Blue Monday: Blonde Goddess (1982)
Elmo Smathers (David Messa) jest rysownikiem w wydawnictwie Marble Comics. Właśnie po raz kolejny został wezwany na dywanik przez dyrektora firmy. Powód: Elmo ma tendencję do przemycania w swych komiksowych historiach treści nieprzyzwoitych i zgoła nieodpowiednich dla młodego czytelnika. Podczas, gdy jego szef i wysłanniczka organu cenzorskiego rozbierają twórczość nieszczęsnego nerda na czynniki pierwsze (przy okazji coraz bardziej się podniecając jej sprośną zawartością), on sam raz za razem odpływa do świata fantazji wyjętych wprost z kart jego rysunkowych przygód.
Film Billa Millinga, twórcy znanego m.in. z łączącego kino kopane z hard-porno dziwadełka The Vixens of Kung Fu (1975) oraz producenta kina eksploatacji (slasher Silent Madness [1984], vigilante flick Savage Dawn [1985]) to radosna celebracja eskapizmu spod znaku kina klasy B i wywodzącej się zeń Nowej Przygody. Jako ramy twórca wybiera narrację o zakompleksionym rysowniku, ale trzon opowieści stanowią kolejne epizody z wyimaginowanych światów, wieńczone każdorazowo seksualną rozpustą.






W swych snach Elmo wciela się w wykreowanych przez siebie bohaterów: męskich, umięśnionych typów, na których widok niewiastom majtki same opadają do kostek. Jako wzorowany na Indianie Jonesie podróżnik Louisiana Smith ratuje z opałów nieustraszoną Jungle Jane, by po chwili samemu wylądować w ramionach tytułowej „blond bogini” Amorelli (Barbara Peckinpaugh). Walczy ze złym niemieckim baronem (Ron Jeremy, tu jeszcze szczupły, ale już obleśny, daje popis swoich umiejętności gimnastycznych) jako as lotnictwa Johnny Yank. Wciela się w prywatnego detektywa Jacka Hammera (zbieżność nazwisk z bohaterem książek Mickeya Spillane’a nieprzypadkowa), który szuka złotego dildo. Wreszcie wybiera się w kosmiczną podróż, by stawić czoła potężnemu Megazonowi.
Dostajemy więc w cenie jednego biletu cztery nowele, po brzegi wypełnione seksem, jędrnymi ciałami i sterczącymi hardo ku niebiosom/gwiazdom członkami. Każda kolejna opowieść jest ostentacyjnie infantylna, zupełnie jakby do ich pisania zasiadł dwunastolatek z burzą hormonów i wnętrzami dłoni pościeranymi do mięsa od walenia konia. Taka konwencja, take it or leave it! Jako porno-parodia popularnych hollywoodzkich motywów Blonde Goddess sprawdza się bardzo wdzięcznie, jest w tym rdzennie jankeska bufonada i ignorancja, zgodnie z którą cały świat kręci się wokół wyziewów Fabryki Snów.
I tu najważniejsze: obśmiewać też trzeba umieć i do tego trzeba mieć wystarczające środki, by nadać tej błazenadzie przynajmniej pozory zdatności do spożycia. I pomimo że ekipa dysponowała budżetem stosunkowo skromnym (choć jak na standardy branży XXX i tak był on dość pokaźny — dzieło Millinga to ostatnie podrygi Złotej Ery i kręcenia porno z myślą o ekranie kinowym), to pod względem walorów produkcyjnych rzecz nie budzi zastrzeżeń. Kasy starczyło na krótki wypad do Ameryki Łacińskiej, niedostatki scenograficzne w segmencie noirowym zręcznie tuszują twórcy za pomocą czarno-białych zdjęć i przejaskrawionej umowności konwencji, a finałowa orgia w przestrzeni kosmicznej to prawdziwe cudo tekturowego kampu i ujmująco oldskulowych efektów praktycznych. Bez zbędnego narzekania zatem: Blond Bogini to czysta zabawa dla małych i dużych oraz bardzo dobry przykład jak porno-parodie kręcić, by faktycznie dostarczały przyjemności odbiorcy.

Pornograf i esteta. Ma gdzieś konwenanse. Do jego ulubionych twórców należą David Lynch, Stanley Kubrick, Gaspar Noé oraz Veit Harlan. Przyszedł ze śmiertelnego zimna, dlatego zawsze mu gorąco.





