Blue Monday: The Danish Connection (1974) / Tell Them Johnny Wadd Is Here (1976) / Liquid Lips (1976) / Tapestry of Passion (1976)
Oto i on. Johnny Wadd powraca! Prywatny detektyw z wielką spluwą w gaciach. Biegle włada karate, a niewiasty mdleją już w momencie, gdy rozpina rozporek. Młodsi widzowie kojarzą jego charakterystykę głównie za sprawą jego hollywoodzkiej imitacji, Dirka Digglera z głośnego filmu Paula Thomasa Andersona Boogie Nights (1997). Wadd to jednak postać nierozerwalnie związana z latami 70., z krótkim okresem, gdy filmy porno były czymś very cool i kiedy atrakcyjny facet musiał przede wszystkim wylegitymować się pokaźnym wąsem.
Po egzotycznej przygodzie w Tropic of Passion (1973) bohater grany przez Johna Holmesa udał się na spoczynek. Zmęczony harówką na filmowym planie i ciągłymi przepychankami z wymiarem sprawiedliwości Bob Chinn odstawił Wadda w stan uśpienia, by wrócić do tematu dopiero po trzech latach. Nie oznaczało to jednak, że Johnny miał absolutny spokój. Chinn, któremu wyprawa na Hawaje przy okazji ostatniego filmu nieco nadwyrężyła budżet, stan funduszy postanowił poprawić, odsprzedając niewykorzystany przy montażu materiał koledze po fachu, Waltowi Davisowi. Davis, twórca ekscentryczny, chronicznie niedoinwestowany, a zarazem wyprzedzający swoją epokę za sprawą dziwacznych pomysłów (wątek nekrofilski w Widow Blue! [1970]), wykorzystał odrzuty do własnego projektu z Waddem w roli głównej, jedynego softcore’owego filmu w cyklu zatytułowanego The Dannish Connection.
Jak dowiadujemy się w trakcie rozwoju intrygi, Johnny wciąż wizytuje na Hawajach. W tej sytuacji Istotną rolę w cokolwiek mętnej fabule odgrywa jego kolega po fachu Eric Jensen (Rick Cassidy), który poszukuje formuły zdolnej uleczyć impotencję. Na eliksir polują gangsterzy, w międzyczasie do akcji wkracza nasz heros, który jednakże zostaje pojmany i poddany wyrafinowanym torturom. Finałowy twist przynosi niespodziewane rozwiązanie, z którego wynika, że remedium na problemy z erekcją może stanowić… homoseksualizm.






Film ma jedną z najciekawszych scen bijatyki w całym cyklu. Johnny walczy na łonie natury z dwoma przeciwnikami, jednym posługującym się karate, a drugim uzbrojonym w długi sztylet. Nierównemu pojedynkowi przygląda się milczący zbir, któremu usługują zjawiające się nagle znikąd dwie służące. Mafioso (znany jako doktor Presume — w tej roli sam reżyser) popija podaną przez nie herbatę, a potem z dostarczanego przez nie rewolweru zabija obu napastników. Zaraz potem rzecz idzie w popartową stylistykę Barbarelli (1968) i oferuje — ciągnącą się przez większość seansu z przerwami na poboczne atrakcje — sekwencję sensualnych tortur, jakim poddawany jest bohater przez dwie nagie niewiasty w przeźroczystych przeciwdeszczowych płaszczach, czemu znów przypatruje się wspomniany boss, tym razem w towarzystwie uwiązanej na smyczy dziewczyny. Idzie Davis mocno w psychodelię, zgrywę, w której pobrzmiewają echa przygód agenta 007. The Danish Collection nie trzyma się wypracowanej przez Chinna prostej receptury, masa tu tyleż kuriozalnych, co intrygujących rozwiązań.
Co istotne, jak wspomniałem Davis kastruje fabułę z elementów hard porno i konsekwentnie unika pokazywania penetracji. Johnny Wadd w wydaniu softcore’owym nic jednak nie traci ze swojego sleazowego powabu: golizny jest masa, wszystko kręci się wokół seksu, sceny „przytulanek” kręcone są w obskurnych motelach. Tylko penisy konsekwentnie wiszą w stanie spoczynku. Zamiast wielkiej fujary Holmesa w akcji dostajemy na przykład przydługą scenę w kąpieli z udziałem Rene Bond, której towarzyszy idiotyczna piosenka o „dwóch pięknych bąbelkach”.
Chinn powrócił do tematu Wadda w 1976 roku, realizując projekt pierwotnie zatytułowany White Gold. Twórca ponownie miał problem ze zdobyciem finansowania na swoje przedsięwzięcie, toteż ostatecznie podzielił swój scenariusz na dwie części. Pierwszy ze zrealizowanych na tej bazie filmów otrzymał tytuł Tell Them Johnny Wadd is Here. W tej historii Johnny otrzymuje telefon od starego przyjaciela, który prosi go, aby niezwłocznie przybył do Meksyku. Kumpel ów jest gliniarzem od narkotyków, którego żona wpadła w szpony heroinowego nałogu. Para rozwiodła się, a wesoła rozwódka ćpunka wyszła ponownie za mąż za barona narkotykowego. Jej ex obsesyjnie podąża jej śladem i gdy natrafia wreszcie na jej trop w Meksyku, wzywa na pomoc dawnego kompana od kielicha Wadda.
Co zwraca uwagę jako pierwsze w tej odsłonie cyklu, to znacznie ambitniejsza niż wcześniej fabuła, niechybnie inspirowana w pewnym stopniu Długim pożegnaniem Raymonda Chandlera (1953). Następna rzecz wyróżniająca Tell Them Johnny Wadd… na tle poprzedników to unikatowy klimat: większość akcji rozgrywa się w meksykańskich spelunach, pośród mętów i zwykłych szumowin, wręcz czuć zaduch bijący ze scen, atmosferą jest dekadencka i zepsuta jak zęby starej kurwy z Tijuany.
Oczywiście w dalszym ciągu najwięcej miejsca poświęca Chinn scenom seksu i choć jego warsztat nie uległ jakiejś wielkiej metamorfozie, to trzeba przyznać, że są one nieco bardziej nastrojowe, a jedna z nich, ta w której bohater uprawia miłość z biuściastą prostytutką, to wręcz najładniejsza scena pieprzenia, jaka wyszła spod paluchów reżysera.
Liquid Lips stanowi bezpośrednią kontynuację Tell Them… (co ciekawe, z powodu perturbacji postprodukcyjnych sequel miał premierę kinową wcześniej). Johnny wraca do Stanów z Meksyku, by tym razem w porozumieniu z amerykańskim rządem tropić handlarzy narkotyków w San Francisco. Wspólnie z przydzieloną mu agentką FBI (Monique Starr) nasz heros wykorzystuje do zadania przechwycony po drugiej stronie granicy towar.
Tutaj krótka adnotacja: nie rozpisywałem się tym razem na ten temat zbyt wiele, bo w przypadki filmów z serii to reguła. Liquid Lips to jednak dobry przystanek, by przypomnieć: Bob Chinn bardzo lubił spagwestowe soundtracki Ennio Morricone i regularnie wykorzystywał jego kompozycje jako podkłady dla scen namiętnego seksu. W tym przypadku przechodzi sam siebie, używając Man with a Harmonica z Pewnego razu na Dzikim Zachodzie w scenie, gdzie kapuś otrzymuje złoty strzał, po czym za jego sterczącego penisa ochoczo zabiera się blondwłosa niewiasta (Enjil Von Bergdorfe)). Jeśli ćpaliście kiedykolwiek z muzą Morricone w tle, to możliwe jest wystąpienie flashbacków. Warto też podkreślić gwoli kronikarskiej ścisłości, że był to ostatni film, w którym twórca posiłkował się katalogiem włoskiego maestro.






Cała reszta to niestety typowa średnia Chinnowa, cierpiąca z powodu niemrawego tempa i rozlicznych wpadek realizacyjnych. Wadd w ramach turystycznego obowiązku zalicza zjazd samochodem słynną Lombard Street, a podczas pierwszego spotkania ze swą łączniczką, aby udowodnić, że on to on, bez ceregieli wyjmuje swą anakondę ze spodni, co zostaje skwitowane stwierdzeniem, że jego reputacja nie jest przekłamana. Przeciwnikiem bohatera jest tym razem noszący się stylowo koleś z fryzurą à la Iggy Pop z okresu The Stooges. Sam reżyser pojawia się jako przyboczny tego cudaka i zarazem robi za sparingowego partnera Johnny’ego w scenie kulminacyjnej. W pamięci zostaje jednak przede wszystkim… scena lesbijskich igraszek, która kończy się niespodziewanym nokautem, gdy dziewczyna robiąca drugiej minetę dostaje „cios z karata” w kark i traci przytomność.
Przy kolejnej przygodzie jurnego detektywa zatytułowanej Tapestry of Passion stery jako reżyser przejął Alan Colberg, twórca wyspecjalizowany w mało wyszukanych komediach dla dorosłych (Sissy’s Hot Summer [1979], One Way at a Time [1981]). Tutaj już mamy Wadda w wydaniu „glamour”, z pełną przepychu scenografią na granicy kiczu. Odpowiednio absurdalna i przegięta jest też sama fabuła, która kręci się wokół serii morderstw na tle seksualnym. Ofiarami są panowie o specyficznych upodobaniach, a sprawczynią egzaltowana, wiecznie niedorżnięta mizoandryczka.
O tym, że twórca wybrał drogę grubo ciosanego pastiszu, wiemy już w zasadzie od pierwszych scen. Sharon Thorpe z genialnego Baby Rosemary (1976) wciela się w Czarną Wdowę, rozhisteryzowaną modliszkę w kobiecej skórze, która czerpie energię seksualną ze swych męskich zdobyczy. Dziewczyna miota się przed kamerą, jakby dostała angaż u Żuławskiego. John Leslie jest zbokiem, który na swą zgubę odpowiedział na niewłaściwy anons erotyczny. Zaraz potem na scenę wkracza debiutująca Lesllie Bovee, która rzuca się na kutasa Holmesa z takim zapamiętaniem, jakby od tego zależało jej życie. Potem jeszcze przez łóżko bohatera przewijają się cudny chudzielec Annette Haven oraz czekoladowa Desiree West. Mamy zatem gwiazdorską obsadę, mamy też mnóstwo seksu nakręconego według wytycznych ery porn chic: ze smakiem, ale i odpowiednim wyuzdaniem.
Historia jest prosta, ale w odróżnieniu od wczesnych dokonań Chinna nie mamy wrażenia, że doklejono ją do ujęć z tryskającą spermą na odczepnego. Wręcz przeciwnie: przez cały seans ma się wrażenie, że cała ekipa miała na planie niezły ubaw odgrywając swoje role w noirowym teatrzyku. Johnny Wadd i jego machina rozpusty rozkręcili się wreszcie na dobre, osiągając szczyty popularności. Nasz kędzierzawy private dick powróci na ekran jeszcze czterokrotnie, ale patrząc z punktu w którym się znajdujemy, będzie to już równia pochyła.

Pornograf i esteta. Ma gdzieś konwenanse. Do jego ulubionych twórców należą David Lynch, Stanley Kubrick, Gaspar Noé oraz Veit Harlan. Przyszedł ze śmiertelnego zimna, dlatego zawsze mu gorąco.





