Japanarchy: Entrails of a Virgin (1986) / Entrails of a Beauty (1986) / Rusted Body (1987)

Grupa przypadkowych osób na odludziu i napalone monstrum z ogromnym, sterczącym kutasem. W połowie lat 80. reżyser pinku eiga Kazuo 'Gaira’ Komizu postanowił pożenić erotykę ze środkami wyrazu wziętymi ze splatter horrorów. Za wzorzec obrał sobie arthouse’owe softporno Waleriana Borowczyka Bestia (1975), w którym włochaty stwór z wielkim prąciem chędożył niewyżyte seksualnie arystokratki. Do niewątpliwych inspiracji wypada jeszcze dorzucić niesławne sexploitation Joe’go D’Amato Porno Holocaust (1981) i z tej oto kombinacji wpływów rodzi się radosna abominacja pt. Wnętrzności dziewicy.

W filmie grupa dwóch mężczyzn i trzech kobiet udaje się na odludzie na rozbieraną sesję fotograficzną. Panowie cykają zdjęcia i obmyślają, którą z dziewczyn zaciągną wieczorem do łóżka, a panie się rozbierają. Gdy sesja dobiega końca, ekipa udaje się w drogę powrotną autem. W pewnym momencie napotykają opuszczone domostwo, w którym postanawiają zatrzymać się na noc. Wieczór upływa na piciu sake, amorach i niewybrednych żartach. Pech chce jednak, że okolicę zamieszkuje humanoidalny stwór z penisem w stanie wiecznej erekcji, który wykorzysta obecność nieproszonych gości do zaspokojenia swojej chuci i niepohamowanej żądzy krwi.

Wnętrzności dziewicy mają opinię wysoce osobliwego okazu kina eksploatacji. Pierwsza połowa historii to typowa softcore’owa pornografia ze studia Nikkatsu, z elementami SM i mizoginistycznym przekazem. Gdy do akcji wkracza potwór, rzecz przeradza się w festiwal mocno przegiętego gore. Bestia gwałci po kolei wszystkie dziewczęta i w widowiskowy sposób pozbawia życia ich towarzyszy. Jedna z kobiet popada w obłęd i masturbuje się za pomocą urwanej ręki towarzysza, po czym sama kończy w tragiczny sposób z — patrz tytuł — wnętrznościami wyciągniętymi na wierzch.

Gaira (ksywka reżysera pochodzi od żywiącego się ludzkim mięsem potwora z filmu wytwórni Toho The War of the Gargantuas [1966]) prezentuje cały ów spektakl okrucieństwa w artystowskiej manierze, z awangardowymi wstawkami montażowymi, precyzyjnie skomponowanymi kadrami i syntezatorowym motywem muzycznym przywodzącym na myśl dokonania Johna Carpentera. Absurd wylewa się z ekranu, odbiorca gotów jest na praktycznie każde szaleństwo. Komizu dostarcza rozrywkę wulgarną i zgoła niewyszukaną, ale robi to z gracją surrealistycznego kuglarza, co powoduje dysonans poznawczy: czy to kino klasy „Z”, czy też może dzieło sztuki? Pod tym względem twórcy zdecydowanie bliżej do japońskich mistrzów starej daty, aniżeli niekonsekwentnych i niechlujnych autorów j-splatter z kolejnego pokolenia.

Komizu jeszcze w tym samym, 1986 roku, popełnił sequel swego dzieła. Sequel „przyszywany”, bo niepołączony fabularnie z poprzednim filmem, za to wierny mu pod względem stylistycznym. We Wnętrznościach ślicznotki reżyser za punkt wyjścia obrał następującą sytuację: członkowie yakuzy zajmujący się handlem ludźmi, porywają młodą dziewczynę, zbiorowo gwałcą ją i szprycują nowym narkotykiem o nazwie Angel Rain. Ofierze udaje się uciec swoim oprawcom i trafia do szpitala pod opiekę pielęgniarki Hiromi (Megumi Ozawa). Poturbowane dziewczę ostatecznie odbiera sobie życie, a zszokowana tym zajściem Hiromi postanawia ją pomścić. Gangsterzy okazują się jednak sprytniejsi, zwabiają kobietę w pułapkę i zabawiają z nią w ten sam sposób, co z poprzednią zdobyczą. Lekcja pokory obejmuje ponownie iniekcję narkotyku, na który ciało Hiromi reaguje w niespodziewany sposób.

Yakuza eiga spotyka body horror, ale na pierwszym planie i tak wyeksponowany jest seks w otoczce BDSM: bicie, gwałty, zbliżenia na kapiącą z pochwy krew — pinky violence w swym standardowo plugawym wydaniu. Mamy też poćwiartowanie gangstera na drobne kawałeczki, żeby nikt sobie nie myślał, że to kino lekkie i przyjazne całej rodzinie. Ostatnie kilkanaście minut projekcji otwiera przed widzem zakazane rozkosze krwistego horroru cielesnego, na którego planie panoszy się mięsna miazga kształtem przypominająca istotę ludzką. Stwór wymachuje gigantycznym fallusem przypominającym wewnętrzną szczękę Obcego projektu H.R. Gigera. Wyżyny słodkiej jak zrywanie paznokcia perwersji twórca osiąga w scenie obcałowywania przez kochanicę szefa yakuzy skąpanego w posoce, wijącego się penisa. Sickflix & chill!

W domykającym trylogię Rusted Body bohaterami jest czworo nikczemników — dwie kobiety i dwóch mężczyzn — próbujących dobrać się do skradzionych przez małżonka milionerki pieniędzy. Kwartet torturuje kolejne osoby zamieszane w rabunek, by wydobyć od nich informacje co do miejsca ukrycia łupu.

Część trzecia z poprzednikami wspólnego ma już bardzo niewiele. W opowieści odnajdziemy mnóstwo groteski, a większość czasu ekranowego zajmują sceny wyuzdanego seksu, ale tym razem nie ma już żadnego mutanta, ilości gore także są śladowe. Jest tym samym Rusted Body zwrotem ku bardziej konwencjonalnemu wydaniu kina pinky violence. Komizu mnoży przede wszystkim wymyślne sposoby zadawania cierpienia (węgorze wpełzające do pochwy i odbytu dziewczyny, zrywanie paznokcia, wyrywanie zęba) i eksponuje wdzięki swych aktorek, spośród których jedna wyróżnia się prawdziwie monumentalnym biustem. Reżyser wplata również w narrację maszynę wywołującą u podpiętych do niej osób wyjątkowo silne orgazmy — taki Orgazmotron z Barbarelli (1968) w wydaniu budżetowym.

Choć pod względem fabularnym mamy do czynienia z najbardziej szablonową fabułą — na dobrą sprawę jest to B-klasowy heist movie, tyle że przyprawiony gigantycznymi ilościami golizny — w ramach trylogii, to paradoksalnie jest to też najbardziej chaotyczna odsłona. Z początku trudno połapać się w intrydze, pomimo że jest ona ordynarnie wręcz prosta. Być może jest to też ta najbardziej nihilistyczna część, pozbawiona pozytywnych postaci, bezustannie atakująca odbiorcę perwersją i wynaturzeniami. Bandziory, którym towarzyszymy w ich zmaganiach, to zafiksowani na punkcie seksu okrutnicy, którzy pozbywają się swych ofiar, serwując ich mięso świniom.

Twórczość Komizu jest bez wątpienia pokręcona, w sposób w jaki pokręcone mogą być jedynie dzieła przedstawiciela narodu, który wymyślił sklepy z brudną bielizną do wąchania. Co ciekawe, wśród miłośników ekstremalnego horroru również budzi ona kontrowersje, a to poprzez fakt łączenia grozy z pornografią (wielkie, sztuczne fallusy to jeden ze znaków rozpoznawczych Gairy). Nie na każde podniebienie zatem są to przysmaki, co zarazem tłumaczy kultowy status „trylogii wnętrzności” w ograniczonych kręgach: ludzie o ograniczonej wyobraźni mają takie Martwe zło (1981-), prawdziwi odszczepieńcy docenią ekstazę dziewczęcia, które próbowało zrobić loda drzewu.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *