Cité Obscure: Skarb Sierra Madre (1948)

John Huston przeczytał powieść B. Travena w połowie lat 30. i już wówczas uznał ją za idealny materiał do zekranizowania. Pierwsze przygotowania pod kątem adaptacji poczyniono po sukcesie Sokoła maltańskiego (1941), reżyserskiego debiutu Hustona, ale projekt poszedł w odstawkę, gdy USA przystąpiły do działań wojennych: reżyser służył w tym okresie w armii w randze majora i popełnił kilka filmów dokumentalnych dla wojska.

Pomysł przeniesienia Skarbu Sierra Madre na ekrany odżył tuż po wojnie. Huston z ogromnym entuzjazmem rzucił się w wir pracy, upierając się, aby w roli głównej obsadzić swego ojca Waltera. Tu na drodze stanęły względy koniunkturalne. W międzyczasie bowiem odtwórca roli Sama Spade’a Humphrey Bogart stał się największą gwiazdą wytwórni Warner Bros. i to jemu wypadało powierzyć pierwszy plan. Bogeya nie przerażał bynajmniej fakt, że Fred C. Dobbs, centralna postać fabuły, to podła szumowina. Aktor sam naciskał reżysera, by powierzył mu tę partię, a spotkanemu w tym czasie krytykowi miał się pochwalić, że w nadchodzącym projekcie wciela się w „najgorszą świnię”. Walter Huston musiał się w tych okolicznościach zadowolić drugoplanową rolą starego wyjadacza Howarda.

Freda Dobbsa poznajemy, gdy szwenda się po ulicach meksykańskiego Tampico. To nieszkodliwy, ale i dość żałosny typ: włóczęga zdany na hojność przypadkowych ludzi. Pewnego dnia udaje mu się złapać dorywczą fuchę, w trakcie wykonywania, której poznaje podobnego mu nieszczęśnika Boba Curtina (Tim Holt), z którym pomieszkuje w taniej noclegowni. Tam mężczyźni nawiązują znajomość z podstarzałym poszukiwaczem złota, który roztacza przed nimi wizję bogactw kryjących się w okolicznych górach. Dobbs i Curtin decydują się przeznaczyć zarobione w ostatniej pracy pieniądze (które notabene musieli siłą wytrząsnąć z nieuczciwego pracodawcy) na wyprawę po złoty kruszec.

Skarb Sierra Madre to z wierzchu standardowy western o przygodzie i męskiej przyjaźni, pod względem fatalistycznej wymowy i egzystencjalnego brudu bliżej mu jednak do kina noir, niż do poczciwych historii Johna Forda. Pierwsza połowa przedstawia perypetie trójki bohaterów, którzy w pocie czoła walczą o swój byt i przychylność fortuny. Z czasem przypowieść przyobleka się w ponure tony, a zamiast awanturniczej wyprawy po złoto na pierwszy plan wypływają mroki ludzkiej duszy.

Jack Warner spodziewał się ponoć od Hustona rasowej końskiej opery. Pozwolił mu nawet zabrać ekipę na zdjęcia do Meksyku, co wówczas nie było w ogóle praktykowane przez duże wytwórnie: prościej i taniej było kręcić na miejscu, w studio. Z biegiem czasu szef zaczął się niecierpliwić, nie rozumiejąc czemu jego B-klasowy film o gorączce złota pochłania takie ilości pieniędzy. Nie rozumiał wówczas jeszcze, że Huston ma głęboko gdzieś strzelaniny i popisy kaskaderskie.

Trudy się opłaciły o tyle, że Skarb już w momencie wejścia na ekrany był ogromnym sukcesem artystycznym. John Huston dostał Oscary za scenariusz i reżyserię, jego ojciec otrzymał statuetkę za najlepszą rolę drugoplanową. Werdykt był wówczas — i pozostaje do dziś — jednomyślny: Skarb Sierra Madre to jeden z najlepszych filmów, jakie kiedykolwiek wydało na świat Hollywood. Uniwersalna opowieść o chciwości jako chorobie, która przenika każdy milimetr ciała zarażonego, aż po szpik kości i ostatecznie korumpuje ducha jak najgorszy narkotyk. Deliryczne fizys Dobbsa/Bogarta przywodzi na myśl roztrzęsionego ćpuna, dla którego nie ma już ratunku, bo trucizna posiadła jego umysł, doprowadzając do paranoi. Ostatecznie w finale śmiejemy się wespół z pozostałą dwójką bohaterów śmiechem gorzkim, ale i głęboko oczyszczającym: przewrotny jest los, uwielbia ironię i kpinę z maluczkich. Jeśli traktować jego dary śmiertelnie poważnie, to czyha nas niechybna zguba. Więc kiedy następnym razem poznajcie człowieka, który na mamonę mówi per „pieniążki”, a oczka świecą mu się przy tym, jak Sknerusowi McKwaczowi to lepiej od razu odpuście sobie tę znajomość.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *