Dzika woda brzegi rwie, czyli 7 oślizgłych darów pomorza

Są trzy rodzaje ludzi: żywi, martwi i ci na morzu.
(cytat przypisywany Arystotelesowi)

Mordercze rekiny, lovecraftowskie stwory, nawiedzone statki-widma, podwodne zombie – woda to żywioł tajemniczy i nieokiełznany, który w połączeniu z motywami i figurami charakterystycznymi dla horroru tworzy podwójnie niebezpieczną mieszankę. Od animal attack, poprzez slasher, po monster movies, kino grozy chętnie wykorzystuje motyw wody po dziś dzień. Jako że sezon wakacyjny trwa, postanowiliśmy wziąć na tapet horror akwatyczny w przeróżnych jego wydaniach. 

Justine de Sade


1977 – Porażające fale (reż. Ken Wiederhorn) – Justine de Sade

Wywiedziona z haitańskich wierzeń figura zombie przez dekady napędzała (i napędza do dziś) kino grozy, przechodząc w międzyczasie przeróżne ewolucje. W pewnym momencie nieumarłe kreatury zaczęły żyć… pod wodą. Jednym z najbardziej kultowych przykładów tej wariacji są Porażające fale, które zmiksowały motyw podwodnego zombie z nazistowskimi eksperymentami. Ze stylizowanego na dokument prologu dowiadujemy się o tajnych badaniach III Rzeszy, których celem miało być stworzenie jednostki niezniszczalnych żołnierzy. Wiele lat później grupa turystów wybiera się w rejs, który kończy się katastrofą. Rozbitkowie trafiają na tajemniczą wyspę, która okazuje się mieć jednego mieszkańca – byłego nazistowskiego komendanta (Peter Cushing), który ostrzega ich przed zbliżającym się niebezpieczeństwem. 

Porażające fale to film na wskroś przesiąknięty duchem euro horroru, choć nakręcony w Stanach Zjednoczonych. Zarówno tematyką, jak i klimatem, przywodzi na myśl takie obrazy jak Jezioro zombich (1981) czy Oaza zombich (1982). Reżyser stopniowo buduje poczucie zagrożenia, początkowo nie pokazując nam nieumarłych – ci pojawiają się w połowie filmu wynurzając się z wody i obserwując z daleka, powoli osaczają ekipę. Ubrani w mundury SS i ciemne gogle, o aryjskich blond włosach i bladych twarzach, są pozbawieni emocji, nieludzcy i zimni niczym maszyny śmierci. Pomimo ograniczeń budżetowych za pomocą prostych trików udało się stworzyć ciekawych antagonistów. 

Aktorsko najlepiej wypadają weterani kina – Peter Cushing w roli surowego odludka i John Carradine jako cyniczny kapitan. Na wyróżnienie zasługuje prosta, lecz świetna syntezatorowa ścieżka dźwiękowa i drobne nawiązania do kultowych Szczęk (1975). Jedynym poważnym, w moim odczuciu, minusem, pozostaje brak scen gore – morderstwa są dokonywane za pomocą utopienia, brak im efektownej makabry. Poza tym jednak Porażające fale to klimatyczny, pełen poczucia osaczenia i onirycznej dziwności horror.


1978 – Cyclone (reż. René Cardona Jr.) – Caligula

Kino katastroficzne dryfujące w gęstym sosie z nihilizmu. Za kamerą René Cardona Jr., syn jednej z najbardziej prominentnych postaci kina meksykańskiego. Cardona junior był równie pracowity, jak jego ojciec, nie bał się w zasadzie żadnego gatunku filmowego, a przy tym bez jakichkolwiek oporów babrał się w eksploatacyjnym szlamie, z jednej strony czerpiąc z hollywoodzkich wzorców (Tintorera [1977], przygodowa odpowiedź na Szczęki [1975]), a z drugiej doprawiając fabuły gore (absurdalnie rozrywkowe, krwawe, gołe i wesołe Treasure of the Amazon [1985]).

