Caligulasploitation. Orgia władzy na siedmiu wzgórzach Rzymu
Gaius Iulius Caesar Augustus Germanicus, szerzej znany jako Kaligula. Trzeci cesarz rzymski, w kulturze popularnej postać równie rozpoznawalna co Juliusz Cezar czy owiany złą sławą prześladowca chrześcijan Neron. Kaligula do opracowań biograficznych i podręczników od historii wszedł jako szaleniec, okrutnik i rozpustnik, którego niespełna czteroletnie rządy zakończyła krwawa zemsta pretorian pod przywództwem Kasjusza Cherei. Na przestrzeni wieków niejednoznaczna postać Kaliguli inspirowała pisarzy (Albert Camus), muzyków oraz filmowców. I to właśnie X muza stworzyła mu najpiękniejszą laurkę pod postacią kontrowersyjnego obrazu Tinto Brassa, który budził odrazę u krytyków i widowni za pomocą tyleż kosztownej, co bulwersującej mieszanki przemocy i pornografii. Na bazie sukcesu dzieła Brassa powstał szereg niskobudżetowych produkcji, które starały się zdyskontować popularność znienawidzonego filmowego monstrum. I to właśnie tym tandetnym, pozbawionym smaku i natchnienia Bożego dziełom, na temat których świat filmoznawczy uparcie milczy, poświęcony jest poniższy tekst…
Zanim jednak na dobre zanurzymy się w odmętach włoskiej hardkorowej erotyki i bezczelnego ripoffowania, cofnijmy się na chwilę wraz z naszym gościem Sylwesterm Sadowskim (Z Filmem Przez Czas) do źródeł, do filmu który stanowił ogromną inspirację dla Tinto Brassa przy realizacji jego wizji.
1969 – Satyricon (reż. Federico Fellini) – Sylwester Sadowski

Satyricon Felliniego po raz pierwszy obejrzałem w latach dziewięćdziesiątych, w telewizji, bo Fellini „wielkim artystą był”, ale też dlatego, że w tamtym okresie zachwyciły mnie inne filmy włoskiego mistrza, z Rzymem i Amarcordem na czele, które nadal uważam za najlepsze jego produkcje. Nie powiem, aby pierwsze spotkanie z Satyriconem było przyjemne. Nie dość, że późna godzina emisji, to jeszcze mało czytelna konstrukcja fabularna i narracyjny chaos. Zmęczył mnie ten film okrutnie, ale też zaintrygował, miejscami zachwycił i z pewnością nie dał o sobie zapomnieć.
Kolejny seans był już inny, głównie z tego powodu, że wiedziałem, czego się spodziewać. Wtedy też zaczynałem dostrzegać wielkość tego filmu. Wielkość uchwyconą w kadrach, znakomitych zdjęciach Giuseppe Rotunno i monumentalnej scenografii Luigiego Scaccianocego. Ale jestem w stanie zrozumieć osoby, które Satyriconu nie lubią, które go odrzuciły i uważają, że to jeden z najgorszych filmów w dorobku twórcy La Strady. Bo to nie jest łatwy w odbiorze film. Jest to dzieło o wybitnie niefabularnym charakterze, koncentrujące się na epizodycznej strukturze narracyjnej, pozbawione centralnej postaci, z którą widz mógłby nawiązać emocjonalną więź. Przedstawia ono świat daleki od przyjemności, naznaczony brudem, niepokojem, degrengoladą i zniszczeniem, balansujący na granicy rozkładu.
Co intrygujące, to właśnie estetyka brzydoty w przedstawionym świecie wywiera silny magnetyzm, jednocześnie odpychając i fascynując. Fellini w bezkompromisowy sposób ukazuje realia starożytnego Rzymu, prezentując je w sposób dotychczas niespotykany w kinematografii. Jego wizja Imperium Romanum to piekło na ziemi – mroczne i zepsute do szpiku kości. Wypełnione szkarłatnymi indywiduami, pogrążonymi w hedonizmie, który poprowadzi ich do zagłady. Jednak reżyser w tej narkotycznej, hipnotycznej i onirycznej wizji rozkładu widzi światełko nadziei, co doskonale podkreśla finał filmu. Fellini stawia na młodość, bo to właśnie w młodych, którzy w ostatniej scenie rezygnują z udziału w kanibalistycznej uczcie i wybierają wolność ponad dostatek, widzi szanse na przetrwanie. I chociaż pozostaną po nich zgliszcza, ruiny i freski wyryte na murach, to ich decyzja pchnęła świat na inne, niekoniecznie lepsze drogi.
Czy zatem Satyricon Felliniego to przerost formy nad treścią, jak często się o nim mówi? I tak, i nie. Forma faktycznie góruje nad całością i nie sposób oderwać od niej wzroku. Hipnotyzuje monumentalnością, perfekcją w wykonaniu i symboliką. Na jej tle bohaterowie wydają się marionetkami, nic nieznaczącymi robakami, którzy swój żywot sprowadzili na dno rozkładu moralnego. Ale w tym całym panteonie fellinowskich postaci, które przemykają przed obiektywem kamery, trafiają się twarze utkwione wzrokiem w nas – widzów. Twarze, najczęściej milczące, przełamujące czwartą ścianę, które z delikatnym uśmiechem na twarzy, jak ta kobieta odziana w żółć na przyjęciu u poety, patrzą na nas. Dając nam do zrozumienia, że to nie o starożytnym Rzymie, a o otaczającej nas rzeczywistości jest to opowieść. W momencie realizacji filmu szalała rewolucja 68 roku, czasy się zmieniały i Fellini to udokumentował w swoim surrealistycznym, miejscami baśniowym koszmarze, jakim jest Satyricon. Co zresztą doskonale przekłada się na dzisiejsze czasy, gdzie podobieństw pomiędzy hedonistyczną zgnilizną epoki upadku Rzymu a dzisiejszą rzeczywistością jest więcej, niż widać na pierwszy rzut oka. Dlatego jest to nadal niezwykle aktualny film.
Co ciekawe, film ten, w którym reżyser odpiął wrotki fantazji, zbliżając się do narkotycznego transu rodem z kina Jodorowsky’ego, otworzył w twórczości mistrza najciekawszy okres, w którym surrealizm i groteska wybiły się na pierwszy plan, spychając magiczny neorealizm charakteryzujący jego wcześniejsze filmy. Otworzył on także możliwość innego spojrzenia na spuściznę Imperium Romanum, co później zaowocowało równie znakomitą, co kontrowersyjną historią o życiu Kaliguli od Tinto Brassa.
1977 – Caligula’s Hot Nights (reż. Roberto Bianchi Montero) – Caligula

Na dwa lata przed premierą osławionego dzieła Tinto Brassa do rozpusty Rzymu pod panowaniem cesarza Kaliguli nawiązał inny włoski twórca. Roberto Bianchi Montero to typowy przykład stachanowca, który łapał się każdej fuchy, jaką mu zaoferowano. Stąd w jego kinematografii znajdziemy filmy przygodowe, komedie, westerny, filmy sensacyjne (Eye of the Spider [1971]) czy wreszcie giallo (The Slasher …is the Sex Maniac! [1972]). Caligula’s Hot Nights, choć filmem jest przeokropnym, stanowi doskonały przykład włoskiej masówki z czasów, gdy kinematografia z Półwyspu Apenińskiego należała do najprężniej działających na świecie.
W założeniu mamy tu miks trzech gatunków: popularnego w latach 50. i 60. kina sandałowego, filmu erotycznego i komedii. W praktyce żadna z konwencji nie znajduje odpowiedniego wyrazu. Zacznijmy od fabuły: oto Kaligula (Carlo Colombo, aktor o wyglądzie spuchniętego Olafa Lubaszenki) odkrywa z przerażeniem, że bezustanne obcowanie z perwersją i zboczeniami uczyniło zeń impotenta. Całemu imperium grozi wstyd i nieurodzaj, toteż cesarz zostaje wysłany na leczenie do czyniącego ponoć cuda znachora. Tropem władcy udają się jego wrogowie z zamiarem zgładzenia go.
Fabuła może i brzmi infantylnie, ale przy odrobinie inwencji dałoby się z tego coś wycisnąć. Niestety, inwencji zdecydowanie bogowie ekipie poskąpili. Gagi opierają się tu głównie na tym, że ktoś sepleni, a ktoś inny jest przerysowanym gejem. Wybitnie wysilony komizm bezustannie owocuje uczuciem zażenowania u widza. Co do walorów produkcji jako filmu kostiumowego: budżet był tu niski, więc i dekoracje prezentują się styropianowo. W miarę nieźle jeszcze ma się sprawa pod kątem samych szat, w których paradują bohaterowie… Szat, które zresztą wraz z rozwojem akcji stają się zbyteczne, bowiem szybko przechodzimy do warstwy erotycznej. Tutaj też mamy rubasznego kapcia, który wali po jajach na wypadek, gdyby widzowi w odróżnieniu od głównej postaci chciał stanąć. Niemniej niektóre spośród aktorek prezentują się mile dla oka, golizny jest sporo i gdyby tylko nie głupawy, wszechobecny humor, można by się nią cieszyć w spokoju. Paradoksalnie, na najwięcej uwagi w filmie o Kaliguli zasługuje drugoplanowa postać kobieca: Patrizia Webley, aktorka znana z występów m.in. w Malabimbie i Play Motel, kradnie tu reszcie obsady show, skutecznie szczując zarówno cycem, jak i kształtną pupą.
1981 – Caligula and Messalina (reż. Bruno Mattei) – Dr Butcher M.D.

Caligula & Messalina od Bruno Matteiego to przykład klasycznej włoskiej roboty. Maestro B. stworzył na raz dwa dzieła: opisywany tytuł oraz Nero and Poppea, błyskawicznie, z użyciem tej samej ekipy i przy wsparciu praktyk typowych dla włoskiego kina gatunkowego: recyklingu materiałów, pseudonimów (tu „Anthony Pass”) i maksymalizacji zysków przy minimalnych środkach.
Fabuła operuje na najbardziej sensacyjnych wyobrażeniach o Kaliguli: kazirodztwie, okrucieństwie, dekadencji, ale traktuje je wyłącznie jako pretekst do ciągu luźno powiązanych scen. Intryga wokół Messaliny i Agrypiny wprowadza element walki o władzę, jednak konstrukcja narracyjna jest niestabilna, z wyraźnymi przeskokami i nagłymi zmianami kierunku. W połowie film sprawia wrażenie, jakby zmieniał tor bez wyraźnego przygotowania. Najbardziej charakterystycznym elementem pozostaje sposób realizacji. Mattei szeroko korzysta z materiałów archiwalnych, m.in. z Kolosa z Rodos czy Poncjusza Piłata, co prowadzi do wizualnej niespójności; różnice w jakości obrazu i stylu są wyraźnie zauważalne. Jednocześnie film zachowuje estetykę późnego peplum: stosunkowo statyczne kadry, teatralną scenografię i próbę nadania całości pozorów widowiskowości mimo ograniczonego budżetu.
Zaskakująco stonowana jest przemoc, szczególnie w kontekście tematu, przez co ciężar filmu przeniesiony zostaje na erotykę. Ta jednak, zależnie od wersji montażowej, funkcjonuje w obrębie softcore, choć często balansuje na granicy eksploatacyjnej przesady. Włączenie materiałów z Bestii Waleriana Borowczyka czy kontrowersyjnych scen ze zwierzętami dodatkowo wzmacnia wrażenie przypadkowości i braku kontroli nad całością. Na tym tle wyróżnia się postać Messaliny, która, mimo ograniczeń scenariuszowych, stanowi najbardziej spójny element narracyjny. Jej rola jako manipulującej uczestniczki gry o władzę nadaje filmowi minimalny kręgosłup dramaturgiczny. Warstwa muzyczna autorstwa Giacomo Dell’Orso, wsparta wokalizami Eddy Dell’Orso, próbuje wprowadzić ton elegancji, kontrastujący z wizualną i narracyjną chaotycznością. Film funkcjonuje jako specyficzna, trudna do jednoznacznego sklasyfikowania hybryda erotyczna, która nie jest ani pełnoprawnym porno, ani softcore. Zamiast konsekwentnej ekspozycji ciała, często operuje on formą „przesłoniętej” erotyki, w której akt seksualny jest inscenizowany w sposób celowo zakłócony przez kostiumy i scenografię. W praktyce oznacza to, że nawet sceny jawnie seksualne, w tym fellatio czy bardziej bezpośrednie akty intymne, są realizowane w sposób częściowo ukryty, nierzadko „przez” elementy stroju, takie jak tuniki. Otrzymujemy rodzaj dziwacznej stylizacji, gdzie erotyka zostaje jednocześnie ukazana i zasłonięta. Tylko Bruno potrafił takie cuda.
P.S. Dla spragnionych zboczonych uciech rodem z taniej szlokowej piwnicy, mamy też w filmie absurdalną scenę erotyczną z udziałem samego Sala Baccaro. Nie ma w niej aż tyle szaleństwa co w Beast in Heat, lecz mimo to kwalifikuje się na podium szalonych dupcynacji włoskiej eksploatacji.
1982 – Caligula… The Untold Story (reż. Joe D’Amato) – Justine de Sade

Caligula the Untold Story, zwany też Caligulą II, to typowo włoska zagrywka polegająca na podpięciu się pod znany tytuł, stanowiąca jednocześnie jeden z ciekawszych spin-offów dzieła Tinto Brassa. Film napisany przez George’a Eastmana oraz Joe D’Amato (taka przynajmniej jest wersja oficjalna, w rzeczywistości Eastman twierdził, że stworzył go sam) został wyreżyserowany przez tego drugiego i wypuszczony zarówno w wersji soft, jak i hardcorowej. Twórcy z rozbrajającą szczerością przyznawali się do braku odpowiedniej wiedzy historycznej i zmyślenia wszystkich wydarzeń widocznych na ekranie. Rzecz toczy się w ostatnich dniach życia Kaliguli (David Brandon) skupiając się na orgiach, nadużyciach i wzbierającym szaleństwie cesarza. Istotnym wątkiem jest też romans z piękną Miriam (Laura Gemser), która nawiązuje znajomość z Kaligulą, by pomścić śmierć przyjaciółki.
Zaletą filmu jest niezła obsada (poza już wymienionymi, zobaczymy tu też Michele Soaviego czy Gabriele Tintiego), nie zawsze jednak w pełni wykorzystana. Postać grana przez piękną Gemser okazuje się zupełnie płaska, ciężko uwierzyć w jej ból czy moralne dylematy. Rzecz jasna, ciężko oczekiwać od eksploatacji rozbudowanego scenariusza, szkoda jednak, że nie dostarczono tu nawet minimum dramaturgii. W zamian D’Amato oferuje nam seks i przemoc – brutalne zabójstwo niemowlaka, tortury Agrippy (z włócznią przełożoną przez odbyt) i spiskowców, odcinanie języków czy głów. W wielu miejscach zabrakło jednak polotu. Część scen erotycznych nudzi, a dodana do nich ścieżka dźwiękowa, godna taniego melodramatu, bynajmniej nie czyni ich ciekawszymi. D’Amato nie jest Tinto Brassem i w starciu z reżyserem pierwowzoru nie ma najmniejszych szans. Na pocieszenie zostaje długa sekwencja orgii podczas której odbywają się dantejskie sceny (kopulacja z koniem, ugh!).
Najciekawszym fragmentem filmu jest podwodna sekwencja gwałtu w basenie. Kobiety szkolone na kochanki cesarza stają się ofiarami wielkich dildosów, a ich krew w malowniczy sposób zaburza niezmącony błękit wody. Całkiem ciekawie wypadają też sekwencje koszmarów sennych Caliguli, które zwiastują nadchodzącą śmierć. Finał stanowi kumulację szaleństwa cesarza, który zaczyna widzieć swoje ofiary, niczym targany wyrzutami sumienia Makbet. Film porusza też wątki rodzącego się chrześcijaństwa (pojawiające się w filmach z nurtu caligulasploitation rzadko), lecz traktuje je bardzo pobieżnie. Czy można uznać The Untold Story za film udany? Niekoniecznie. Co więcej, nie do końca spełnia też oczekiwania w kwestii eksploatacyjnych szaleństw. Mimo wszystko, ogląda się go bezboleśnie. Tylko dla koneserów włoszczyzny.
1982 – Nero and Poppea – An Orgy of Power (reż. Bruno Mattei) – Caligula

Kolejna, po Caligula and Messalina kalka Brunona z Kaliguli Tinto Brassa: największą różnicę stanowi fakt, że tym razem opowieść poświęcona została rządom Nerona. Reszta składników pozostała w zasadzie bez zmian, bo Mattei osadza historię pośród tych samych dekoracji co poprzednio i wykorzystuje w dużej mierze tę samą obsadę. Pierwsza połowa filmu stanowi zlepek patentów podpatrzonych w skandalizującym dziele z 1979 roku, ze sceną kastracji i pojenia ofiary winem, by potem rozpłatać jej brzuch i podziwiać fontannę trunku na czele. W drugiej części Włoch za „podkładkę” bierze z kolei wiadome wątki z Quo vadis Sienkiewicza.
I, mimo że niby niskobudżetowa hucpa pełna cudzych pomysłów, to Nero and Poppea potrafi dostarczyć solidnej zabawy, zwłaszcza miłośnikom włoskiego kina gatunków. Na ekranie bryluje pochodzący z Polski Piotr Stanislas, który słusznie uznał, że jak grać Nerona to tylko jako rozkapryszonego bachora i bufona, który na przemian zanudza ludzi swoją poezją, śmieje się jak opętany i popada w histerię. Dostajemy również ogromne ilości golizny, choć w odróżnieniu od D’Amato i wizji Boba Guccione nie starczyło miejsca na wstawki XXX. Jest za to miejscami dość drastycznie, gdy przychodzi do opisów tortur. Radosne, bezwstydne, lekkie jak pulpa z winogron bezguście.
1996 – Messalina: The Virgin Empress (reż. Joe D’Amato) – Simply

Żadne tam różowawe peplum ani nawet sexploit, lecz regularny HC pornol z epickim analem na wejściu i spustem na twarz influencerki w ramach petit mort. Tak! Prostolinijny, szczery ślizgacz, który jak reszta jego ziomków nigdy nie doczekał się swojego Gore Vidala, ani – zważywszy na bohaterów – Roberta Gravesa, by na odwyrtkę zaimplementowali weń ambitny dramat władzy. Czyli krótko mówiąc specjalność zakładu Mighty Joego, który choć jakże słusznie ceniony przez fanów horroru, tak naprawdę przez całą swą karierę kręcił regularnie filmy XXX, a pod koniec właściwie wyłącznie. Reżyser jest tu również autorem zdjęć (co zdarzało mu się wielokrotnie) którą to funkcję sprytnie zamaskował ekscentrycznym pseudonimem Fred Slonisko. W rolę tytułowej influencerki wciela się Kelly Trump (właść. Nicole Heyka), niemiecka gwiazda najtisowego kina dla dorosłych. 176 ról w ciągu 20 lat. Blondynka o idealnym ciele. Za taką w starożytności smagły satrapa z Lewantu bez mrugnięcia okiem dałby i tysiąc wołów.
Fabuła? Pytanie! Na początku Messalina marzy o małżeństwie z Caligulą. Ale ten umiera, zanim w ogóle zdąży pojawić się na ekranie. Zostawszy cesarzową po wyjściu za mąż za Klaudiusza, Messi czuje się zaniedbywana przez swojego pochłoniętego sprawami Imperium Romanum chłopa i rekompensuje to sobie robiąc za tartak dla kogo popadnie. I to ostatnie wypełnia całość bez wyjątku. Mało? To odpal coś innego i nie marudź. Kelly Trump w sceny seksu wchodzi z uczuciem i pasją, będąc najjaśniejszym punktem całego przedsięwzięcia. Jej zaangażowanie do pewnego stopnia równoważy czerstwą i po stalinowsku preferującą ilość reżyserię D’Amato (nie kończące się ruchańsko i orale kręcone z jednego ujęcia i w jednym ustawieniu partnerów). Nad resztą aktorów lepiej niechaj psy zawyją, niech popioły ich okryją, ale Kelly to żywa pochodnia Wenery, nie wolno jej lekceważyć. Więc jeśli czujecie, że w waszym związku od jakiegoś czasu „routine bites hard, and emotions won’t grow”, dajcie jej szansę. I sobie przy okazji. Jak nie pomoże, przynajmniej nie zaszkodzi.
1997 – Caligula: The Deviant Emperor (reż. Joe D’Amato) – Caligula

Jak wiadomo z historii, zaledwie czteroletnie rządy Kaliguli to ciąg ekscesów. Kino na wierzch wyciągnęło przede wszystkim jego dyktowane zachciankiami kutasa ekstrawagancje, usuwając w cień politykę, a czasem nawet wątek domniemanego szaleństwa Cesarza. W skierowanym na rynek wideo obrazie Joe’go D’Amato imperatora zajmuje już tylko i wyłącznie seks, niezbyt zresztą wyszukany czy wyuzdany. Co zresztą dla osób zaznajomionych ze specyfiką twórczości D’Amato nie będzie żadnym zaskoczeniem, reżyser ten bowiem w latach 90. skupił się już wyłącznie na masowo i tanio produkowanych obrazach, których przeznaczeniem były półki wypożyczalni kaset VHS.
Caligula, The Deviant Emperor jest zatem rasowym pornosem, w którym fabułę zastępuje ciąg scen przedstawiających kopulację. Inwencja twórcza jest przy tym znikoma, bowiem Włoch kręci w kółko w tych samych pomieszczeniach, z udziałem garstki zaprawionych w fachu specjalistów. Fellatio, penetracja pochwy jak Jowisz przykazał, seks analny (tz. miłość grecka z kolei…), trójkąty — stałe składowe gatunku nie są ubarwione żadnymi udziwnieniami czy perwersjami. Kaligula to zwyczajny seksoholik, raczej pocieszny i nieszkodliwy, choć zarazem pełen zapału w folgowaniu swej jedynej pasji. Jego igraszki każdorazowo poprzedza krótka, czysto pretekstowa scenka dialogowa. I tyle. Nie ma żadnej intrygi, żadnych pałacowych knowań, żadnych egzekucji, tylko bezustanne tarcie i jęki. Widzom obeznanym z pornograficzną rutyną ostatniej dekady lat 90. nie trzeba zanadto tłumaczyć, reszta powinna przygotować się na rachityczne kino o nieinwazyjnym wdzięku muzaka z centrum handlowego.
Teksty zbiorowe załogi Savage Sinema.





