Video Nasties od A do Z #14: Ter-Wi

Na ulicach Bostonu grasuje seryjny morderca, który obcina swym ofiarom głowy. Z kolei pewną malarkę dręczą koszmarne wizje, będące przepowiedniami nadchodzących makabrycznych wydarzeń. W Los Angeles religijny fanatyk i szalona barmanka zbierają krwawe żniwo. A w Himalajach odkryto yeti i wilkołaka… It’s a Mad, Mad, Mad, Mad World! A może… po prostu mowa o kolejnej dawce VHS-owych plugastw, które w latach 80. powodowały palpitacje o bogobojnych stróżów moralności? Tak jest – oto pięć paskudnych video nasties, których twórcy powinni pójść do pierdla, a filmy należałoby skonfiskować i spalić na stosie. Miłej lektury!


Terror Eyes (1981, reż. Ken Hughes)

Kolejne dziewczęta ze szkoły wieczorowej giną z rąk szaleńca. Psychopata dekapituje swoje ofiary, ich głowy zaś nieodmiennie wrzuca do zbiorników wodnych. Para policjantów prowadzących sprawę odkrywa, że wszystkie zamordowane dziewczęta chodziły na zajęcia z antropologii prowadzone przez wykładowcę słynącego z romansowania ze studentkami.

Slasher osadzony w Bostonie. W odróżnieniu od większości ówczesnych przedstawicieli gatunku Terror Eyes (aka Night School, bo tak brzmi oficjalny tytuł produkcji) porzuca imprezowo/nastoletni sztafaż na rzecz bardziej tradycyjnego policyjnego śledztwa i klasycznego motywu whoddunit? Mamy więc garść podejrzanych i coraz bardziej zdesperowanego stróża prawa na tropie zagadki. Typowo slasherowe są za to sceny zabójstw przy użyciu zakrzywionego noża kukri. Są one dość krwawe, choć kamera z reguły unika pokazywania najbardziej drastycznych szczegółów, a efekty pracy maniaka widzimy nierzadko już po fakcie. Braki w ekstremalnym gore ostatni obraz w bogatym dorobku Brytyjczyka Kena Hughesa (m.in. familijny musical Chitty Chitty Bang Bang [1968]) nadrabia za pomocą atmosfery i umiejętnego mylenia tropów co do tożsamości zabójcy – finałowe rozwiązanie tajemnicy dla niejednego widza będzie sporym zaskoczeniem. Inny wabik w tym przypadku może stanowić debiutancki występ przed kamerą Rachel Ward, urodziwej Australijki, którą szersza publiczność kojarzy głównie z ról w serialu Ptaki ciernistych krzewów (1983) oraz filmach Umarli nie potrzebują pledu (1982) i Bez szans (1984). Miłośnicy kina gatunkowego mogą z kolei pamiętać jej występy w slasherze Krwawy biwak (1983) oraz w australijskim thrillerze Forteca (1985).

Terror Eyes w Wielkiej Brytanii trafiło na ekrany w nieznacznie ocenzurowanej wersji i – podobnie jak w przypadku pozostałych filmów z listy video nasty – dopiero po premierze na rynku VHS zostało w całości wycofane z obiegu. Obraz przebywał na półce stosunkowo niedługo, bo już w 1987 roku BBFC zatwierdziło ponowne jego wydanie w wersji skróconej o minutę i 16 sekund najbardziej krwawych scen szlachtowania.


The Slayer (1982, reż. J. S. Cardone)

Dwie pary wybierają się na odpoczynek na bezludną wyspę, na której znajduje się domek letniskowy ich znajomego. Wycieczka ma stanowić formę odskoczni dla Kay (Sarah Kendall), malarki cierpiącej z powodu nawracających koszmarnych wizji sennych. Po przybyciu na wyspę koszmary jednak nie ustępują, a jedynie przybierają na sile, jednocześnie będąc zapowiedzią nadchodzących potworności…

Horror debiutanta J.S. Cardone’a, na tamtym etapie sprzedawcy ze sklepu monopolowego w Los Angeles, który po godzinach marzył o rozpoczęciu kariery filmowca. Cardone napisał scenariusz The Slayer i zaprezentował swój pomysł producentowi Williamowi R. Ewingowi, który pozyskał z kolei fundusze od niezależnej firmy International Picture Show Company. Zdjęcia powstawały zimą na położonej na Atlantyku wyspie Tybee w stanie Georgia. Gotowy film łączy elementy slashera i klasycznego whodunnit? spod znaku Agathy Christie (czwórka bohaterów jest prześladowana przez tajemniczego zabójcę w odizolowanej od świata lokacji) z elementami nadnaturalnymi. Po latach zwrócono uwagę, że dzieło Cardone’a wplotło w slasherową konwencję motyw krwawych wizji sennych mających wpływ na rzeczywistość – pomysł wykorzystany później w zbliżonym kształcie (a niektóre ze scen stanowią niemal dosłowną kopię, jak ta z Heather Langenkamp pijącą hektolitrami kawę, by uniknąć zaśnięcia) przez Wesa Cravena w jego hicie Koszmar z ulicy Wiązów (1984). Główna różnica jest taka, że u Cravena mamy konkretnego zabójcę, sadystycznego Freddy’ego Kruegera, podczas gdy w The Slayer tożsamość mordercy do końca pozostaje zagadką. Zaskakujący, „zapętlony” finał nie przynosi konkretnych odpowiedzi, pozwalając widzowi na własną rękę zinterpretować meandry fabuły. W naszej gestii pozostaje zatem zdecydować, czy wszystkie wydarzenia przedstawione w filmie były częścią snu, efektem działań morderczej bestii czy też zabójcą był jeden z bohaterów.

The Slayer odznacza się niespiesznym rytmem i opiera głównie na atmosferze niepokoju i odosobnienia, jednak w scenariuszu znalazło się również miejsce na pięć krwawych scen zabójstw, w skład których wchodzą: roztrzaskanie głowy za pomocą wiosła, dekapitacja drzwiami, uduszenie żyłką wędkarską, przebicie klatki piersiowej widłami i spalenie człowieka za pomocą flary. Obraz w wersji nieocenzurowanej został wydany w Wielkiej Brytanii na kasetach VHS w 1983 roku. W październiku tego samego roku zniknął z rynku, umieszczony przez prokuraturę na wykazie zakazanych video nasties. Z listy usunięto go w kwietniu 1985 roku. Późniejsze wydanie od labelu Vipco z 1992 roku pozbawione było 14 sekund materiału. Wersja nieocenzurowana została zatwierdzona w 2001 roku.


The Toolbox Murders (1978, reż. Dennis Donnelly)

Psychopata w masce narciarskiej morduje lokatorki kompleksu mieszkaniowego w Los Angeles. Film Dennisa Donnelly’ego stanowi ciekawy przypadek eksploatacyjnego „rozdwojenia jaźni”, bowiem w pakiecie otrzymujemy tutaj tak naprawdę dwa obrazy w cenie jednego. Pierwsza połowa to klasyczny slasher, w którym zamaskowany zabójca eliminuje kolejne ofiary, z kulminacją pod postacią krwawego morderstwa na kompletnie nagiej modelce. W drugiej części mamy z kolei psychologiczny thriller, w którym efekty gore i golizna zostają ograniczone do minimum, a główną stawkę stanowi odnalezienie porwanej przez wzmiankowanego mordercę dziewczyny.

Powstanie The Toolbox Murders zostało bezpośrednio zainspirowane olbrzymim sukcesem Teksańskiej masakry piłą mechaniczną (1974): gdy producent Tony Didio dowiedział się, że obraz Tobe’a Hoopera właśnie został ponownie wypuszczony na ekrany i znów święci triumfy, zamarzyło mu się nakręcenie własnego niskobudżetowego hitu. Zatrudnił trójkę scenarzystów, Ann Kindberg, Roberta Eastera i Nevę Friedenn, po czym wyświetlił im wiadomy film i poprosił o napisanie scenariusza, który zawierałby odpowiednią dozę makabry i szoku, a przy tym byłby dość prosty w realizacji. W efekcie powstał tytuł, który już od pierwszych minut dostarcza ogromne ilości sleazu i krwawych momentów. Odtwarzany przez Camerona Mitchella psychol krąży od mieszkania do mieszkania, nucąc pod nosem melodię i katuje kolejne roznegliżowane niewiasty przy użyciu różnych narzędzi: wiertarki, młotka czy pistoletu na gwoździe. To właśnie te sceny przysporzyły filmowi problemów na niektórych rynkach, a przy okazji przyczyniły się do oskarżeń ze strony krytyków o mizoginię. W Wielkiej Brytanii The Toolbox Murders trafiło do kin w wersji pociętej, a później dostało całkowity zakaz rozpowszechniania, który jednak dość szybko został zdjęty. Wydanie z 2000 roku wciąż było pozbawione blisko dwóch minut materiału, wersja nieocenzurowana na tamtejszym rynku została zatwierdzona dopiero w 2017 roku.

Jak nadmieniłem powyżej, festiwal cycków i bryzgania czerwoną farbą nie trwa jednak w nieskończoność, bo w pewnym momencie twórcy oferują nagłą zmianę tonacji: zabójca nie wykańcza swojej kolejnej potencjalnej ofiary, lecz ją uprowadza, a dziewczynę próbuje odszukać jej brat wespół z kolegą. W tej drugiej połowie nieoczekiwanie otrzymujemy wgląd w psychikę zbrodniarza, który zdejmuje maskę i ujawnia oblicze religijnego fanatyka z misją „oczyszczania” zepsutego świata. Tempo historii wyraźnie zwalnia, przez co niejeden miłośnik ekstremalnych doznań może w trakcie seansu poczuć znużenie, jednak na tym atrakcje się nie kończą, bo trio scenarzystów trzyma jeszcze jednego asa w rękawie pod postacią zwrotu akcji, który dokonuje sporego spustoszenia i zostawia po sobie rozgardiasz fabularny. Po latach główne kontrowersje związane z obrazem Donelly’ego dotyczą przede wszystkim rozważań wśród fanów horroru co do sensowności podziału historii na dwie odmienne konwencje gatunkowe. Swoją opinię na ten temat miał Stephen King, który zaliczył The Toolbox Murders do swoich ulubionych filmowych horrorów. Ciekawe post scriptum stanowi również fakt, że za remake obrazu odpowiedzialny był nie kto inny, jak sam Tobe Hooper, od którego debiutu wszystko się zaczęło: twórca Teksańskiej w swojej wersji z 2004 roku znacząco przemodelował fabułę, co zdaniem niektórych zaowocowało tworem ciekawszym i spójniejszym (czyt. bardziej klasycznym jeśli chodzi o wierność gatunkowym prawidłom) .


The Werewolf and the Yeti (1975, reż. Miguel Iglesias Bonns)

Ósmy film z cyklu o przygodach Waldemara Daninsky’ego, polskiego hrabiego, kobieciarza, obieżyświata i wilkołaka. Postać znana w Hiszpanii jako El Hombre Lobo została wykreowana przez Jacinto Molinę na potrzeby filmu The Mark of the Wolf Man (1968, aka Frankenstein’s Bloody Terror) i na przestrzeni lat zyskała sobie ogromną popularność zarówno w kraju, jak i na niektórych zagranicznych rynkach. Molina nie tylko odpowiadał za scenariusze większości części serii (wyjątek stanowi ostatnia, z 2004 roku, wyreżyserowana przez stachanowca kina klasy B. Freda Olena Raya), ale też wcielał się – pod pseudonimem Paul Naschy – w głównego bohatera na przestrzeni ponad trzech dekad. Jako Daninsky napotykał na swej drodze wampiry, kosmitów, mumię, monstrum Frankensteina czy – jak w tym przypadku – yeti (legendarny stwór pojawił się również w starszym o pięć lat The Fury of the Wolf Man). Cykl ostatecznie doczekał się dwunastu odsłon i otoczony jest w kręgach miłośników kina grozy kultem.

Scenariusz The Werewolf and the Yeti (tytuł nadany na rynku brytyjskim, film był znany również m.in. jako Night of the Howling Beast i Hall of the Mountain King) ignoruje wydarzenia z poprzednich części serii i proponuje nową genezę Daninsky’ego jako wilkołaka. Bohater wyrusza do Tybetu z ekspedycją, której celem jest zdobycie dowodów na istnienie Człowieka śniegu. Odłączywszy się od reszty wyprawy, wpada w sidła dwójki ponętnych wilkołaczyc, które przemieniają go w podobną sobie, wrażliwą na fazy księżyca bestię. Naznaczony tym piętnem, hrabia stanie do walki ze zgrają bandytów terroryzujących okolicę.

Wbrew anglojęzycznemu tytułowi (oryginalny tytuł La Maldicion de la Bestia to w dosłownym tłumaczeniu „klątwa bestii”), yeti otrzymuje tutaj bardzo mało czasu ekranowego i pojawia się dopiero w finale, by stoczyć ostateczny bój z wilkołakiem. Cała reszta historii to miks gatunkowych schematów i motywów recyklingowanych z poprzednich filmów o El Hombre Lobo. Widownia dostaje zatem produkt skrojony specjalnie pod jej gusta: Daninsky co rusz znajduje się w opałach, których sprawcami są z reguły albo bezlitośni mistrzowie zbrodni albo roznegliżowane niewiasty. Oprócz sporej ilości golizny, znajdziemy tutaj również elementy gore i seksualną przemoc, z powodu których obraz miał problemy na niektórych rynkach – największe na Wyspach Brytyjskich. W rozerotyzowanej sekwencji rozgrywającej się w śnieżnej jaskini, bohater odtwarzany przez Naschy’ego bezpardonowo rozprawia się z dwiema biuściastymi wilkołaczycami, z kolei szajka tybetańskich bandziorów ma w zwyczaju torturować dla rozrywki kobiety w swym lochu. Na wyróżnienie zasługuje scena, w której przywiązana do słupa naga niewiasta zostaje obdarta ze skóry, choć jednocześnie warto zaznaczyć, że poziom jej wykonania pozostawia wiele do życzenia. Tego typu bezeceństwa zwróciły uwagę angielskich cenzorów, dzięki czemu film Miguela Iglesiasa Bonnsa zniknął z półek wypożyczalni VHS w całym kraju. Jak pokazał czas, nie była to sytuacja przejściowa, albowiem obraz – dziś już cokolwiek zwietrzały i bynajmniej nie budzący większych kontrowersji – nie doczekał się na tamtejszym rynku reedycji.


The Witch Who Came from the Sea (1976, reż. Matt Cimber)

Molly (Millie Perkins) mieszka wraz z siostrą i jej dwójką synów w Venice w Los Angeles. Kobieta pracuje jako barmanka w lokalnej tawernie i jednocześnie jest kochanką jej właściciela, osobnika o ksywie Long John (Lonny Chapman). Na pierwszy rzut oka opiekuńcza ciotka i osoba nader cnotliwa, Molly tak naprawdę ukrywa mroczny sekret i bezustannie walczy ze swoimi demonami: alkoholizmem i wyidealizowanym wyobrażeniem zmarłego przed laty ojca. Pewnego dnia w okolicy dochodzi do brutalnej zbrodni, która stanie się zaczątkiem dramatycznych wydarzeń…

The Witch Who Came from the Sea powstało na podstawie scenariusza autorstwa Roberta Thoma, męża Millie Perkins. Para borykała się na tamtym etapie z trudnościami finansowymi, co podsunęło im pomysł stworzenia kameralnego dramatu psychologicznego z Perkins w roli głównej. Skrypt trafił ostatecznie w ręce specjalisty od kina eksploatacji Matta Cimbera, zdjęcia kręcono w Venice i Santa Monica, co pozwoliło ograniczyć budżet do minimum. Gotowy obraz został pierwotnie opatrzony przez MPAA kategorią wiekową „X”, co wymusiło na twórcach ocenzurowanie najbardziej spornych fragmentów. W Wielkiej Brytanii BBFC wciągnęło z kolei tytuł na listę video nasties, jednak został on z niej usunięty i trafił na listę pozycji „uzupełniających”, czyli takich, które nie były przedmiotem dochodzenia ze strony prokuratury.

Po latach dzieło Cimbera pozostaje jedną z tych pozycji, których obecność na brytyjskiej liście budzi – jak pokazuje lektura rozlicznych forów internetowych – u niektórych widzów niezrozumienie. Nie jest to bowiem horror sensu stricto, ani też klasyczne kino eksploatacji, choć znajdziemy tutaj elementy kina rape 'n’ revenge. Same sceny dokonywanych przez Molly mordów ciężko zaliczyć do przesadnie brutalnych (pierwszy odbywa się poza kadrem, w drugim obserwujemy poderżnięcie gardła mężczyzny, jednak scena ta nie trwa długo i epatuje głównie dużymi ilościami czerwonej farby), znalazło się jednak w fabule miejsce na kluczowy dla jej rozwoju wątek molestowania seksualnego nieletniej: w retrospekcjach obserwujemy gwałt na kilkuletniej bohaterce dokonany przez jej ojca, który to czyn – jakby nie był już i tak wystarczająco szokujący i bulwersujący – zwieńczony zostaje śmiercią sprawcy na zawał serca. To właśnie pedofilski motyw musiał być nie w smak cenzorom, warto jednak zauważyć, że twórcy nie próbują tutaj eksploatować samej tematyki wykorzystywania dzieci, bo ostatecznie głos zostaje oddany ofiarom: w niezwykle ponurym i przygnębiającym finale zostajemy skonfrontowani z życiową tragedią Molly, prostej dziewczyny, która w ramach ucieczki przed traumą trafiła w objęcia uzależnienia i fikcyjnych ideałów.

cdn…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *