Sinéma Érotique: Łuk Erosa (1987)

Wybuch I Wojny Światowej. Mąż Marysi (Grażyna Trela) udaje się na front i niedługo potem słuch o nim ginie. Pozbawiona środków do życia kobieta wraz z synem wyjeżdża z Krakowa na wieś do matki. Kiedy po jakimś czasie wraca do miasta, okazuje się, że jej służąca urządziła w jej mieszkaniu dom publiczny. Próbując przetrwać pośród wojennej zawieruchy, Marysia wpierw rzuca się w ramiona docenta Stanisława (Jerzy Stuhr), a następnie — młodego, idealistycznie patrzącego na świat jest harcerza Adama (Olaf Lubaszenko).

Ekranizacja powieści Juliusza Kadena-Bandrowskiego to melodramat uniwersalny, wałkowany w literaturze i w kinie od dawien dawna. Pozostawiona na pastwę losu, przekonana o śmierci ukochanego „wdowa” wdaje się w romans/romanse, za co spotyka ją ostracyzm społeczeństwa i rozliczne upokorzenia. W przypadku perypetii Marysi warto odnotować, że hartu ducha starcza jej na długi czas, by odpierać awanse absztyfikantów. Z czasem jednak historia wkracza na spodziewane tory.

Wielkich zaskoczeń fabularnych nie należy się tu spodziewać. Ba! Patrząc pod kątem ciężaru dramaturgii mamy tu wręcz do czynienia z kiczowatym romansidłem, w których uniesienia i westchnienia przetykane są akcentami rodem z telenoweli. To literatura niskich lotów, a kino na jej podstawie sztampowe i tracące myszką.

Warto jednak zwrócić uwagę na Łuk Erosa z przynajmniej kilku względów. Przede wszystkim od strony realizacyjnej obraz Jerzego Domaradzkiego stanowi piękny dowód wyższości kinematografii PRL-owskiej nad tą, która nadeszła po przemianie ustrojowej. Film zatwierdzony przez organ rządowy do produkcji otrzymywał stosowny budżet, bez żadnych półśrodków. Zdjęcia, lokacje, charakteryzacja czy wreszcie kostiumy — wszystkie składowe tak istotne w przypadku kina kostiumowego prezentują się tu bez zarzutu. Żadnej popeliny à la Ogniem i mieczem (1999) czy plastelinozy rodem z Quo vadis (2001).

Kwestia kolejna: Łuk Erosa to melodramat, ale z mocno zaakcentowaną erotyką, co zresztą zapewniło mu pamięć polskich widzów. Grażyna Trela rozbiera się przed kamerą bez skrupułów, wabi, nęci, cycem szczuje i full frontale prezentuje. Polacy nie gęsi, swe soft-porno mają!

No i wreszcie: obsada! Ta jest znakomita, nawet jeśli nie wszyscy odtwórcy stają na wysokości zadania. Trela gra koncertowo jako poniewierana przez los Marysia. Na drugim planie mamy gładkiego jak pupa niemowlaka Lubaszenko, bezbarwnego (ale też rola niewielka Piotra Machalicę), jadącego na opinii etatowego błazna polskiej kinematografii Jerzego Stuhra, dobrze wpasowującą się w estetykę epoki Ewę Isajewicz-Telegę, udaną rolę Henryka Bisty czy wreszcie Leona Niemczyka, który próbuje popisywać się łamaną niemczyzną (sic!). Łącznie daje to wszystko przyjemny, nostalgiczny seans. Na wyróżnienie zasługuje rozpustna kabaretowa sekwencja pod koniec: szkoda, że Domaradzki nie poszedł w tym kierunku bardziej zdecydowanie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *