„Apocalypse Domani” – reż. Antonio Margheriti

Antonio Margheriti to jeden z tych włoskich reżyserów kina gatunkowego, którzy z równą swobodą poruszali się po niemal wszystkich popularnych nurtach włoskiej eksploatacji. Często podpisujący swoje filmy pseudonimem Anthony M. Dawson twórca realizował science fiction (Assignment Outer Space) horrory gotyckie (m.in. The Virgin of Nuremberg czy The Long Hair of Death), giallo w rodzaju Seven Deaths in the Cat’s Eye, westerny (choćby And God Said to Cain) – a także kino przygodowe i fantasy.

Jednym z bardziej osobliwych punktów w tej filmografii jest zrealizowany w 1980 roku horror Cannibal Apocalypse. Choć tytuł wyraźnie nawiązuje do Czasu Apokalipsy Francisa Forda Coppoli, wojna wietnamska stanowi tu właściwie tylko punkt wyjścia. Margheriti wykorzystuje ją jako pretekst do opowieści o tajemniczej epidemii kanibalizmu, która dotyka żołnierzy wracających z frontu. Motyw ten można odczytywać jako dość czytelną metaforę wojennej traumy, przemocy, która przenosi się z pola walki do codziennego życia. Fabuła koncentruje się na kapitanie Hopperze, granym przez charyzmatycznego Johna Saxona, który po powrocie z Wietnamu próbuje zmierzyć się z konsekwencjami wydarzeń z frontu. Gdy jeden z jego dawnych towarzyszy broni, w tej roli Giovanni Lombardo Radice, zaczyna popadać w kanibalistyczny szał, sytuacja szybko wymyka się spod kontroli, a epidemia zaczyna ogarniać kolejne osoby.

Włosko-hiszpańska produkcja, zrealizowana przez pięćdziesięcioletniego wówczas Margheritiego, jest filmem niezwykle dynamicznym. Reżyser nie daje widzowi chwili wytchnienia: obok scen strzelanin i kolejnych ataków spragnionych ludzkiego mięsa kanibali pojawia się także wątek romansowy, młoda sąsiadka próbuje uwieść przystojnego Hoppera, oraz próba rozliczenia się z wojenną przeszłością bohaterów. Cannibal Apocalypse przypomina bękarcie dziecko włoskiego kina kanibalistycznego, filmu wojennego i dynamicznego akcyjniaka. Choć trudno mieć wątpliwości, że Margheriti traktował projekt przede wszystkim jako kolejne źródło zarobku, efekt końcowy okazuje się zaskakująco udany. Pomimo upchania w niespełna półtoragodzinnym filmie całej masy wątków, całość ani przez moment nie nuży, co jest zasługą sprawnej reżyserii i dobrze zrealizowanych scen akcji.

Za efekty specjalne odpowiadał Gianetto De Rossi. Choć film nie obfituje w szczególnie liczne sceny gore, kiedy już się pojawiają, robią duże wrażenie. Na uwagę zasługują zwłaszcza dwie: moment krojenia ludzkiego mięsa, które bohaterowie przygotowują na zapas, oraz finałowa konfrontacja w kanałach, w której widzimy człowieka z ogromną dziurą w ciele po strzale z shotguna. Ścieżka dźwiękowa autorstwa Alexandra Blonksteinera, utrzymana w funkowej stylistyce, nie do końca spełnia swoje zadanie, w tym miejscu przydałoby się coś bardziej stonowanego, na wzór ówczesnych produkcji zespołu Goblin. Być może nadałoby to całości bardziej spójny klimat i gęstszą atmosferę.

Aktorsko film opiera się przede wszystkim na charyzmatycznej obecności Johna Saxona, który jak zwykle wypada bardzo przekonująco. Reszta obsady dobrze dostosowuje się do ponurej historii, a na szczególne wyróżnienie zasługuje Giovanni Lombardo Radice. Ten ostatni przyznał zresztą, że był przekonany, iż bierze udział w klasycznym filmie kanibalistycznym rozgrywającym się w dżungli, a samego filmu podobno do dziś nie obejrzał w całości.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *