Walpurgisnacht, Teil VI. Orchidea cmentarna

To już szósty raz jak z okazji Nocy Walpurgi przygotowaliśmy dla Was garść tytułów godnych polecenia na seanse stosowne w to święto. Są to tzw. opowieści niesamowite, traktujące o czarach, diabelskich paktach, ludziach mierzących się z niewyobrażalnym. Granice gatunkowe są zaś płynne, bo w noc, gdy duchy przenikają do świata realnego, nic nie jest oczywiste. Raz będzie to folk horror, kiedy indziej podszyty szatańską dezynwolturą western. Po szaleńczych tańcach wokół ogniska jedyny odpowiedni rodzaj odpoczynku to ten przed ekranem, w towarzystwie diabelskiej rozrywki.

Jak co roku, swój wkład w tworzenie naszego zestawienia miał powracający na nasze łamy gościnnie od początków istnienia strony Mariusz Czernic z Panorama Kina.


1968 – Historie niesamowite (seg. Toby Dammit, reż. Federico Fellini) – Dr. Butcher

Toby Dammit, segment antologii Historie niesamowite w reżyserii Federico Felliniego, opowiada o losach pogrążonego w autodestrukcji brytyjskiego aktora (Terence Stamp), który przybywa do Rzymu, by zagrać w pierwszym w historii „katolickim westernie”. Już od pierwszych chwil jego podróż przypomina narkotyczny majak; świat wokół Toby’ego jest rozchwiany, groteskowy, pełen sztuczności i niepokojącej teatralności. Na lotnisku, w studiu telewizyjnym, podczas przyjęcia, wszędzie bohater napotyka dziwaczne, niemal karykaturalne postaci, jakby wyjęte z koszmaru. Z każdą kolejną sceną Toby coraz bardziej traci kontakt z rzeczywistością, aż wreszcie jego podróż znajduje finał w makabrycznym, niemal rytualnym akcie autodestrukcji.

Zrealizowany na podstawie opowiadania Poego Nie zakładaj się nigdy z diabłem o twoją głowę, film Felliniego bardzo swobodnie traktuje literacki pierwowzór, zachowując jedynie jego ironiczny, moralizatorski szkielet. W miejsce klasycznej adaptacji otrzymujemy wizję głęboko osobistą: gorzką refleksję nad kondycją człowieka uwikłanego w świat spektaklu, konsumpcji i duchowej pustki. Fellini tworzy tu jeden z najbardziej pesymistycznych obrazów swojej kariery: Rzym nie jest już miastem magii i nostalgii, lecz piekielną areną, w której wszystko jest na sprzedaż, a sacrum zostaje sprowadzone do groteskowej dekoracji.

Pod powierzchnią halucynacyjnej opowieści kryje się studium rozpadu, zarówno jednostki, jak i całej kultury. Toby Dammit jest aktorem wypalonym, uzależnionym, pozbawionym sensu i kierunku, który sprzedaje własną duszę za obietnicę nowego Ferrari, symbolu próżności, sukcesu i jednocześnie ostatecznej zguby. Diabeł w filmie Felliniego nie przybiera klasycznej postaci; nie kusi słowem ani gestem, lecz istnieje jako wszechobecna siła, przenikająca rzeczywistość i manifestująca się w spojrzeniu dziecka. To zło subtelne, niemal banalne w swojej formie, a przez to jeszcze bardziej niepokojące.

Formalnie Toby Dammit zachwyca i dezorientuje jednocześnie. Fellini operuje intensywną kolorystyką, agresywnym montażem i przerysowaną scenografią, budując świat balansujący na granicy snu i koszmaru. Kamera śledzi bohatera niczym świadek jego upadku, nie oferując żadnego ratunku ani ukojenia. W tej wizji nie ma miejsca na odkupienie, jest tylko powolne, nieuchronne staczanie się w otchłań.

Segment Felliniego pozostaje jedną z najmocniejszych części całej antologii, a zarazem jednym z najostrzejszych komentarzy reżysera na temat współczesności. To kino, które pokazuje świat, w którym diabeł już dawno przestał być potrzebny bo jego miejsce zajęła ludzka próżność, rozpacz i pustka. W końcu, jak mówił Al Pacino, „próżność to mój ulubiony grzech”.


1972 –A Warning to the Curious (reż. Lawrence Gordon Clark) – Caligula

Odcinek emitowanej w latach 1971-78 na antenie BBC1 serii A Ghost Story for Christmas, której coroczna obecność w ramówce stacji zainspirowana została emisją bożonarodzeniowego epizodu w ramach dokumentalnego cyklu Omnibus, opowieści z dreszczykiem pod tytułem Whistle and I’ll Come to You (1968). Zarówno Whistle, jak i A Warning to the Curious to ekranizacje prozy M. R. Jamesa, cenionego na Wyspach badacza średniowiecza i autora opowiadań grozy. Bohaterem Warning jest archeolog amator (Peter Vaughan, drugoplanowy aktor znany m.in. z Nędznych psów [1971]), który przybywa z Londynu do hrabstwa Norfolk w poszukiwaniu jednej z trzech koron wschodniej Anglii. Zgodnie z legendą Brytania będzie po wsze czasy niezwyciężona, o ile korony pozostaną zakopane w ziemi.

Film Lawrence’a Gordona Clarka to perełka nastrojowej grozy, rzecz oparta nie na nagłych zwrotach akcji czy efektach szoku, a na konsekwentnie budowanym klimacie zagrożenia i postępującej paranoi. Główny bohater staje się celem samotnego strażnika jednej z legendarnych koron, który niczym cień podąża za nim krok za krokiem. Dla budowania atmosfery nieodzowne jest tu miejsce akcji: posępne angielskie wybrzeże, smagane wiatrem i deszczem, potęgujące uczucie osamotnienia i bezradności w starciu z nieznanym. Przy czym najmocniej oddziałuje tu na widza nie tyle sama koncepcja duchów jako stworzeń zdolnych ścigać śmiertelników i zadawać im śmierć. To idea, że gdzieś tam na krańcach świata, w podupadłej mieścinie z opustoszałym pensjonatem jako centrum życia towarzyskiego, leży pogrzebany klucz do przetrwania cywilizacji, łechce wyobraźnię jak najlepszy afrodyzjak.


1976 – The Signalman (reż. Lawrence Gordon Clark) – Justine de Sade

Kolejna część antologii BBC A Ghost Story for Christmas wyreżyserowana przez twórcę serii, Lawrence’a Gordona Clarka, została oparta na opowiadaniu Charlesa Dickensa o tym samym tytule. Inspiracją dla pisarza stał się wypadek kolejowy w którym brał udział. Głównym bohaterem jest samotny podróżnik (Bernard Lloyd), który nawiązuje znajomość z sygnalistą kolejowym (Denholm Elliott) pracującym w budce obok ciemnego tunelu pośród niczego. Osamotniony sygnalista zwierza się podróżnikowi, że od jakiegoś czasu widuje w tunelu zjawę, która wydaje się zapowiadać nieszczęścia.

Kameralna krótkometrażówka rozgrywa się w jednej lokacji i to z niej czerpie całą siłę. Otoczony soczyście zielonymi pagórkami tunel wygląda jak jama mogąca pochłonąć każde życie wokół. Naturalnie kojarzące się z niebezpieczeństwem tory prowadzą prosto do paszczy bestii lub na spotkanie z mechanicznym potworem. Dodatkowej grozy dodaje enigmatyczna postać zjawy o białej twarzy, pozbawiona oczu i z ustami otwartymi szeroko, niczym wejście do tunelu. Kolejowa tematyka nasuwa skojarzenia z prozą Stefana Grabińskiego. Tunel odgrywa tu rolę przejścia między światami, zarówno miejskim i wiejskim, jak i racjonalnym i nadprzyrodzonym. 

Choć krótka, filmowa opowiastka fascynuje od początku do końca, umiejętnie budując poczucie grozy przed nieznanym oraz atmosferę tajemnicy i fatalizmu. Rytm historii przypomina opowieść z dreszczykiem słuchaną przy ognisku. Taką, która przypomina nam, że czasami ludzki los jest przesądzony, a nasze życie wydaje się tylko małym punktem w ustalonym z góry planie. Niektórzy krytycy uznali film za lepszy od książkowego oryginału. 


1977 – Curse of the Dog God (reż. Shunya Ito) – Justine de Sade

Inugami to japoński rytuał polegający na wezwaniu “psiego ducha” (ang. dog god), by dokonał krwawej zemsty na osobach wskazanych przez wzywającego. By było to możliwe, wymagane jest ciało tragicznie zmarłego psa. Według wierzeń, istniały typy ludzi, które nieświadomie przyciągały mściwego ducha, na przykład osoby niestabilne emocjonalnie. Klątwa inugami musiała zostać odpowiednio zatrzymana, w przeciwnym razie miała dosięgać nawet całych rodów i kolejnych pokoleń. 

Legenda zainspirowała japońskiego reżysera Shunyę Itō, twórcę serii Female Prisoner Scorpion, do nakręcenia Curse of the Dog God, świetnego połączenia folkowych wierzeń i eko horroru z brutalnymi, niemal slasherowymi scenami morderstw. Wyprodukowany przez wytwórnię Toei obraz był reklamowany jako pierwszy japoński horror okultystyczny, co miało na celu podpięcie się pod sukces zachodnich hitów pokroju Egzorcysty (1973). Niestety, z produkcją filmu wiążę się skandaliczna historia – ponoć na planie faktycznie zabito psa, co wywołało ogromne oburzenie organizacji prozwierzęcych. Ciężko powiedzieć czy jest to prawdą, gdyż wieść rozpuściła sama wytwórnia licząca na rozgłos. 

Film opowiada historię naukowca (Shin’ya Ôwada), który wraz z kolegami zajmuje się badaniem złóż uranu u podnóża góry uważanej za świętą. Gdy naukowcy przypadkowo potrącają psa dosięga ich tytułowa klątwa. Tradycyjne, japońskie społeczeństwo, wraz ze swoimi zwyczajami i wierzeniami, zderza się tu z nowoczesnością w postaci firmy zajmującej się wydobyciem uranu i plądrującej tereny przylegające do wioski. Z filmu wyłania się proekologiczne przesłanie (choć kłócące się z nieetycznym postępowaniem Toei), które przestrzega przed destrukcyjnym wpływem człowieka na przyrodę i miejsca uważane za święte. Wokół naukowca rozpocznie się seria przerażających wydarzeń, ze śmiercią jego kolegów i żony na czele. Fabuła jest wielowątkowa, w pewnym momencie pojawia się też motyw ojca rodziny zamordowanej przez miejscowych, który marzy o wywołaniu ducha inugami, wątek gangu motocyklistów czy motyw obłędu. Nie wszystko, łącznie ze sceną finałową kojarzącą się z Carrie (1976), jest tu łatwe do zrozumienia, ale film nadrabia masą atrakcji. Morderstwa są krwawe i kreatywne (zabijają tu psy czy latające wiertła), a sceny nadnaturalne bardzo efektowne. W pamięć zapadają szczególnie sceny egzorcyzmów i rytuałów. Cała akcja toczy się w wyjątkowo malowniczej scenografii, od tradycyjnych japońskich domków, przez bajkowo wyglądające lasy i śnieżny krajobraz budzący skojarzenia z Lady Snowblood (1973). Naładowany dziwacznymi zdarzeniami, niekonwencjonalny Curse of the Dog God zdecydowanie powinien trafić do kanonu filmów kultowych. 


1977 – El diabólico (reż. Giovanni Korporaal) – Simply

Western to upadły anioł. Najpierw długo i dumnie dzierżył pochodnię ogólnoludzkich wartości, by w zawłaszczonych przez kontrkulturę latach 60 zakiepować ją ostentacyjnie i runąć w odmęty przemocy i moralnej indyferencji. W późnych latach 70, gdy westerny znikały już praktycznie z ekranów w USA i w Europie, w Meksyku gatunek ten miał się jeszcze całkiem nie najgorzej. Egzystował tam głównie w wydaniu niskobudżetowym, ultrabrutalnym i totalnie nihilistycznym. Jak w czasach Dzikiego Zachodu, gdy Meksyk pozostawał azylem dla ściganych przez prawo jankeskich bandziorów, tak wówczas, ostatnia masowa produkcja przeznaczonej na rynek lokalny okrutnej i niereformowalnej westernowej obskury, znalazła miejsce również w ojczyźnie Emilio Fernandeza.

W filmie Giovanniego Korporaala ludzkie immanentne zło dostaje dodatkowe wsparcie od siły nieczystej. Bandzior-satanista Dave Boland grany przez Carlosa Easta (podobna rola w Hot Snake, 1978) czerpie moc z diabelskiego medalionu, który nosi na szyi. W masce Zorro i czarnej pelerynie napada na bank w miasteczku, porywając przy okazji córkę burmistrza. Potem nie tylko zgwałci nieszczęsną ze skutkiem śmiertelnym, ale jeszcze wypali jej rozgrzanym żelastwem piekielny emblemat między piersiami. Jak się okaże, tak znakuje wszystkie swoje kobiety (ciekawe, czy Paul Naschy to oglądał?). Szybko jednak nastąpi koniec jego dobrej passy. Zanim zawiśnie na stryczku, przekaże całą swoją moc wraz z medalionem Oscarowi Petersonowi (Jorge Humberto Robles), który pod przysięgą w imię Szatana ma teraz pomścić jego śmierć. Imiennik słynnego jazzmana to wyszydzany przez wszystkich miejski pucybut i menel, spijający łapczywie zlewki ze szklanek w saloonie. Poznajemy go w momencie, gdy zostaje poniżony i wyśmiany przez lokalną kurew; scena nagrodzonej kopniakiem uległości wygląda, jakby nagle ożyły grafiki Bruno Schulza.

Odtąd nasz gamoń Oscar za sprawą czarciego wisiora w sekundę nabierze rewolwerowych umiejętności Doca Hollidaya i zasmakuje dzikiej wolności. Uratowany od niechybnej śmierci na pustyni przez pewną Indiankę, dochodzi do siebie w jej samotnej chacie. Będzie ciekawa scena, gdy Oscar uwolni ją z rąk kilku bezwzględnych rabusiów. Jak już położy ich trupem i zacznie przecinać więzy na rękach kobiety, nieoczekiwanie poczuje zew szatańskiego medalionu. Schowa więc nóż, zgwałci ją związaną ( nie wiedzieć czemu z ciągłymi przebitkami na bodące się za płotem kozy), wypali bluźniercze piętno w wiadomym miejscu i dopiero wtedy się nią czule zaopiekuje. Wzruszający obrazek, jak zło i dobro w ludzkiej duszy zakopują topory wojenne i dilują fifty-fifty.

Dalsze losy Oscara to jeden niekończący się bandycki szlak. Oscar zdradzi, sprzeda, bądź zamorduje każdego, z kim wejdzie w układ. Upływ czasu mierzony jest powracającym ujęciem z dyndającym na stryczku ścierwem Dave’a Bolanda, sukcesywnie obdziobywanym do kości przez padlinożerczą brać mniejszą. Gdy na powrozie zostanie już tylko goły szkielet, Oscar z zagrabionym złotem powróci do swej Indianki, bawiącej samotnie dzieciątko o ślepkach świecących czasami na zielono, niczym medalion taty. Oscar, dopełniwszy po drodze złożonej przysięgi ma teraz wszystko, by zacząć nowe życie. Mimo to postanawia jednak wrócić do miasta, aby dokonać jeszcze jednego odwetu. I będzie to decyzja godna Roberta De Niro z finału Gorączki (1995).


1981 – The Queen of Black Magic (reż. Liliek Sudjio) – Mariusz Czernic

W październiku 2024 roku w ramach 10. edycji Splat!FilmFest można było obejrzeć dokument Suzzanna: Królowa Czarnej Magii (2024, reż. David Gregory) prezentujący sylwetkę gwiazdy indonezyjskiego kina eksploatacji z lat 70. i 80. Na naszym podwórku kino z Archipelagu Malajskiego jest kompletnie nieznane i ten dokument doskonale spełnił swoją rolę. Nie tylko przybliżał fanom horrorów niezbadany obszar, na którym ten gatunek rozkwitał, lecz także zachęcił do poszukiwania niezwykłych filmów, takich jak: Sundel Bolong (1981), Nyi Blorong (1982) czy Sangkuriang (1982) – wszystkie reżyserowane przez Sisworo Gautamę Putrę. Jednak do dzisiejszego zestawienia wybrałem inny film z udziałem Suzzanny – Ratu ilmu hitam (aka The Queen of Black Magic, reż. Liliek Sudjio), bo idealnie wpasował się w klimat celebrowanej dziś Nocy Walpurgi.

Wesele zostaje zakłócone przez niewytłumaczalne zjawisko. Panna młoda wpada nagle w histerię, a wezwany szaman rozpoznaje działanie czarnej magii i chwilę później sam ginie w sposób, który potwierdza ingerencję sił nadprzyrodzonych. Rozwścieczony i żądny odwetu tłum działa natychmiast, szukając winnej – podejrzenia padają na Murni, wyobcowaną i wzbudzającą nieufność młodą kobietę, która była kiedyś związana z panem młodym, więc mogła z zazdrości i zemsty rzucić zaklęcie na jego nową małżonkę. Dom Murni zostaje spalony z jej matką w środku, a ją samą tłum strąca do głębokiego wąwozu, pozostawiając na pewną śmierć. Na dnie wąwozu czeka już na nią pewien enigmatyczny starzec, który staje się jej przewodnikiem w świecie mrocznych rytuałów.

Tak właśnie protagonistka trafia pod skrzydła szarlatana, który przygotuje ją do roli brutalnej mścicielki, wtajemniczając ją w arkana czarnej magii. Murni niesiona jest pragnieniem zemsty za wyrządzoną krzywdę, pozostając jednak pod wyraźnym wpływem swojego mistrza. On właściwie nie daje jej żadnego wyboru, czyniąc z niej narzędzie celem nakarmienia własnej żądzy krwi. Nie jest wielkim zaskoczeniem, że to właśnie stary mag odpowiedzialny jest za cały ten chaos.

Scenarzysta Imam Tantowi – który od 1982 także reżyserował (kręcił filmy wojenne, np. Surabaya ’45: Wolność albo śmierć z 1990) – czerpał z indonezyjskiego mistycyzmu, wykorzystując między innymi lalkę będącą jawajskim odpowiednikiem laleczki Voodoo. Twórcy nie stronią od makabry, ukazując krwawe efekty działań magii, takie jak oderwanie głowy od tułowia czy np. okaleczanie ciała ofiary poprzez rytuały z użyciem magicznego rekwizytu. Nie brakuje także scen po prostu efektownych typu lewitowanie obiektów i oblepianie twarzy robactwem. Największą atrakcją są więc efekty przygotowane przez indonezyjskiego specjalistę El Badruna.

Ważną zaletą omawianej produkcji jest również odtwórczyni głównej roli, Suzzanna. Aktorka zbudowała swoją postać ekspresją fizyczną i sugestywnym spojrzeniem, balansując między niewinnością ofiary a demonicznym, mściwym obliczem. Film zawiera sceny sugerowanej nagości, ale bez ostentacyjności i odwagi typowych dla zachodniego czy japońskiego kina eksploatacji. Pozostają one w sferze niedopowiedzeń, wpisując się w lokalne normy obyczajowe. Niemniej jednak film jest na tyle szalony i dziwny, by zapewnić satysfakcjonującą rozrywkę miłośnikom mocnego kina.


2013 – Lord of Tears (reż. Lawrie Brewster) – Caligula

Niskobudżetowy debiut Szkota Lawrie Brewstera w barwach folk horroru. Tytułowy „Pan Łez” to jeden z przydomków Człowieka-Sowy, w starożytności znanego jako Moloch. Jest on bóstwem bezwzględnym, domagającym się ofiar z ludzi, rozmiłowanym w cierpieniu (Moloch bywa zresztą utożsamiany z Baalem). Główny bohater filmu, James (Euan Douglas) pozna potwornego boga/demona, wracając po latach w swe rodzinne strony. Właśnie zmarła matka Jamesa, pozostawiając mu w spadku wielką posiadłość. Mężczyzna ma jedynie mgliste wspomnienie rodzicielki, od której został odseparowany w dzieciństwie. Powrót na włości obudzi dawno pogrzebane wspomnienia na temat mrocznej rodzinnej tajemnicy.

Lord of Tears cierpi na wszelkie bolączki niezależnego kina spod znaku DIY: niemrawe tempo akcji, amatorskie aktorstwo, kiepsko oświetlone kadry czy wreszcie kwestie dialogowe, które zdają się dobiegać z wnętrza studni. Na obronę początkującego twórcy i jego współpracowników trzeba stwierdzić, że u podstaw przedsięwzięcia leży niezły pomysł na historię, scenariusz autorstwa niejakiej Sarah Daly trzyma w zanadrzu dwa mocne zwroty akcji, a Człowiek-Sowa to kawał wrednego skurwiela. Widać też, że Brewster przyłożył się do realizacji sekwencji makabrycznych wizji. Niestety, gorzej wychodzą mu sceny obyczajowe, które zalatują taniochą i banałem, miejscami zbliżając się do żałosnego poziomu klasyków złego kina pokroju Ptakodemii (2010). Twórca poniekąd sam sobie strzelił w stopę, próbując wcielić w życie ambitny zamiar nakręcenia arthouse’owego filmu grozy na temat żałoby i traumy, nie mając ku temu wystarczających środków i możliwości. Owe wysiłki miejscami mają nieco karykaturalny wydźwięk, czego przykładem choćby kuriozalna scena kąpieli kochanków na basenie. I tutaj też wypada zbesztać decyzje castingowe. Ogromny mankament całości stanowi główny aktor, który ma charyzmę porównywalną z ćwiercią dupy wystającej zza krzaka, nijak nie wzbudza on sympatii, a co za tym idzie — jego losy są mam obojętne. Nieco lepiej radzi sobie wcielająca się w oblubienicę bohatera Alexandra Hulme, która odgrywa w pewnym sensie dwie postacie: kochającej partnerki i upiornej zjawy. „Nieco lepiej” nie oznacza jednak w tym przypadku rasowego aktorstwa: ot, dziewczyna często się uśmiecha, więc łatwiej jej wybaczyć, że lekcje pobierała u manekinów z wystawy sklepowej. Stuminutowy seans wlecze się miejscami niemiłosiernie i tak naprawdę nic by nie stracił, gdyby wykroić z niego dobre 20-30 minut. Najlepsze wszak i tak dostajemy na koniec: finał jest na tyle przewrotny, że nieoczekiwanie podnosi ocenę całości i pozostawia ochotę na więcej, o ile tylko to więcej będzie rozegrane z większą gracją. Sam Brewster zresztą był świadom potencjału tkwiącego w osobie Człowieka-Sowy, bo powrócił do niego w dwóch kolejnych projektach: The Unkindness of Ravens (2016) i The Black Gloves (2017).

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *