Imperium bezwstydu: kino Bruna Matteiego
Dla jednych był cynicznym rzemieślnikiem kopiującym cudze pomysły, dla innych ostatnim prawdziwym okazem włoskiego kina gatunkowego. Reżyserem, który nigdy nie udawał artysty, ale doskonale rozumiał, czego chce widz spragniony chaosu, przemocy i bezwstydnej rozrywki. Jego filmy wyglądały czasem tak, jakby powstały z kilku cudzych produkcji złączonych jednocześnie w przedziwny, ledwie dychający twór. Zombie obok komandosów, naziści obok kanibali, Predator spotykający postapokalipsę w filipińskiej dżungli. A jednak w tym szaleństwie była metoda.
Mattei przez lata pracował pod pseudonimami: Vincent Dawn, Martin Miller, kręcąc filmy szybko, tanio i bez najmniejszych zahamowań. Krytycy go wyśmiewali, widzowie często nie wiedzieli nawet, kto stoi za tymi produkcjami. Bruno Mattei nigdy nie robił filmów „dobrych” w klasycznym znaczeniu tego słowa. Robił kino dzikie, nieokiełznane, brudne, bezwstydne, kompletnie szalone, za nic mające sobie dobry smak.
Dzisiaj, kilka dni po kolejnej rocznicy jego śmierci przypominamy 11 filmów, które w doskonały sposób ilustrują postać ostatniego włoskiego barbarzyńcy kina gatunkowego.
Dr. Butcher

Jedno z dwóch podejść Brunona do nurtu nazisploitation (drugim było znacznie poważniejsze w tonie Women’s Camp 119 z tego samego roku). Standartenführer Hans Schellenberg (zbieżność nazwisk z szefem SD raczej przypadkowa, jak wiele rzeczy u Matteiego), utalentowany organista i zagorzały narodowy socjalista, dostaje rozkaz stworzenia ekskluzywnego burdelu dla kadry oficerskiej SS. W zadaniu pomaga mu zawodowa burdelmama, Madame Eva (znana z The Beast in Heat [1977] Macha Magall), która kompletuje armię oddanych sprawie prostytutek. Ich zadanie będzie dwojakie: nie tylko zaspokajać wysoko postawionych oficjeli, ale przy okazji wyciągać z nich tajemnice, których nie powierzyliby nikomu innemu…
SS Girls to oczywista kalka z Salonu Kitty (1975), jednoznacznie ukierunkowana już na eksploatacyjny aspekt działalności szpiegowskiego burdelu i wysoce przy tym absurdalna. Modus operandi obsługi lupanaru jest tu znacznie bardziej przejrzysty, o działaniu wręcz błyskawicznym. Pierwsza misja Schellenberga i jego podopiecznych polega na zdemaskowaniu i natychmiastowym zlikwidowaniu przedstawicieli generalicji planujących zamach na Führera. Następny cel stanowi „boski” (sic!) Oskar Dirlewanger (Lucic Bogoliub Benny), którego nadgorliwość w trakcie pacyfikacji Powstania Warszawskiego zniesmaczyła samego Adolfa Hitlera, w związku z czym zapadła decyzja o dyskretnym usunięciu zbrodniarza. Podobnymi bzdurami, przeinaczeniami i puszczaniem wodzy fantazji obraz Matteiego jest w całości tkany, od początku do końca. Postaci to groteskowe kreatury bez żadnego zaplecza psychologicznego, czego doskonały wyraz widz otrzymuje w scenach końcowych, podczas zbiorowego samobójstwa i nagłych aktów skruchy personelu zubożałego Salonu Kitty. Prym pośród tej zadziwiającej zbieraniny indywiduów (znalazło się nawet miejsce dla azjatyckiego kompana Dirlewangera, niejakiego Wanga, który wywija kataną) wiedzie Schellenberg w kompletnie przegiętej interpretacji szarżującego bez cugli Gabriela Carrary, aktora znanego tak naprawdę jedynie z dwóch ról filmowych (drugą zagrał w Women’s Camp), który zasługuje na miano jednego z najbardziej kuriozalnych przypadków obsadowych w dziejach makaroniarskiego kina gatunków, zaraz obok niesławnego karła Petera Barka z Burial Ground (1981). Carrara bezustannie strzela dziwaczne miny gdzieś na styku przedawkowania soku z cytryny i nagłego ataku biegunki, wrzeszczy piskliwym głosem i miota się po planie, zupełnie jakby chciał przyćmić wszystkich partnerujących mu odtwórców. Efekt jest jednocześnie żałosny i nieodparcie zabawny, a kulminację scenicznego szaleństwa godnego Nicolasa Cage’a aktor osiąga zaś w niezapomnianej scenie sądu nad zdrajcami, w której trakcie nosi trupi makijaż oraz „papieskie” szaty.
1979 – Cicciolina, My Love – Caligula

Cicciolina rozpala zmysły samców (niektórych samic zresztą też), prowadząc swą wyzywającą audycję na antenie radia. Jednym z jej największych fanów jest chłopak imieniem Riccardino, któremu gwiazda zawróciła w głowie do tego stopnia, że zaczął zaniedbywać swoją narzeczoną. Cicciolina ma jednak serce wielkie i pełne empatii, wykorzystując swe niewątpliwe wdzięki, naprowadzi dzieciaka na właściwą drogę.
Cicciolina to rzecz jasna Ilona Staller, włoska gwiazda porno węgierskiego pochodzenia, która w latach 70. i 80. konsekwentnie niosła sztandar obyczajowej rewolucji w swej drugiej ojczyźnie, wliczając w to występ w jednym z pierwszych filmów pornograficznych produkcji włoskiej (Telefono rosso [1986]). Zanim Staller poszła przed kamerą na całość, zaliczyła szereg skromniejszych występów na ekranie, głównie w epizodach. W Cicciolina, My Love gra już pierwsze skrzypce, czarując obiektyw i widzów. Film Matteiego (zrealizowany wspólnie z Amasi Damianim i współtwórcą sukcesu Ciccioliny na arenie krajowej Riccardo Schicchim) to klasyczny przykład commedia sexy all’italiana, włoskiej odmiany komedii erotycznej, opartej na niewybrednych gagach, widokach skąpo odzianych dziewcząt i śliniących się na ich widok facetów. Schematy tego typu rozrywki zostały tu odhaczone w 100%, ośmieliłbym się wręcz napisać, że twórcy wyrobili grubo ponad normę. Mając na pokładzie bezpruderyjną Staller, pozwolili jej pokazać pełen wachlarz umiejętności. Uwodzicielska, a zarazem infantylna do bólu Cicciolina chichocze, uwodzi, ściska swojego pluszowego misia i w co drugiej scenie rozchyla uda, by z dumą zaprezentować bobra. Hard porno może to jeszcze nie jest, do szczęścia brakuje w zasadzie równie wyzwolonych co bohaterka mężczyzn. Patrząc jednak na to, jak pokracznym projektem było pionierskie Telefono rosso, może i lepiej, że mamy tu samą Ilonę. Jej zdziecinniała maniera może wprawdzie niektórych drażnić, ale nieskazitelnej urody nie sposób jej odmówić.
1979 – Libidomania – Caligula

Kino mondo miało za sobą już kilkanaście lat gorszenia i szokowania w momencie, gdy Mattei zabrał się do składania tego „dokumentu” o seksualnych dewiacjach. W międzyczasie do głosu doszło nowe pokolenie pod sztandarem Oblicz śmierci (1978). Tymczasem Włoch poszedł po linii najmniejszego oporu, tworząc materiał, który siłę przebicia mógłby mieć dekadę wcześniej, a to też tylko przy sprzyjających wiatrach.
Libidomania to zbiór scenek prezentujących podręcznikowe przykłady seksualnych odchyleń od normy: nekrofilia, koprofilia, sadyzm, masochizm, wojeryzm, rytuały prymitywnych plemion. Całość to zaledwie popłuczyny po dokonaniach Gualtiero Jacopettiego i Franco Prosperiego, tym bardziej mdłe, że przytłaczająca większość scen została zaaranżowana i nie ma nic wspólnego z realizmem czy prawdą. Swoim zwyczajem Mattei „pożycza” również od innych wprost, wklejając do swej produkcji fragmenty cudzych filmów m.in. z shockumentary New Guinea, Island of the Cannibals (1974) oraz niemieckiego remake’u The Devil in Miss Jones (1973) od Erwina C. Dietricha pod tytułem Der Teufel in Miss Jonas (1974). Scenki twórca otacza pseudonaukową narracją: napisy początkowe sugerują, że ekipa wykonała solidny research w dziedzinie parafilii, ale seans udowadnia, że raczej sprowadzał się on do pilnego notowania nazwisk z grzbietów książek w odpowiedniej sekcji w bibliotece. Efekt? Twór niezamierzenie komiczny, miejscami niesmaczny, czasem dryfujący w rejony gore (kastracja, odrąbanie nogi łopatą). Co jednak chyba najbardziej istotne: Libidomania jest krótka, treściwa, a przez to całkiem miła w odbiorze. Skłamałbym pisząc, że to wartościowa pozycja, ale na nudę w trakcie seansu nie narzekałem.
1980 – Piekło żywych trupów – Justine de Sade

Gdy we włoskim kinie gatunków triumf święciły zarówno horrory zombie, jak i kino kanibalistyczne, Bruno Mattei postanowił wykorzystać sukces obu. Choć tak naprawdę nie tyle on sam, co producenci, którzy wybrali go do projektu, który miał przypominać Świt żywych trupów (1978) – ale czy przypomina, to już inna para kaloszy… W pewnym tajnym laboratorium dochodzi do awarii, która powoduje skażenie roznoszące się po Nowej Gwinei. Ludzie zaczynają zamieniać się w zombie i zabijać każdego kto stanie im na drodze. Sprawę zaczyna badać dwójka dziennikarzy, którzy natykają się na grupkę komandosów. Wkrótce ich wspólna podróż zamienia się w walkę o przeżycie.
Piekło żywych trupów jest wszystkim tym, czego moglibyśmy spodziewać się po Matteim – niski budżet, stock footage, ukradziona muzyka, dość zabawne charakteryzacje i kuriozalne pomysły. Film nakręcono w pięć tygodni w Barcelonie, zaś do scen przedstawiających Nową Gwineę użyto ujęć z mondo New Guinea, Island of Cannibals (1974). Stockowe materiały zostały wmontowane w tak niechlujny sposób, że różnicę widać gołym okiem. Ścieżka dźwiękowa składa się zaś z utworów Goblina stworzonych do innych filmów [m.in. Świtu żywych trupów, Contamination (1980) czy Buio Omega (1979)], gdyż twórcy uznali, że nie stać ich na zlecenie muzykom stworzenia nowego soundtracku. Dodajmy do tego kiepskie dialogi i przedobrzone aktorstwo, a otrzymamy olbrzymią dawkę kiczowatej frajdy, czyli dokładnie to, czego każdy fan reżysera szuka.
Czym więc bawi nas Mattei? Przede wszystkim krwistym gore. Zombiaki rozrywają swoje ofiary na części, a flaki wypadają z martwych ciał. Są tu sceny inspirowane Fulcim, jest też mordercze zombie-dziecko, jeden z najbardziej niezapomnianych bohaterów filmu. A skoro o bohaterach mowa to nie sposób wyróżnić jeszcze jednego. Zantoro (Franco Garofalo, włoski Klaus Kinski), szalony komandos, kradnie każdą scenę swoim nadekspresyjnym aktorstwem, obłędem w oczach oraz ryzykownymi i irracjonalnymi zachowaniami. Garofalo stworzył jedną z najbardziej kultowych postaci włoskiego horroru. Choć niezbyt udolnie, Mattei stara się ciągnąć kilka wątków na raz, uraczyć nas komentarzem społeczno-politycznym i odmalować burzliwy klimat lat 80. Jego troska o wyzyskiwanych mieszkańców Trzeciego Świata wypada jednak dość blado, biorąc pod uwagę, że on sam nie traktuje ich podmiotowo, powielając najgłupsze z możliwych stereotypów. Ciekawszy, choć niewykorzystany, jest wątek młodych terrorystów, którzy domagają się zaprzestania eksperymentów przeprowadzanych w tajnych laboratoriach Hope Center. Warto też wspomnieć o samym finale. Nasi bohaterowie w końcu dotrą do laboratorium w którym wszystko się zaczęło, a zamiast happy endu czeka ich groza niczym z filmów Lucia Fulciego. Palce lizać!
1984 – Szczury: Noc grozy – Justine de Sade

Rok 225 A.B. (After the Bomb – po zrzuceniu bomby). Ludzkość jest podzielona na tych, którzy żyją pod ziemią oraz “nowych prymitywów”, żyjących na powierzchni. Grupka motocyklistów przemierza wymarłe ulice, gdy natykają się na opuszczony budynek, w którym znajdują zapasy jedzenia i wody. Jak się jednak okazuje, miejsce nie jest całkowicie opuszczone. Gang odnajduje nadgryzione zwłoki oraz ogromną liczbę szczurów, które polują na ludzi. Potencjalne schronienie zamienia się w śmiercionośną pułapkę.
Postapo i animal attack w jednym czerpie garściami z takich klasyków jak Mad Max (1979) czy Ucieczka z Nowego Jorku (1981), będąc jednym z najlepszych filmów Matteiego (o ile nie najlepszym). Pełen akcji, gore, barwnych postaci (na czele z Gerettą Gerettą znaną z Demonów Bavy), grozy i punkowo-postapokaliptycznego klimatu, może razić co najwyżej głupawymi dialogami i zachowaniami, ale dla wielu będzie to tylko kolejny atut. Braki budżetowe są tu zatuszowane wszechobecną ciemnością, ale efekty gore i tak prezentują się naprawdę dobrze. Mattei skutecznie buduje poczucie osaczenia i klaustrofobii, lekkomyślni bohaterowie dają się zapędzić w pułapkę powoli plądrowaną przez stada czerwonookich gryzoni. Gdy ofiary zaczną ginąć, zrobi się naprawdę krwawo.
Scenografia, częściowo pożyczona z planu Pewnego razu w Ameryce (1984), sprawdza się naprawdę dobrze. Ponury klimat beznadziei, ciemności, obskurne ulice i budynki, zostają przełamane kontrastowymi kolorami 80’sowych kostiumów i młodzieńczej żywotności (z energią seksualną na czele!) ekipy. Bohaterowie wyglądają jak połączenie mad maxowych gangów z nowoczesnymi subkulturami – noszą pieszczochy, fryzury z dekady, skórzane kurtki, a nawet kolorowe peleryny (jedna z dziewczyn wygląda jak wojownicza księżniczka z innej galaktyki). Kompletne pomieszanie z poplątaniem, charakterystyczne dla włoskiego postapo i jakże urokliwe. Jurna młodzież lubi zrzucać ciuchy i uprawiać seks, nawet gdy w pobliżu może czaić się zagrożenie. Wraz ze wzrastającym napięciem w grupie zaczną pojawiać się też konflikty oraz rywalizacja o władzę. Scenariusz (Mattei oraz Claudio Fragasso, rzecz jasna) jest porządnie skonstruowany, historia wciąga. Równie dobra i klimatyczna jest też ścieżka dźwiękowa Luigiego Ceccarelliego składająca się z klasycznych, 80’sowych syntezatorów. Najlepsze, i najbardziej kultowe, jest jednak samo zakończenie serwujące szalony, jedyny w swoim rodzaju twist.

Według obiegowej opinii, Bruno Mattei to przede wszystkim ten, który na potęgę kradł cudze pomysły. Trudno się z tym spierać, choć jest to osąd niepełny i przez to niesprawiedliwy jeśli przemilczeć inwencję, z jaką reżyser wzbogacał je o własne, zazwyczaj ostro zbijające z tropu rozwiązania. Ale o tym, że Matteiemu przynajmniej raz udało się całkowicie wyprzedzić pewien hollywoodzki trend , mało kto pamięta. Otóż Bruno Mattei reaktywował western indiański i to na kilka lat przed Kevinem Costnerem. Oczywiście toutes proportions gardees, ale jednak! W takiej bowiem formie reżyser postanowił przywrócić jednocześnie do życia spaghetti western, martwy i pogrzebany od lat.
Z reguły odmrażanie zahibernowanych gatunków miewało charakter ostrożnego nawiązywania do najbardziej sprawdzonych, charakterystycznych wzorców i tą drogą poszli Lawrence Kasdan i Clint Eastwood przywracając Dziki Zachód do łask w latach 80. Dopiero Costner zaryzykował z wysokim budżetem dla indiańskiego westernu, nieobecnego na ekranach od bardzo dawna. Poprzedni taki to Powrót Człowieka zwanego Koniem powstały o 14 lat przed Tańczącym z wilkami . Mattei wcześniej zaryzykował z niewielkim, kręcąc równolegle w Hiszpanii dwa indiańskie westerny (drugi to Skalpy). Rzecz o tyle zaskakująca, że o ile podjęty przez Costnera temat indiański miał w amerykańskim westernie bogatą tradycję, u Włochów bywał obecny tak rzadko (Navajo Joe z 1966, Vengeance is a Dish Served Cold z 1971, Apache Woman z 1976) że praktycznie nijak się ze spaghetti westernem nie kojarzył.
Oparty na scenariuszu Franco Prosperiego (The Last House on the Beach, 1978) Biały Apacz to jedyny w swoim rodzaju twór, który na pierwszy rzut oka przypomina NRD-owskie , indiańskie produkcje z lat 60/70, naiwnie idealizujące Czerwonoskórych, ale też dużo wyraźniej niż np. RFN-owska seria Winnetou podkreślające gehennę Rdzennych Amerykanów i nieprawości białych. Poznajemy losy Lśniącego Nieba (Sebastian Harrison) – białego chłopaka, wychowanego od dziecka w obozie Apaczów Jicarilla, jego zakończoną tragicznie przyjaźń z synem wodza Czarnym Wilkiem i miłość do najpiękniejszej squaw w plemieniu (ex miss Hiszpanii, Lola Forner). Nasz bohater trafia kolejno do białych, gdzie doświadczywszy samych podłości świadomie wybiera stronę indiańską, wraca do obozu i porywa plemię do walki z łowcami skalpów dowodzonymi przez potwornego Rydera (idealnie odpychający Carlos Bravo). Tu za sprawą rażącej niekonsekwencji fabularnej, Lśniące Niebo zamiast po wygranej potyczce poprowadzić Apaczów do ostatecznego zwycięstwa, opuszcza obóz, by na odludziu rozpocząć życie rodzinne ze swą wybranką. Skończy się to dla nich tak fatalnie, że fani Człowieka zwanego Ciszą (1968) mogą mówić o spełnieniu mokrego snu.
Formuła, jaką zaproponował Mattei dla takiej opowieści, to naprzemienne łączenie cukierkowo- kiczowato-patetycznych, rodzajowych obrazków (głównie pierwsza, indiańska część filmu) ze spotęgowanym okrucieństwem kolejnych rzezi, dokonywanych wyłącznie przez zdeprawowanych jak leci białasów. Zwłaszcza te kilka długich scen sadystycznego masakrowania kobiet (bez seksualnego wykorzystania, tylko przemoc) robi naprawdę wstrząsające wrażenie. Mimo wszystko szkoda, że taka disneyowska landryna zlepiona z twardym kinem eksploatacji nie wykazała dostatecznej siły przebicia, aby przestawić zwrotnicę włoskiego przemysłu filmowego na kurs westernowy w latach 80. Byłoby ciekawie. Do słabych stron filmu zaliczyć trzeba rozbrajająco drewniane aktorstwo Sebastiana Harrisona (syna znanego z licznych spagwestów Richarda), takie 2/6 w skali Chrisa Mitchuma. A także kulejące momentami tempo, czego Matteiemu uda się uniknąć w zdecydowanie trzymających timing kina akcji Skalpach.

Bruno Mattei nigdy nie interesował się realizmem. Najczęściej interesował (inspirował?) go raczej twórczy chaos, ten specyficzny rodzaj filmowego bałaganu, gdzie wojna w Wietnamie wygląda jak zaginiony odcinek Policjantów z Miami a połowa materiału jest zajumana z innych filmów. Kino bezwstydne, agresywne i kompletnie odklejone od rzeczywistości, jakim jest Cop Game, jest tego najlepszym przykładem. Film opowiada historię Morgana i Hawka, dwóch policjantów pod przykrywką, wysłanych do ogarniętego chaosem miasta pod koniec wojny w Wietnamie. Ich zadaniem jest odnalezienie sprawcy serii brutalnych morderstw lokalnych oficjeli powiązanych z tajemniczą organizacją Cobra Force. Śledztwo szybko prowadzi do Vladimira, rosyjskiego agenta działającego wewnątrz systemu, jednak bohaterowie zamiast klasycznej policyjnej roboty wybierają drogę pełną tortur, strzelanin i ulicznej demolki. W efekcie kryminał miesza się tutaj z wojennym kinem akcji i typowym dla włoszczyzny bezwstydnym szaleństwem.
Film powstał pod koniec włoskiej eksploatacyjnej gorączki, kiedy Mattei i jego ekipa byli już absolutnymi mistrzami recyklingu. Autorka scenariusza, Rosella Drudi, zainspirowała się bardzo mocno Poza strefą Christophera Crowe’a i te wpływy są tutaj bardzo wyraźne, na dodatek przepuszczone przez włoski exploitation blender. W efekcie zamiast eleganckiego thrillera dostajemy napisany na kolanie bełkot, gdzie nic nie trzyma się kupy, wojna w Wietnamie miesza się z dyskotekowymi rytmami lat 80., dialogi brzmią jak improwizowany dubbing, a logika narracyjna dawno wyjechała na urlop. Ale właśnie w tym tkwi siła tego kina. W głównej roli „bryluje” Brent Huff, jeden z tych aktorów, którzy idealnie wpasowali się w europejskie kino akcji i eksploatacji lat 80./90. Zaczynał jako model i aktor reklamowy, a potem szybko trafił do kina gatunkowego, gdzie jego fizyczna prezencja zrobiła z niego naturalny materiał na bohatera akcji. Największą rozpoznawalność przyniosły mu właśnie produkcje kręcone we Włoszech i na Filipinach, gdzie pojawiał się regularnie, idealnie odnajdując się w przesadnej, często półamatorskiej estetyce tych filmów. Partnerujący mu Max Laurel nadrabia wszystko siłą i specyficzną, wysoce drewanianą prezencją.
Najpiękniejsze jest jednak to, że Cop Game praktycznie nie ukrywa swojego recyklingowego charakteru. Mattei wyciąga ujęcia ze Strike Commando, Double Target i innych filipińskich produkcji, kradnie kadry Margheritiemu, a całość okrasza hiciarskim przebojem Cop Game autorstwa Ala Festy i Maurizio Cerantoli. Ów temat przewodni wraca nieustannie, atakując widza przy każdej możliwej okazji i po pewnym czasie robiąc mu solidne pranie mózgu. Po seansie człowiek nie pamięta już połowy fabuły, ale ten przeklęty motyw dalej dudni mu w głowie.

Przywódca zbuntowanego oddziału Konfederatów, którzy odmówili uznania kapitulacji Południa, pułkownik Connor (Alberto Farnese) ma chrapkę na piękną córkę wodza Komanczów Yarin (Mapi Galán). Początkowo próbuje ją kupić za „wodę ognistą”, ale dumny wódz odpowiada twardo, że tego typu transakcja go mierzi. W obliczu odmowy żołnierze dokonują rzezi całej wioski i biorą Yarin do niewoli. Urodziwej squaw udaje się uciec i znajduje schronienie na gospodarstwie byłego podwładnego Connora, samotnego ranczera Matta (Vassili Karis). Ten wprawdzie nienawidzi Indian za to, że zamordowali jego żonę, ale gdy słyszy od Yarin o okrucieństwach, których dopuścili się jego dawni kompani, postanawia jej pomóc.
Kino zemsty w spagwestowym przyodzieniu. W trakcie seansu można miejscami odnieść wrażenie, że oglądamy jakąś drugoligową produkcję jankeską. O tym że to Dziki Zachód made in Italy przypominają okazjonalne wybuchy krwawej przemocy, nadekspresyjne aktorstwo niektórych odtwórców oraz finałowy pojedynek, w którego trakcie Mattei w bezczelny sposób małpuje maestro Leone. Pod względem realizacji rzecz prezentuje się całkiem przyzwoicie, scenariusz — choć mocno schematyczny — również zdaje przez większość czasu egzamin na poziomie dostatecznym plus, największe głupoty zachowując dopiero na koniec. Głupoty są to jednak nader pocieszne, bo finałowa rozgrywka trzyma w zanadrzu partyzantkę à la Rambo oraz zwrot akcji, który ostatecznie wybieli czerwonoskórych i zarazem zamieni bohatera w żądnego krwi dzikusa. Oczy cieszą w trakcie seansu dość liczne efekty gore (zgodnie z tytułem jest zdzieranie skalpów, ponadto dekapitacja, podrzynanie gardła oraz targanie biedaka za pomocą haków wbitych w cycki [cycki męskie, w odróżnieniu od np. Cannibal Ferox, gdzie mieliśmy dość podobny patent, tyle że napędzany makaroniarskimi zapędami mizoginistycznymi]) oraz posągowa uroda Galán, która wygląda olśniewająco nawet wówczas, gdy z kamienną twarzą masakruje wroga.
1987 – Strike Commando – Justine de Sade

Mike Ransom (Reb Brown) jest częścią składu Strike Commando, który przeprowadza misję w Północnym Wietnamie. Podczas jednej z akcji, członkowie oddziału zostają wymordowani, zaś Mike’owi udaje się uciec i schronić w pobliskiej wiosce. Mężczyzna dowiaduje się, że w pobliżu operują radzieckie wojska, a w szeregach jego armii ukrywa się zdrajca. Wkrótce Ransom wyrusza na samotną misję.
Włoski Rambo II (1985) w interpretacji Matteiego to, po raz kolejny, kawał bezwstydnej rozrywki. Ransom to maszyna do zabijania, strzela, wrzeszczy, nie łamie się podczas tortur i chętnie prezentuje swoją umięśnioną klatę. Do tego jest nieskazitelnie czysty moralnie, pomaga wietnamskiej wiosce i w pojedynkę dokonuje zemsty na całym świecie. Przerysowany, komiksowy wręcz bohater, jakże typowy dla włoskich przykładów namsploitation. Jednym z jego przeciwników jest odpowiednik Ivana Drago – radziecki osiłek Jakoda (Alex Vitale), który w pewnym momencie powraca ze srebrnymi zębami niczym bondowska Buźka.
Strike Commando to niekończąca się akcja, emocje, wybuchy, które nie dorównują epickością (ani budżetem) amerykańskim odpowiednikom, ale w swojej kategorii radzą sobie co najmniej nieźle. Wszystko to niesione na silnych barkach Reba Browna. Momentami film zamienia się w wietnamską operę mydlaną, patos wylewa się z ekranu, a wzruszeniom nie ma końca. Szczególnie poruszające (czytaj: zabawne) są rozmowy Ransoma z wietnamskim dzieciakiem, któremu ten obiecuje zabranie do amerykańskiego Disneylandu, gdzie popcorn rośnie na drzewach, a wata cukrowa spada z nieba. Ten idylliczny obraz Stanów Zjednoczonych wybrzmiewa wyjątkowo komicznie, a dialogi przyprawiają o zgrzytanie zębami. Rok później powstała kontynuacja przygód naszego walecznego macho.
1989 – Shocking Dark – Dr Butcher

Co robi Bruno Mattei, kiedy trzeba wracać z Filipin, a w kieszeni zaczyna świszczeć przeciąg? Siada, odpala papierosa i przypomina sobie dwa największe tytuły science fiction ostatnich lat. Obcy 2 zarobił miliony. Terminator zarobił miliony. Bruno dopala faję i wykonuje telefon do Roselli Drudi: „Słuchaj kochaniutka, Cameron już odwalił za nas całą robotę. Oni mieli futurystyczne scenografie, my mamy opuszczone hale produkcyjne i kilka godzin w Wenecji. Oni mieli kosmitów, my coś znajdziemy. Ludzie i tak będą to oglądać na zajechanych do szczętu kasetach VHS”. Rosella nawet nie próbuje udawać oburzenia. „Bruno, skarbie, skoro już kradniemy, to kradnijmy porządnie. Claudio od miesięcy marudzi, że chce zrobić włoskiego Terminatora. Wrzućmy androida, trochę dymu, czerwone światła, spiskowe teorie i będzie wyglądało jak mroczna przyszłość”.
Jak uzgodnili, tak też zrobili, po tej krótkiej burzy mózgów powstaje Shocking Dark, esencja włoskiego kina eksploatacji końca lat 80., film, który bez cienia wstydu kradnie z największych hollywoodzkich hitów i robi z tego kompletnie absurdalny, ale momentami hipnotyzujący kolaż. Akcja rozgrywa się w postapokaliptycznej Wenecji przyszłości, mieście zamienionym w toksyczne bagno. Grupa żołnierzy schodzi do podziemnego kompleksu badawczego, gdzie naukowcy znikają w tajemniczych okolicznościach. I tutaj Mattei odpala cały arsenał zapożyczeń: klaustrofobiczne korytarze, marines strzelających w ciemność, wrzeszczących dowódców, radarowe „motion trackery” i dialogi brzmiące jak kiepsko przepisany scenariusz Camerona. Plus, ten trudny do nazwania klimat, jaki udało mu się wyczarować w doskonałych Szczurach. I właśnie w tej bezczelności tkwi cały urok filmu. Mattei nigdy nie był reżyserem subtelności. W przypadku Shocking Dark dochodzi jeszcze ten cudowny chaos narracyjny: film przez godzinę udaje Aliens, po czym nagle skręca w stronę cybernetycznego thrillera z androidem w głównej roli. Mattei naprawdę wierzy, że robi włoską odpowiedź na hollywoodzkie science fiction. I w tym tkwi cały urok jego filmów: oglądasz coś, co miało być tanim ripoffem prosto na rynek wideo, a stało się niejako jednym z najbardziej kultowych produktów umierającej włoskiej eksploatacji.
1994 – Madness – Justine de Sade

Późne giallo (nakręcone trochę na slasherową modłę) Matteiego nie należy do najbardziej satysfakcjonujących przykładów żółtego nurtu. Niskobudżetowy film miał trafić głównie na zagraniczne rynki i zarobić trochę grosza jak najmniejszym kosztem. Warto wspomnieć, że wersja video, przeznaczona na rynek włoski, zawiera doklejone sceny morderstw z A Blade in the Dark (1983) Lamberto Bavy. Postmodernistyczna fabuła nawiązuje do argentowskich Ciemności (1982) – główną bohaterką jest Giovana (Monica Carpanese), twórczyni komiksów o doktorze Darku, chorującym na rozszczepienie osobowości. Kobieta atakowana przez media za rzekome promowanie przemocy (na które odpowiada niemal dosłownymi cytatami z Petera Neala!) wkrótce dowiaduje się, że seryjny morderca inspirujący się jej komiksem, ma ją na oku i zostawia w jej domu makabryczne pamiątki.
Obiecujący pomysł i niezłe sceny grozy zapowiadają całkiem niezły seans, niestety w połowie film kompletnie się rozjeżdża zamieniając się w coś w rodzaju Martwej ciszy (1989). Fabuła traci napięcie, a zakończenie jest bardzo przewidywalne. Nie wspominając już o wszelkich scenariuszowych głupotkach, ze specyficznie prowadzonym śledztwem na czele, oraz fatalnym aktorstwie i dubbingu. Największym plusem są sceny gore, krwawe i efektowne, zawierające wydłubywanie gałek ocznych przy pomocy dwóch szpikulców. Ogromna szkoda, że większość morderstw odbywa się w pierwszej połowie filmu, podczas gdy druga jest przegadana. Niestety Madness nie sprawdza się ani jako porządne giallo, ani jako film a’la Mattei – tak zły, że aż dobry. Głównie dla zagorzałych fanów włoszczyzny.
Teksty zbiorowe załogi Savage Sinema.





