Francophilia: Faceless (1987) / Downtown Heat (1994)
Lata 80. w przypadku Jessa Franco oznaczały coraz niższe budżety przyznawane mu przez producentów, masę kręconego taśmowo porno oraz pogłębiające się niechlujstwo reżysera. Oglądając niektóre spośród obrazów nakręconych w tym okresie przez Hiszpana, można wręcz odnieść wrażenie, że stracił on serce do kina. Na dowód jednak, że generalizować nigdy nie jest dobrze, warto zaznaczyć, że to właśnie pod koniec lat 80. Franco otrzymał dla swojego projektu jeden z największych budżetów w całej swej karierze i nakręcił jeden z najbardziej cenionych przez fanów obrazów.
Faceless (1987)

W 1987 roku producent i dystrybutor René Château korzystając z nowych ulg podatkowych dla francuskich filmowców, zaproponował Jesúsowi Franco nakręcenie horroru dla swojej firmy. Franco poszedł na łatwiznę i sięgnął po swój ulubiony pomysł: fabułę The Awful dr. Orloff (1962), którą w trakcie kariery przerabiał i opowiadał „na nowo” wielokrotnie (a którą zapożyczył z kultowego arthouse’owego klasyka grozy Oczy bez twarzy [1960]). Historię rzecz jasna zmodyfikował, tak by pasowała do nowej epoki: tytułowi „drapieżcy” (oryginalny francuski tytuł to Les prédateurs de la nuit) szwendają się nocną porą po dyskotekach, a ich łowom przygrywa w tle miałki pop.
Sam rdzeń fabuły ulega jedynie nieznacznym modyfikacjom. Zamiast szalonego Orloffa (który pojawia się tu jedynie gościnnie i gra go oryginalny odtwórca tej roli, Howard Vernon) mamy chirurga plastycznego doktora Flamanda (Helmut Beger), który poszukuje „dawcy” do przeszczepu twarzy dla swojej siostry, oszpeconej przez niezadowoloną klientkę doktorka. W tle pojawia się świat modelingu, jest odrażający pomagier (Gerard Zalcberg, oblech na równi zapadający w pamięć co upiorny Morpho z oryginalnego filmu) oraz nazistowski zbrodniarz (Anton Diffring), który jako jedyny jest w stanie przeprowadzić skomplikowaną operację.

Franco wykorzystał gigantyczny jak na jego standardy budżet, do stworzenia czegoś w rodzaju „the best of…”, zwięzłego katalogu swych ulubionych motywów filmowych — poskąpić musiał tym razem jedynie na erotyce, aby nie zrażać widzów nieprzyzwyczajonych do zbliżeń na genitalia. Powierzone mu pieniądze spożytkował zresztą z rozumem, przeznaczając je na międzynarodową obsadę i efekty gore. Gaże aktorskie powędrowały do ulubieńca Viscontiego Bergera, „nawróconej” gwiazdy porno Brigitte Lahaie, weteranki Stéphane Audran, Caroline Munro, Telly’ego Savalasa oraz Chrisa Mitchuma, którego Franco chętnie obsadzał w rolach, które dekady wcześniej zapewne mogłyby przypaść w udziale ojcowi aktora, gdyby tylko Robert wylądował w Europie bez poczucia własnej wartości i grosza przy tyłku.
Co się tyczy gore, to Jess jedzie tu bez kompromisów po bandzie i oferuje takie atrakcje jak: ucinanie rąk, zastrzyk z trucizny w gałkę oczną, zdzieranie żywcem skóry z twarzy i odcinanie głowy piłą mechaniczną. Poziom wykonania bywa różny, ale ogólnie rzecz biorąc, każdy miłośnik makabry starej daty powinien być zadowolony z tego, co wyczarował spec od efektów Jacques Gastineau.
Najgorzej w tym całym „składaku” prezentuje się niestety sam scenariusz, w którym roi się od niepotrzebnych wątków, kuriozalnych rozwiązań i złych linii dialogowych. Najbardziej jaskrawy przejaw fuszerki, jakiej dopuszcza się co rusz Franco, stanowi postać grana przez wspomnianą Audran: przez pół filmu odgraża się ona doktorowi Flamandowi, że opowie całemu światu o zbrodniach, które mają miejsce w jego klinice, a doktor ją konsekwentnie zlewa aż do momentu, gdy reżyser uznaje za stosowne efektownie zakończyć żywot starej damy. Głupot jest tu bez liku, ale też bądźmy przy okazji tego stwierdzenia szczerzy: przecież to część uroku tego typu rozrywki. Grunt wszak, że ilość flaków wyciągniętych na światło dzienne się zgadza.
Downtown Heat (1994)

Trzy lata później Franco wziął się za bary z gatunkiem, którego elementy wprawdzie okazjonalnie inkorporował do swoich produkcji („rozgrzebane” i pozostawione Andrei Bianchiemu Commando Mengele [1985], Dark Mission: Flowers of Evil [1988]), ale mięty nigdy nie było: kinem akcji.
Miasto gdzieś w Południowej Ameryce. Dwójka funkcjonariuszy policji jest świadkami, jak oprychy pozbywają się ciała młodej dziewczyny. Jeden z policjantów ginie w wymianie ognia ze sprawcami, drugi udaje się w pościg za nimi, który musi jednak przerwać na polecenie przełożonych: rejestracja wozu, którym poruszają się przestępcy wskazuje, że pojazd należy do dyplomaty. To jednak nie kończy sprawy: powodowany chęcią zemsty i wyrzutami sumienia gliniarz wchodzi w komitywę z żoną zamordowanego partnera oraz amerykańskim saksofonistą, by wymierzyć sprawiedliwość sprawcom zbrodni i ich mocodawcom.


Downtown Heat powstało jeszcze w 1990 roku i od razu rzuca się w oczy (i na uszy), że rzecz charakteryzuje silnie ejtisowy vibe. Po ukończeniu zdjęć Franco poróżnił się ze swoim producentem Mariusem Lesoeurem, w efekcie czego obraz miał premierę dopiero cztery lata później. Tak naprawdę jednak, w interesie Jessa i wszystkich zaangażowanych w projekt winno leżeć, aby nie dopuścić do jego szerokiej dystrybucji. Nadmieniłem na wstępie, że Hiszpan nigdy nie miał ręki do kina akcji, co tutaj niestety widać, słychać i czuć. Całą opowieść w umowne ramy ujmują dwie sceny rachitycznie sfilmowanych strzelanin, a pomiędzy nimi toczy się „śledztwo”, będące w praktyce oceanem nudy. Nie ma tu choćby śladowych ilości napięcia, tempo jest ślamazarne, postaci kartonowe, a na domiar złego twórcy uparli się, aby wszystkie kwestie dialogowe nagrać po angielsku. Problem w tym, że poza wyciekającym się w jankeskiego muzyka Connorsem językiem ojczystym niemal wszystkich odtwórców jest hiszpański i po angielsku mówią z koszmarnymi akcentami. Kwestie są dukane, często nie sposób zrozumieć, o czym w danym momencie mowa — kuriozum jak ta lala. Byłoby to może nawet zabawne, ale na dłuższą metę jest po prostu męczące, jak słuchanie jąkały. I przy całej mojej sympatii do Liny Romay — jej epizodyczny występ w roli punkówy z wysypiska śmieci nie jest tu niestety wyjątkiem.
Na obronę Franco wypada nadmienić, że zawarł w swej historii zalążek całkiem niezłego pomysłu: jego mściciele w pewnym momencie odrzucają całkowicie literę prawa i na drodze do celu posuwają się nawet do porwania niewinnej dziewczyny. Śmiała koncepcja, zgodnie z którą pozytywni bohaterowie sami zamieniają się w przestępców, by załatwić nietykalnego bandziora, pozostaje jednak kompletnie niewykorzystana, bo reżysera dylematy etyczne nie zajmują choćby w najmniejszym stopniu. Nie ma tu pazura, nie ma desperacji, wyrazistej wendety, wszystko jest mdłe i letnie. Paździerz, w skrócie rzecz ujmując, który nawet najzagorzalszym kibicom Jessa ciężko będzie obronić z którejkolwiek strony.

Pornograf i esteta. Ma gdzieś konwenanse. Do jego ulubionych twórców należą David Lynch, Stanley Kubrick, Gaspar Noé oraz Veit Harlan. Przyszedł ze śmiertelnego zimna, dlatego zawsze mu gorąco.





