Never Take Sweets from a Stranger (1960)
Gdy myślimy o Hammer Film Productions, z automatu nasuwa się skojarzenie z plastikowymi kłami, pelerynami i korytarzami pełnymi pajęczyn. Założona jeszcze w latach 30., a najbardziej prężna od końcówki lat 50. do początku lat 70., brytyjska wytwórnia zbudowała swoją B-klasową renomę, a może raczej obrosła na przestrzeni lat kultem, właśnie dzięki filmom powstałym na bazie klasycznych horrorowych opowieści, z którymi wcześniej oswajał widza Universal. Samemu będąc umiarkowanym fanem Hammera, z „gotycyzującego” horroru preferującym raczej cormanowskie interpretacje opowiadań Edgara Allana Poe, nie mogę jednak nie docenić wpływu jaki wytwórnia wywierała i wciąż czasem wywiera na późniejsze kino grozy. Pamiętając jednak Draculę, Frankensteina czy Mumię, należy mieć na uwadze, że pod tym szyldem nie ukazywały się wyłącznie filmy grozy. W ich katalogu swoje miejsce zajmują również kryminały, thrillery psychologiczne, historyczne przygodówki, a nawet kilka komedii. Jednym z takich filmów, w dużym stopniu (choć nie całkowicie) odbiegającym od horrorowego standardu była produkcja z roku 1960, nosząca pięknie giallowy tytuł, czyli Never Take Sweets from a Stranger w reżyserii Cyrila Frankela.
Akcja filmu rozgrywa się pod koniec lat pięćdziesiątych w Kanadzie. Przypominający nieco Matta Smitha Patrick Allen wciela się w rolę angielskiego nauczyciela, który wraz z rodziną przyjeżdża do małego miasteczka, aby podjąć pracę w lokalnej szkole. Miejscowi wydają się przyjaźnie nastawieni, okolica jest spokojna, stworzona wręcz, aby odpocząć od wielkomiejskiego tumultu. Jednym słowem sielanka. Sielankowe jest zresztą już pierwsze ujęcie filmu: oto dwie dziewczynki bawią się beztrosko na huśtawce, świeci słońce, ptaki śpiewają. Nie mija jednak kilkadziesiąt sekund i kamera odjeżdża, kierując swój obiektyw w stronę poddasza willi znajdującej się nieopodal. Widzimy siedzącego w oknie ohydnego starca bacznie obserwującego dziewczęta. W jednej ręce trzyma lornetkę. Druga dłoń mu się trzęsie, a my uświadamiamy sobie, że w jego głowie zaczynają kiełkować mroczne myśli i niecne zamiary wobec dzieci. I wtedy już domyślamy się, że Never Take Sweets from a Stranger opowie o seksualnym molestowaniu małoletnich, a podjęcie takiej, a nie innej tematyki, czyni go dość nietypowym i oryginalnym nie tylko w kontekście samego Hammera, ale i kina tamtego okresu w ogóle. Wszak pierwszym filmem dotykającym tematu pedofilii, który odbił się szerszym echem wśród krytyków i publiczności, był Naked Kiss (1964, Samuel Fuller), produkcja, która weszła na ekrany kin cztery lata po premierze obrazu Frankela.
Cyril Frankel, to postać o której nie znajdziemy wzmianek na pierwszych stronach podręczników o historii brytyjskiego kina. Twórca specjalizował się w komediach i dramatach obyczajowych, które w większości na przestrzeni lat popadły w otchłań zapomnienia, choć warto w tym miejscu wspomnieć o Man of Africa (1953), nakręconej w Ugandzie produkcji, do której wbrew panującym trendom zatrudnił wyłącznie czarnoskórych aktorów – naturszczyków. Natomiast omawiany w tym tekście film to prawdopodobnie najbardziej ponura rzecz, jaką udało mu się stworzyć. Przy czym pisząc „ponura” cały czas mam na myśli sam koncept filmu, gdyż formalnie i w kwestii narracji produkcja ta nie odbiega szczególnie od standardów ówczesnego kina razem ze swoimi cechami charakterystycznymi, tzn. swoistym „przegadaniem” oraz czasem nieco prostymi i naiwnymi rozwiązaniami fabularnymi. Także sama atmosfera grozy czai się raczej między wierszami. Przynajmniej do czasu.
„Akcja filmu dzieje się w Kanadzie, ale podobna historia mogłaby się zdarzyć gdziekolwiek”. Te słowa pojawiają się na ekranie jeszcze zanim ujrzymy dziewczynki po raz pierwszy. Zamysłem twórców było zapewne stworzyć film-przestrogę, dramat/thriller opowiadający o problemie, o którym w zasadzie nikt wcześniej nie wspominał. Wszak pedofilia oraz przemoc wobec dzieci była te kilkadziesiąt lat temu tematem tabu, często ignorowanym i zamiatanym pod dywan. Także dlatego film nie zebrał najlepszej prasy wśród krytyków oraz widzów, których zaskakiwało, że ktoś ma śmiałość opowiadać o tematach, o których głośno się nie mówi. Często wychodzono z założenia, że „co dzieje się w rodzinie, pozostaje w rodzinie”. A postaci uprzywilejowane, te z wyższych sfer, niejednokrotnie mogły w określonych mikrospołecznościach liczyć na ciche przyzwolenie i kontynuować swój proceder przez dekady. Także w Kanadzie; głośno było kilka lat temu o masowych grobach małoletnich odnalezionych w Kamloops i w prowincji Saskatchewan, w miejscach gdzie wcześniej znajdowały się prowadzone przez Kościół Katolicki szkoły dla rdzennej ludności. Trudno sobie wyobrazić koszmar, jaki przeżywały te dzieci, gwałcone, torturowane i zabijane.



Kilkanaście lat temu wyszły też na jaw poczynania Jimmy’ego Savile, z dzisiejszej perspektywy wyjątkowo obrzydliwej persony, wykorzystującej swój uprzywilejowany status gwiazdy emitowanych w BBC programów muzycznych do swej zwyrodniałej działalności. Nawiązuję akurat do tego brytyjskiego celebryty gdyż w Never Take Sweets from a Stranger taką „szychą”, z którą Savile mi się skojarzył (choć nie posiadającą takiej charyzmy i zdecydowanie nie tak wygadaną) jest wspomniany wyżej starzec, Clarence Olderberry Sr. Jak się okazuje, jest to głowa bogatej, szanowanej rodziny, miejscowy filantrop i człowiek dający zatrudnienie niemałemu procentowi lokalnej społeczności. Córka naszego nauczyciela, Jean, przez przypadek wygaduje się rodzicom, że wraz z koleżanką zostały zaproszone przez dziwnego starszego pana, który w zamian za cukierki kazał im tańczyć nago. Rodzice udają się na policję i rozpętuje się afera. Lokalni mieszkańcy przyjmują wiadomości ze zdziwieniem. No bo jak to? Pan Clarence? Nasz miejscowy dobroczyńca? Choć tu i ówdzie zaczynają do widza docierać informacje, że to nie pierwszy raz, kiedy szanowny pan Oldenberry ujawniał nieprzyzwoite ciągotki. Nawet babcia małej Jean, pozująca na osobę wyjątkowo rozważną, początkowo twierdzi, że wizyta na policji byłaby lekkomyślnym krokiem i sprawę należy zbagatelizować. Poza tym, „jak ona była mała, to przed nią też obnażał się jakiś facet i nic wielkiego się nie stało”. To dość kuriozalny moment filmu, ale pokazujący, jak zmieniło się podejście do tematu na przestrzeni kilkudziesięciu lat. Przypomnijmy sobie Polowanie (2012) Thomasa Vinterberga i nagonkę na postać graną przez Madsa Mikkelsena po raptem kilku słowach bezmyślnie rzuconych przez kilkuletnią dziewczynkę.
Ze współczesnej perspektywy figura Oldenberrego wciąż niepokoi, choć może też nieco bawić. Obserwujemy w tej roli Felixa Aylmera, aktora mającego wtedy za sobą choćby rolę Poloniusza w Hamlecie (1948) Laurence’a Oliviera i przewijającego się przez hollywoodzkie superprodukcje typu Quo Vadis (1951, Mervyn LeRoy) albo Ivanhoe (1952, Richard Thorpe). W Never Take Sweets from a Stranger jego pedofil jawi się jako postać żywcem wyjęta z filmu grozy. Nie wypowiada ani słowa, obleśnie się uśmiecha emanując perwersyjnym, prymitywnym złem. W finałowej sekwencji sunie przez las ku swoim ofiarom, trochę jak wilk goniący Czerwonego Kapturka, ale bardziej jak romerowski zombie albo osoba na której ciąży klątwa z It Follows (2014, David Robert Mitchell). Zatem interpretacja Aylmera jest zgoła odmienna od tej, którą dostrzegamy w kinie obecnie i która wydaje się zdecydowanie bliższa prawdy, kiedy to zwyrodnialec może wyglądać zupełnie przeciętnie (polecam w tym miejscu austriacki dramat Michael z 2011 roku [Markus Schleinzer, Kathrin Resetarits]), a czasem być nawet całkiem przystojny jak Patrick Wilson w Hard Candy (2005, David Slade).
Produkcję Frankela trudno jednoznacznie zakwalifikować gatunkowo. Trochę tu dramatu obyczajowego, nieco kryminału, całkiem sporo dramatu sądowego, jako że większa część drugiego aktu rozgrywa się na sali sądowej, natomiast pod koniec go głosu dochodzi „hammerowa” proweniencja filmu, przez co finałowe sceny w lesie i nad jeziorem zbliżają Never Take Sweets from a Stranger w kierunku horroru. Kilkudziesięciosekundowy, będący zwieńczeniem dramatycznej, kulminacyjnej sekwencji filmu fragment w domku rybackim tchnie już starym dobrym Hammerem. Należy jednak wspomnieć, że dzieło Frankela unika pokazywania drażliwych scen wprost, wiele pozostawiając wyobraźni widza. Ale patrząc w szerszej perspektywie, trzeba przyznać, że twórcy mieli sporo odwagi wybierając taki a nie inny temat, prawdopodobnie będąc świadomymi, że odbiór filmu niekoniecznie okaże się entuzjastyczny. W rzeczy samej tak się stało, film przemknął przez ekrany kin raczej niezauważony. Szybko o nim zapomniano, a drugą młodość – choć też w ograniczonym stopniu – zaczął przeżywać dopiero przy okazji odświeżania starych „hammerów” na rynku DVD i Blu-ray. Część widzów zwracała uwagę, że był to film wyprzedzający swoje czasy, dlatego w momencie premiery nie uderzył z siłą taką z jaką powinien. I choćby z tego powodu warto dziś zwrócić twórcom należny honor i docenić Never Take Sweets from a Stranger. Zwłaszcza że problem, którego dotyka, zdaje się być aktualny jak nigdy wcześniej.

Moja największa miłość to stare filmy przygodowo-wojenne i kino zombiacze. Dużą sympatią darzę też found footage, gdzie jestem w stanie wybaczyć naprawdę wiele. Poza nałogowym oglądaniem filmów prowadzę bloga i kanał YT Santa Sangre Magazine poświęcony szeroko pojętej muzyce postindustrialnej. Tworzę też ambienty w takich projektach jak Embers Below Zero, Quantum Fractal, L’Égarement d’Esprit i Phantoms & Mirages.