W Cyclone Cardona snuje opowieść o losach ocalałych z huraganu na Karaibach. Nieszczęśnicy na pokładzie wytarmoszonej przez żywioł turystycznej łodzi muszą zmagać się z atakami rekinów, odwodnieniem i głodem. Koniec końców, jak zwykle okazuje się, że największe zagrożenie stanowi drugi człowiek. Czyt. rozbitkowie podejmują jakże banalną decyzję o zjadaniu siebie nawzajem. Wymowa dzieła jest posępna, jego tempo ślimacze, odbiorca nie znajdzie w fabule żadnych akcentów, które rozładowałyby napięcie i atmosferę degrengolady. Bardzo nieprzyjemny seans, który skutecznie zrujnuje wieczór we dwoje. W pojedynkę zresztą też. Jeśli chcecie komuś zrobić psikusa, to polećcie mu Cyklon ze słowami: „Savage Sinema rekomenduje to jako zapomnianą perełkę kina Nowej Przygody”.


1978 – Island of the Fishmen (reż. Sergio Martino) – Dr Butcher

Wyspa ludzi-ryb Sergia Martino przenosi nas do roku 1891. Po katastrofie statku transportującego więźniów, wojskowy lekarz, porucznik Claude de Ross (Claudio Casinelli), wraz z grupą ocalałych skazańców trafia na tajemniczą tropikalną wyspę. Początkowo wydaje się ona opuszczona, szybko jednak bohaterowie odkrywają osadę, a następnie spotykają jej zagadkowych mieszkańców: Edmunda Rackhama (Richard Johnson) i piękną Amandę Marvin (Barbara Bach). Claude wkrótce odkrywa, że ojciec Amandy, profesor Ernest Marvin (Joseph Cotten), prowadzi na wyspie eksperymenty, których efektem są zmutowani ludzie-ryby (lub, jak pięknie nazywa ich mój redakcyjny kolega Jacek, rybole). Naukowiec przekonuje, że jego badania mają służyć ludzkości, podczas gdy Rackham kieruje się znacznie mniej szlachetnymi pobudkami. Jakby tego było mało, pod powierzchnią wyspy kryje się jeszcze jeden sekret, który nada całej historii zupełnie nowy wymiar.

Wyspa ludzi-ryb to właściwie włoska wariacja na temat Wyspy doktora Moreau, doprawiona sporą porcją motywów podkradniętych z Potwora z Czarnej Laguny i całym zestawem motywów rodem z klasycznego kina przygodowego: zaginiona cywilizacja, szalony naukowiec, elementy religii voodoo, tajemnicza wyspa i skarb. Film najlepiej działa jako staroświecka, pulpowo-przygodowa fantazja, która z każdym kolejnym pomysłem coraz bardziej oddala się od jakiejkolwiek logiki. Największym problemem pozostaje tempo. Pierwsza część, kiedy tajemnica wyspy jest jeszcze rzeczywiście nieodgadniona, wypada zdecydowanie najlepiej. Później fabuła zaczyna się rozłazić pod ciężarem kolejnych wątków, a akcja momentami mocno zwalnia. Na szczęście, kiedy Martino wreszcie wypuszcza na ekran ryboli w ich pełnej krasie, film odzyskuje energię. Tanie, gumowe kostiumy mogłyby być powodem do kpin, ale reżyser potrafi wykorzystać montaż, światło i ograniczoną widoczność, żeby nadać potworom niesamowitości. Do tego dochodzą całkiem efektowne, staroświeckie miniatury.

Wyspa ludzi-ryb jako włoska odpowiedź na kino potworów z lat 50. i 60. ma sporo uroku. Martino wrzuca do jednego garnka motywy z Verne’a, Atlantydę i kino przygodowe, a następnie podaje to wszystko w charakterystycznym dla włoskiego kina gatunkowego b-klasowym sosie eksploatacji. Rezultat bywa nierówny, czasami wręcz absurdalny, ale kiedy na ekranie pojawiają się rybole, trudno odmówić tej całej niedorzeczności ogromnego uroku, na co wpływ mają także zdjęcia, kręcone w jakimś pokarpiowym zamglonym szlamie a także oblepiająca całość atmosfera odrealnienia i oniryczności.


1980 – Humanoidy z głębin (reż. Barbara Peeters) – Simply

Noyo to niewielka osada rybacka, malowniczo przycupnięta u wybrzeża Pacyfiku w północnej Kalifornii. Jest późna jesień, dopiero co skończył się sezon na łososia. Tym, co angażuje teraz mieszkańców Noyo jest planowana budowa wielkiej przetwórni i fabryki konserw rybnych. Firma inwestująca gruby kapitał w przedsięwzięcie roztacza wizję przyszłych profitów, miejsc pracy dla wszystkich i powszechnego dobrostanu po wsze czasy. Nie wszyscy jednak są z tego powodu wniebowzięci. Reprezentowana przez Johnny’ego Eagle’a (Anthony Pena) indiańska mniejszość w obawie przed dewastacją środowiska otwarcie przeciwstawia się inwestycji, grożąc podjęciem drastycznych kroków prawnych. Temperatura konfliktu narasta i szanowany w okolicy Jim Hill (Doug McClure) robi co może, by perswazją i pięścią ostudzić poziom agresji pomiędzy wspomnianym Johnnym a Slatterym (Vic Morrow), twardym prowodyrem nie wylewających za kołnierz ludzi morza. Wszystko to jednak szybko blednie w obliczu serii ponurych, niezrozumiałych i coraz krwawszych incydentów, których areną staje się nadmorska okolica. Choć racjonalne umysły dzielnych obywateli Noyo długo buntują się przeciw tak absurdalnej acz nieuchronnej konkluzji, wszystko wskazuje na to, że w głębinach zagnieździł się jakiś potwór. Czy coś łączy go z planowaną inwestycją? Coś łączy…

Odpowiadająca za reżyserię filmu Barbara Peeters (Bury Me an Angel [1972]) wykonała swoją robotę bez zarzutu. Budowanie atmosfery na stopniowym okładaniu widza coraz bardziej namacalnym morskim koszmarem i makabrą zanim objawią się one w pełnej krasie, to celująco odrobiona lekcja ze Szczęk (1975). W końcu jak ściągać, to od najlepszych. Co zresztą mogło zadziałać i w drugą stronę, kiedy sam Peter Benchley w swojej powieści White Shark (1994) powoła do życia morderczą, wodnolądową mutację człowieka z rekinem — poroniony owoc hitlerowskich eksperymentów nad Wunderwaffe — w swoim kształcie i modus operandi przypominającą stwory z Humanoidów

Bo jak się szybko okaże, naszych humanoidów jest więcej. Dwumetrowe, zielone, oblepione wodorostami antropomorficzne gumowe erektusy z uzębieniem Crittersów (o 6 lat wcześniej) i osłoniętymi cieniutką tkanką przerośniętymi mózgami, to fenomenalne dzieło 20-letniego Roba Bottina („gówniarzowi nie chcieli sprzedać drinka w knajpie” — wspomina producent Hunt Lowry). Genialny uczeń Ricka Bakera przy skromnych środkach budżetowych wykonał tylko jeden skończony kostium humanoida plus dwa niekompletne (filmowano je w detalach). W apokaliptycznym, finałowym ataku humanoidów na tłum podczas festynu, te półtora kreatury ograno tak sprawnie, że ani przez moment nie mamy wątpliwości, że jest ich całe stado. Przy całym rozmachu tej sekwencji nie można oprzeć się wrażeniu obcowania z produkcją o wiele kosztowniejszą, niż była w istocie.

Zadbano też o to, co w tego typu kinie lubię szczególnie — licytującą bardzo wysoko w stawce absurdu genezę pochodzenia stworów, którą referuje grana przez zjawiskową Ann Turkel biolożka Susan Drake. Uzdatniany hardkorowym hormonem wzrostu hodowlany narybek łososia przedostał się do oceanu i tam doszło do krzyżówki z latimeriami — endemicznymi rybami kopalnymi sprzed 60 milionów lat, których pojedyncze okazy przetrwały do dziś. Gatunek ten nie poddał się procesom ewolucji… do momentu bliskich spotkań z GMO łososiami. Sztucznie zastymulowana ewolucja nabrała więc tempa reakcji łańcuchowej, przechodząc błyskawicznie do stadium ziemno-wodnego antropoidalnego bytu, który wychodzi z morza by zacząć proces akomodacji lądowej. Żeby nadrobić stracony, ewolucyjny czas , musi parzyć się z ludźmi. Po prostu, by nimi się stać. I to szybko.

„Mają masakrować mężczyzn i gwałcić kobiety” — tak swoim aksamitno-żwirowym głosem Romana Casteveta producent wykonawczy Roger Corman ustalił koncepcję tytułowych humanoidów. Barbara Peeters świetnie wywiązała się z pierwszej części zadania. Mamy tu w bród eksplodującej juchy (oprócz Bottina przy efektach pracował też drugi maestro , Chris Walas), prawdę mówiąc nawet więcej humanoidziej niż ludzkiej. Człowiek nie dopuści bowiem do gatunkowej konkurencji i „ewolucyjna eksterminacja” będzie przebiegać przy zacierających się granicach między samoobroną a ostatecznym rozwiązaniem. Peeters odmówiła natomiast reżyserowania scen gwałtów uznając, że to niemoralne i poniżej jej godności. Corman zawiesił aksamitno-żwirowy głos, jako gentleman nie wdając się w niepotrzebną awanturę.

Jednocześnie jako szef produkcji zlecił niezbędne dokrętki reżyserowi drugiej ekipy i to right now! Ale tytułu na Sleazoids from the Deep już zmieniać nie kazał, choć mógłby. W uzupełniającym wolę Cormana materiale kreatury atakują pary, wyrywają chłopakom twarze, a panny wloką po piachu i zapładniają w imię lepszego, gatunkowego jutra. Kilka takich, dodających mocno eksploiterskiego dreszczu scen zadecydowało o ostatecznym charakterze dzieła. Barbara Peeters po obejrzeniu filmu była wściekła i załamana. Gorąco poparła ją Ann Turkel, która zwróciła się nawet do Gildii Aktorskiej, by zablokować premierę Humanoidów. Nic nie wskórała. Można mieć własne zdanie w tej kwestii, ale nie zmienia to faktu, że tym sposobem film jakich wiele, stał się filmem, jakich mało.


1980 – Statek śmierci (reż. Alvin Rakoff) – Justine de Sade

Podczas rejsu luksusowego statku pasażerskiego dochodzi do katastrofy spowodowanej tajemniczym atakiem. Kilkoro rozbitków, z kapitanem (George Kennedy) i jego najbliższymi współpracownikami na czele, znajduje schronienie na okręcie, który pojawia się znikąd. Okazuje się, że jest on całkowicie opuszczony, a grupa ocalałych zaczyna doświadczać przerażających zjawisk i ginąć jeden po drugim. 

Scenariusz autorstwa Jacka Hilla został zainspirowany spielbergowskim Pojedynkiem na soszie (1971). W tym jednak wypadku zamiast ciężarówki źródłem zagrożenia staje się nawiedzony statek-widmo, który nie tylko zabija swoich gości, ale też opętuje kapitana niczym hotel Overlook czy dom Amityville. Choć film Rakoffa nie cieszył się dobrymi recenzjami, posiada niesamowicie dużo oldschoolowego uroku. Największym atutem jest lokalizacja – zdezelowany statek z czasów II wojny światowej to miejsce dla którego zatrzymał się czas, pełne nazistowskiej symboliki, reliktów przeszłości (od niemych filmów wyświetlanych na projektorze, po zdjęcia pin-up girls na ścianach), imponującej, przerdzewiałej maszynerii. Industrialny klimat okrętu miesza się z estetyką nawiedzonego domu, który zsyła na pasażerów przerażające wizje – kabinę prysznicową wypełnioną krwią, zwłoki powieszone na hakach niczym w rzeźni, pełną ludzkich szczątków rybacką sieć. 

Halucynacyjnym motywom rodem z sennego koszmaru towarzyszy oniryczna atmosfera i interesujące odkrycie przeszłości statku – okazuje się on dawnym okrętem III Rzeszy na którym torturowano więźniów. W jednej ze scen bohaterowie znajdują trupy poddanych niesamowitym okrucieństwom ofiar, a duchy okrętu same przypominają o swojej dawnej “chwale” puszczając propagandowe nagrania Adolfa Hitlera z projektora. Następuje kumulacja obłędu we wspomnianej już scenie z rybacką siecią, podczas której nie tylko widzimy pozostałości ofiar nazistów, ale też słyszymy ich przerażające krzyki. Przyznam więc, że do dziś nie rozumiem niskich ocen wystawionych obrazowi Rakoffa na portalach filmowych. W mojej opinii to kawał klimatycznego horroru w którym pierwsze skrzypce gra niesamowita sceneria.


1982 – Pirania II: Latający mordercy (reż. James Cameron, Ovidio G. Assonitis) – Caligula

Debiut reżyserski Jamesa Camerona, do którego on sam woli się nie przyznawać. Jest to kontynuacja kultowego monster movie Joe’go Dante, z podbitą — jak to w sequelach — stawką. Piranie stanowią tym razem zagrożenie już nie tylko pod wodą, ale i w powietrzu. Wszystko przez U.S. Army, które wyhodowało arcydrapieżne i wyposażone w skrzydła mutanty. Reszta bajki rozwija się wedle znajomego schematu: mamy nadmorski kurort i bawiących w nim wczasowiczów. Coroczną atrakcję stanowi ogłuszanie wyrzuconych na brzeg rybek i późniejsza uczta na ich bazie. W tym sezonie to jednak goście luksusowego hotelu będą daniem dla fruwających głodniaków.

W przypadku kolesia o ego Jamesa Camerona nie dziwi przesadnie, że tylko przyparty do muru potwierdzi, że maczał palce w podobnym projekcie. To tani, do bólu kiczowaty horror, w którym rozsmakują się miłośnicy bezwstydnej tandety. Czy to źle? Nie, jeśli ma się dystans do siebie i świata. Takowego nie miał Cameron, któremu obcy był duch zabawy, przyświecający Dantemu czy lata później Alexandrowi Aja przy kręceniu remake’u. Trzeba jednocześnie oddać Cameronowi, że zadanie miał wysoce niewdzięczne: na planie bezustannie wtrącał mu się w reżyserowanie producent Ovidio G. Assonitis, a po wszystkim zabrał cały materiał i zmontował po swojemu, jednocześnie podpisując koszmarek własnej produkcji nazwiskiem biednego debiutanta. Nie użalałbym się jednak nad losem młodego Jamesa zanadto: lata później z pełną premedytacją i za grube miliony popełni maszkarony z serii Avatar. Pirania II kłapnięciem szczęki i plaśnięciem cyca wyskakującego spod bikini bije te filmowe kupy w 3D na głowę jako kino skromne i świadome swego przeznaczenia.


1989 – Lewiatan (reż. George Pan Cosmatos) – Caligula

B-klasowa hybryda Obcego – ósmy pasażera Nostromo (1979), Coś (1982) i Otchłani (1989). Ostatni z wymienionych filmów premierę miał wprawdzie pół roku po Lewiatanie, ale zważywszy, że 1989 ogólnie stał w Hollywood pod znakiem podwodnych wojaży — w tym samym okresie na ekrany wszedł Obcy z głębin Seana S. Cunninghama — to można śmiało uznać, że George Pan Cosmatos podpiął się pod popularny trend. Główną bolączkę jego dzieła stanowi właśnie brak oryginalności, bo dostajemy tutaj zlepek motywów żywcem zerżniętych z hitów łączących science-fiction z horrorem (w finale będzie nawet szczypta Szczęk [1975]). Jest odcięta od świata baza jako miejsce akcji i zamknięta w niej grupa osób. Jest też nieznane do tej pory ludzkości zagrożenie.

Nie jest to kino ani błyskotliwe, ani nawet wybitnie trzymające w napięciu. Ma jednak niezły klaustrofobiczny klimat, przyjemną oku scenografię (tu dziełu Ridleya Scotta kłania się najmocniej), efekty majstra Stana Winstona oraz świetną obsadę. Peter Weller wciela się w szefa załogi, trochę harcerza, rozsądnego i sprawiedliwego, ale bez kija w dupie. Cholewy smali doń urodziwa Amanda Pays (m.in. Sajgon [1988]), a doradza mu zblazowany Richard Crenna jako doktor, którego szczepionka „zabiła kilkoro ludzi”, więc za karę dostał zesłanie na podwodne zadupie. Na dalszym planie są jeszcze Meg Foster jako „wyrachowana sucz z wielkiego korpo”, Hector Elizondo, Ernie Hudson i Daniel Stern — ten ostatni za zadanie ma głównie irytować. Scenariusz walnął na autopilocie David Webb Peoples, który pracował przy Łowcy androidów (1982) i Zaklętej w sokoła (1985). Na papierze wszystko wygląda zatem cacy, w praktyce wali to na kilometr skokiem na kasę, który czuć nawet pod wodą. Ogląda się lekko, jak na VHS-ową sztampę przystało. Są absurdalnie gigantyczne miotacze płomieni, oślizgłe macki wyskakujące znienacka z zakamarków i dialogi tak czerstwe, że zrodzić się mogły jedynie w latach 80.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *