Caligula: The Ultimate Cut (2023)

W momencie powstania najdroższy film niezależny w historii. Do dzisiaj najdroższy i najbardziej dochodowy film porno w dziejach. Obraz, którego wyrzekli się zarówno scenarzysta, montażyści, jak i odsunięty na pewnym etapie od produkcji reżyser. Gigantyczny epos historyczny, którego sfilmowanie zajęło blisko cztery lata. Wielki hit kasowy i zarazem absurdalnych rozmiarów porażka artystyczna, która była powodem do wstydu dla renomowanej obsady. Mowa rzecz jasna o Kaliguli (1979), ekstrawaganckim projekcie sfinansowanym przez właściciela pisma Penthouse, Boba Guccione. Fakty dotyczące perypetii tego unikatowego mariażu arthouse’u i czystej wody pornografii są dość dobrze znane i nie zamierzam ich tutaj szczegółowo przybliżać. Przedmiotem niniejszej recenzji będzie zupełnie nowa wersja filmu Tinto Brassa, zgodnie z zapewnieniami osób odpowiedzialnych za rekonstrukcję możliwie jak najbliższa pierwotnej wizji zawartej w scenariuszu autorstwa Gore Vidala.

Tak się bowiem składa, że ładne kilkadziesiąt lat po tym, gdy sklecona przez Guccione filmowa abominacja uderzyła w wentylator, by siać zgorszenie wśród publiki, niesmak wśród krytyków i popłoch wśród cenzorów, odnalezione zostało około 90 godzin materiału sfilmowanego z myślą o filmie przez Brassa. Wnet pojawił się nader ambitny zamysł przywrócenia Kaliguli zamierzonej świetności. Całe porno wyleciało, w jego miejsce pojawiły się kompletnie nieznane do tej pory sceny. Ba! Mało tego — twórcy nowej wersji zdecydowali się zmontować film od zera! Zamiast więc wydłużać i przycinać znane z wersji kinowej sekwencje, oparli się w całości na materiale odnalezionym w archiwach, zastąpili ujęcia ich zdaniem niekorzystne dla światowej sławy aktorów i w ich miejsce użyli tych, które lepiej oddają ciężką pracę włożoną w kreowanie postaci przez tuzów pokroju Johna Gielguda, Petera O’Toole’a, Helen Mirren czy Malcolma McDowella.

Efekt tychże poczynań bywa doprawdy zadziwiający — Kaligula AD 2023 to pod wieloma względami całkiem inny film. Postaci są lepiej nakreślone, ich motywacje jakże klarowne, chronologia nie szwankuje, wszystko jest przejrzyste, jak na rasowy dramat władzy przystało. Dostajemy trzygodzinny epos o szaleńcu, który rzucił wyzwanie systemowi i został przez ów system zgładzony. McDowell jest jeszcze bardziej elektryzujący niż w pierwotnej wersji, O’Toole jest jeszcze większym draniem, Mirren jeszcze skuteczniej szczuje cycem, a Teresa Ann Savoy cipką. Jednocześnie jest to bowiem wizja wciąż bardzo przesiąknięta erotyką, sleazowy blockbuster, w którym roi się od gołych biustów, dyndających penisów i wystających spod kusych tunik sromów. Różnica taka, że cała ta orgiastyczna natura filmu ujęta została w artystyczne fatałaszki, bez uciekania się do dosłowności i wulgarnych zbliżeń na penetracje, które dokooptowane zostały na żądanie Guccione.

Mniej tu jednocześnie komiksowej umowności, która cechowała „pierwowzór”, więcej zaś… teatru. Bo tak się stety, niestety składa, że pozbawiony dynamiki, która jakby nie patrzeć, cechowała nieocenzurowaną wersję sprzed lat, Kaligula okazuje się filmem dość statycznym, osadzonym wprawdzie pośród egzotycznych i wystawnych dekoracji, ale opartym głównie na dialogach. Twórcy nowej wersji odwalili kawał imponującej roboty, ale trudno oprzeć się też wrażeniu, że podeszli do niej z nieco zbyt pedantycznym nastawieniem, zapominając o tym, że gdzieś po drodze była w tym wszystkim również wizja reżyserska, której tu ostatecznie zabrakło. Nietrafiona jest nowa ścieżka dźwiękowa, która momentami brzmi jak żywcem wyjęta z telewizyjnego dokumentu z „udramatyzowanymi” wstawkami. To niestety spory minus, który dla wielu będzie plasował nową wersję Kaliguli co najwyżej w rejonach ciekawostki filmoznawczej.

Jest to zatem projekt działający w dużej mierze na zasadzie „co by było, gdyby…”. Gdyby Brass nie został wywalony na zbity pysk, a Guccione nie przejąłby steru. Tego możemy się jedynie domyślać, a podtytuł The Ultimate Cut jest jednak mimo wszystko nieco mylący, bowiem nie mamy tu do czynienia z wersją zatwierdzoną przez któregokolwiek z twórców (pomijając McDowella, który wypowiadał się o nowej wersji w samych superlatywach), a raczej „rekonstrukcją”. I jako taka, rzecz jak najbardziej cieszy, dostarczając masę frajdy w trakcie seansu, bo jak wspomniałem powyżej, wreszcie jest to film, który ma fabularnie ręce, nogi, tułów i głowę. No i te, nierzadko zachwycające, sceny, które z niewiadomych przyczyn zdecydowano się 40 lat temu wywalić do kosza — jest tu naprawdę masa dobra!

Na koniec pytanie zasadnicze: yay or nay? Kaligula AD 1979 czy Kaligula AD 2023? Odpowiedź: a czy muszę w ogóle wybierać? Jeśli, podobnie jak ja, nie uważacie tego sandałowego wybryku za zbyteczny pomiot, wręcz przeciwnie – sądzicie, że to jeden z najbarwniejszych, najbardziej ekscytujących filmów w dziejach i wracacie do niego regularnie, to nowa wersja będzie więcej niż hojnym prezentem, który można stosować jako zamiennik dla którejkolwiek z wcześniejszych wersji montażowych (choć nie ma co ukrywać, że pełnię wrażeń dostarcza tylko guccionowska wersja Uncut). Jeśli zaś ta wyprawa do dekadenckiego, tonącego w rozpuście Rzymu czasów panowania dynastii julijsko-klaudyjskiej nigdy Was nie bawiła, to i w nowym jej wydaniu będziecie doszukiwać się wszelkich możliwych błędów i niedociągnięć. Jak dla mnie wydarzenie nie tylko sezonu, ale i całej dekady. Trzy przepiękne godziny życia!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *