za co chwała mu i cześć! Ćwiartowanie i rozpuszczanie ciała w kwasie, wydłubywanie oka, przegryzanie krtani czy wreszcie ukazany z detalami proces tanatopraksji – Włoch doskonale wie, czego widownia oczekuje po współczesnym horrorze. Akcję rozgrywa przy tym głównie za dnia, co w połączeniu z kapitalnym soundtrackiem Goblinów nadaje całości jeszcze bardziej ponury wymiar.
Nie tylko flakami jednak buduje się narrację – dzieło Massaccasiego to także przejmująca historia miłosna. Frank jest szaleńcem, ale jego pobudki są czyste: kocha bez opamiętania, po grób i dalej. Wcieleniem zła jest wyrachowana Iris, której marzy się dołączenie do „arystokracji” poprzez zniewolenie i poślubienie apatycznego, pasywnego podopiecznego. Staje się jego wspólniczką w obłędzie, która z uśmiechem na ustach rozczłonkowuje doczesne szczątki ofiar, a następnie zajada się ze smakiem brejowatą potrawką mięsną. Nekrofilia, rozkład, kompleks Edypa, zabawa motywem zza grobu – D’Amato wstępuje tu do panteonu mistrzów włoskiej grozy z godnym pozazdroszczenia tupetem i bezkompromisowością.
2002 – May (reż. Lucky McKee) – Justine de Sade

So many pretty parts and no pretty wholes.
May (świetna Angela Bettis) od dziecka uchodziła za dziwaka z powodu choroby – leniwego oka. Odsuwana od rówieśników i samotna dziewczynka za jedyną przyjaciółkę miała lalkę umieszczoną w szklanej gablotce. Dorosła już May jest asystentką weterynarza, lecz jej problemy nie zniknęły. Dziewczyna desperacko poszukuje miłości i akceptacji, lecz jej nieprzystosowanie społeczne odstrasza każdego do kogo się zbliży. Niepowodzenia towarzyskie zaczynają coraz bardziej wpływać na psychikę dziewczyny i podsuwają jej pewien diabelski pomysł.
Film Lucky’ego McKee nie cieszył się wielkim sukcesem w czasie premiery, lecz dziś już uznaje się go za kultowy (w dużej mierze za sprawą świetnych, memicznych dialogów, wiadomo co najlepiej sprzedaje się w internecie). W istocie, to jeden z najciekawszych horrorów XXI wieku. McKee w udany sposób miksuje makabrę, czarny humor i poruszającą opowieść o samotności i potrzebie bycia zauważonym. Ciężko nie ulec urokowi tytułowej bohaterki, dziwnej, nieśmiałej, ludzkiej. Widzowi udziela się mieszanina sympatii, zażenowania i współczucia, dokładnie tych uczuć jakimi obdarza May obiekt jej zainteresowań, Adam.
A skoro o Adamie mowa, nie sposób nie wspomnieć o jego sympatii do horrorów i kina kultowego – chłopak niejednokrotnie wspomina Dario Argento, pokazuje May swój krótkometrażowy film – amatorską, choć przyjemną produkcję o kochankach zjadających siebie nawzajem. McKee dość często snuje aluzje do innych filmów, mruga okiem do widza-nerda, ale nie robi tego w natrętny i irytujący sposób. Symbolu jego miłości do kina i inspiracji, które złożyły się na powstanie May, można zresztą upatrywać w “frankensteinowskiej” końcówce.
Pierwsze dwa akty filmu unurzane w czarno-komediowej konwencji opowiadają o staraniach May w dopasowaniu się do świata i oczekiwań. Dopiero trzeci akt wkracza na terytorium horroru będąc jednocześnie opowieścią o emancypacji. Rozczarowana ludźmi May w końcu dochodzi do prostego wniosku – nie warto zmieniać się na siłę i dopasowywać do innych. Może to innych trzeba dopasować do nas? Postępująca dezintegracja psychiki dziewczyny sprawi jednak, że weźmie ona te wnioski zbyt dosłownie. Makabryczna końcówka jest pełna soczystego gore, ale też smutnej refleksji na temat samotności związanej z byciem innym.
Teksty zbiorowe załogi Savage Sinema.





