Cité Obscure: Pustka (1950)
Dixon Steele (Humphrey Bogart) jest znudzony. Jest arogancki, zblazowany i wiecznie pod wpływem. Jest dokładnie taki, jaki powinien być hollywoodzki scenarzysta, który od lat nie napisał nic godnego uwagi. Jego agent Mel Lippman (Art Smith) załatwia mu fuchę przy adaptacji poczytnego romansu. Dix jest, jak to mówią w korpo, not impressed. Przelotnie poznana szatniarka z restauracji okazuje się wybawieniem: Mildred (Martha Stewart) książkę przeczytała i jest nią zachwycona. Dix postanawia pójść na skróty i zaprasza dziewczynę do swojego domu, by streściła mu fabułę powieści, której on nawet nie zamierza czytać. Mildred jest porządną dziewczyną i na wizytę w prywatnym apartamencie zgadza się tylko po zapewnieniu, że gospodarz nie ma żadnych niecnych zamiarów. Wieczór kończy się szybko: Dix wręcza dzierlatce banknot za fatygę i odsyła ją na postój taksówek. Upływa zaledwie kilka godzin, jak pisarz zostaje wezwany na komisariat: Mildred została uduszona i wyrzucona z pędzącego samochodu. Dixon Steele z marszu staje się głównym podejrzanym w sprawie brutalnego morderstwa.
Noir w reżyserii Nicholasa Raya (Buntownik bez powodu [1953]) oparte na powieści Dorothy B. Hughes. Ray i jego scenarzysta Andrew Solt znacząco zmienili fabułę względem oryginału, niektóre z poprawek wprowadzane były na bieżąco już na planie filmowym. W książce bohater jest kimś w rodzaju utracjusza, który popełnia zbrodnię i przejmuje tożsamość swej ofiary. W filmie kwestia winy Steele’a pozostaje zagadką aż do finału, przy czym intryga kryminalna w środkowej części opowieści schodzi na drugi plan, ustępując miejsca wątkowi romansowemu, który wywołuje więcej emocji niż samo śledztwo.
Ekranowy Dixon jest bowiem w gruncie rzeczy przyzwoitym gościem, który bezustannie pakuje się w tarapaty za sprawą swego porywczego temperamentu. Nie wierzymy w to, że mógłby okazać się mordercą, nie chcemy żeby tak się stało: po trosze dlatego, że ma styraną twarz Bogarta, a również dlatego, że został odpowiednio napisany. To cynik skrywający naturę wrażliwca. Bywa złośliwy, sarkastyczny, łatwo wdaje się w bójki, ale już na pierwszy rzut oka widać, że to poza, skorupa chroniąca go przed światem. Dlatego, kiedy zaczyna spotykać się z sąsiadką imieniem Laurel (Gloria Grahame, wówczas żona Raya), to szczerze mu kibicujemy, bo uczucie wydobywa zeń jedynie pozytywną energię.


Tak jest przynajmniej na początku, bowiem w tle cały czas wisi nad nieszczęsnym pisarzyną podejrzenie o bezsensowny mord. Steele traci powoli grunt pod nogami, staje się podejrzliwy i zaborczy, krok po kroku niszczy zesłaną mu przez niebiosa miłość. W punkcie kulminacyjnym bohater miał się dopuścić odrażającego czynu, ale reżyser w ostatniej chwili zrezygnował z oryginalnego zakończenia, prawdopodobnie pod wpływem własnych przeżyć na tym etapie: jego związek z główną aktorką właśnie się rozpadał i wybrał ambiwalentne rozwiązanie, bez stawiania brutalnej kropki nad i.
Pustka to majstersztyk czarnego kina także pod względem doboru i prowadzenia aktorów. Bogart jest wyśmienity, bo w zasadzie odgrywa samego siebie: wyalienowanego kolesia z pociągiem do kieliszka, typa jednocześnie zdolnego do okrucieństwa, jak i pogrążenia się w melancholii. Grahame na ekranie błyszczy, jej uśmiech i prezencja wręcz krzyczą: „wcielony anioł”. I jak każdy anioł, ma swoje granice wytrzymałości. Nie zawodzi drugi plan, na którym mamy wyraziste, pełnokrwiste postaci (Smith, Stewart, William Ching ze Zmarłego w chwili przybycia [1950]). Są tu również kapitalne, „noirowe” dialogi typu:
– Dżentelmen chyba tak by się nie zachował.
– Nie powiedziałem, że jestem dżentelmenem, powiedziałem że byłem zmęczony.
Jest wreszcie dwuznaczność i niewygodne pytania. Bo co jeśli nawet Dixon Steele nie popełnił morderstwa, ale jest do tego zdolny? Czy czyni to z niego godnego politowania psychopatę? Czy talent musi iść w parze z potworną osobowością? Ray wydaje się tu stawiać znak równości. Na przestrzeni lat zapomnieliśmy, że jednostki wybitne nierzadko są paskudnymi ludźmi, wyrzucając ich jednocześnie poza nawias za pomocą społecznych inicjatyw typu #metoo i dyktatury proletariatu spod znaku cancel culture. Być może najgorsze, co może spotkać kulturę to zastąpienie artystów miernotami, które będą akceptowalne, bezbarwne i mdłe tak w życiu osobistym, jak i w „sztuce”, którą tworzą.

Pornograf i esteta. Ma gdzieś konwenanse. Do jego ulubionych twórców należą David Lynch, Stanley Kubrick, Gaspar Noé oraz Veit Harlan. Przyszedł ze śmiertelnego zimna, dlatego zawsze mu gorąco.





