Atomic Café: Terminus (1987)
Rok 2037. Większość ocalałego z wielkiej pożogi świata to pustkowia opanowane przez dzikusów. Przez tę „ziemię niczyją” podróżuje opancerzony wóz zwany „Potworem”, którego cel stanowi bliżej nieokreślona meta. Maszyna jest dziełem genialnego dziecka (znany z RoboCopa 2 [1990] Gabriel Damon), które wymyśliło również dziwaczny „wyścig” do niesprecyzowanego miejsca na mapie. Za kierownicą „Potwora” zasiada rezolutna dziewczyna imieniem Gus (Karen Allen). Kiedy ona i jej pojazd padają łupem pustynnych barbarzyńców, do akcji wkracza wojownik imieniem Stump (ojciec chrzestny francuskiego rock’n’rolla Johnny Hallyday)…
Próba streszczenia fabuły Terminusa stanowi nie lada wyzwanie, przypomina wysiłek, jaki czasem wkłada się w układanie strzępków fantastycznego snu w logiczną całość. I nie, nie mam na myśli oniryzmu spod znaku Davida Lyncha, tylko nieprzeciętny rozgardiasz. Tudzież: burdel. Czemu wygadana, dowcipkująca ciężarówka (taki postapokaliptyczny KITT z Nieustraszonego [1982-1986]) mknie przez wypizdowa przyszłości i co w zasadzie ma się stać, gdy dotrze do punktu docelowego? Tego nie wiemy, a kiedy w trakcie rozwoju akcji wreszcie pojawia się namiastka wytłumaczenia, to jest ono tak mętne i nieprzekonujące, że z marszu o nim zapominamy. Jest tu rodzeństwo dzieci, które mają — chyba — stanowić ocalenie dla ludzkości. Jest naukowiec, który te dzieci stworzył, a następnie rzuca im kłody pod nogi. Jest jakiś rząd, który chyba jest niefajny, ale w zasadzie tego też nie wiadomo, bo tylko kilka razy się o jego istnieniu wspomina.



Film Pierre’a-Williama Glenna to zlepek pomysłów podwędzonych z kina postapo i literatury dystopijnej. Bezładny, okraszony soundtrackiem gdzieś z peryferii new romantic i szalony do tego stopnia, że wręcz irytujący. W tym chaosie bez dwóch zdań palce maczali inwestorzy, bowiem powszechnie dostępna wersja trwająca 80 minut sprawia wrażenie, jakby przeszła przez montażowe piekło, w którym nad kotłem stał chciwy i bezduszny producent. W trakcie seansu wskazane jest wręcz, aby całkowicie zignorować pozbawiony sensu scenariusz i skupić się na scenach akcji oraz warstwie wizualnej.
Sceny akcji są, powiedzmy że, przyzwoite. Ot, pościgi, kraksy i eksplozje. Najciekawiej dzieje się w departamencie stylizacji bezpośrednio powiązanym z działami charakteryzacji i efektów specjalnych, które nadzorował Jacques Gastineau, osobnik znany z pracy przy Sile witalnej (1985), Faceless (1987) od Jessa Franco i wybitnie absurdalnym Markizie (1989) według pomysłu Rolanda Topora, gdzie markiz de Sade był psem z wielkim, gadającym przyrodzeniem. W Terminusie również odnajdziemy groteskę i nuty surrealne. Całe otoczenie genialnego chłopca stanowią dziwaczne zombie, a jego szefem jest Jürgen Prochnow (który zresztą gra tu trzy różne postaci) w czerwonej peruce. „Potwór”, czyli sztuczna inteligencja odpowiadająca za działania niezniszczalnego auta to wielkie, animowane usta. Film Glenna wyróżnia się również wczesnym wykorzystaniem CGI, które prezentuje się tu rachitycznie, ale pojawia się głównie w sekwencjach wizualizacji systemu operacyjnego fortecy na kółkach, przez co nie wadzi jakoś szczególnie.
Terminus to projekt pokraczny, nieudany, ale ze wszech miar intrygujący. Powstały w ramach koprodukcji francusko-niemieckiej, z istotnym wkładem ze strony Węgrów, którzy dłubali przy wspomnianych efektach specjalnych, być może był wynikiem realizacji czyjegoś wieloletniego marzenia, którą zakłóciły tak czynniki zewnętrzne, jak i brak dyscypliny twórczej. Film z tyloma ciekawymi obrazami, które nie składają się na angażującą historię, że wręcz chciałoby się, aby był to po prostu przydługi teledysk.

Pornograf i esteta. Ma gdzieś konwenanse. Do jego ulubionych twórców należą David Lynch, Stanley Kubrick, Gaspar Noé oraz Veit Harlan. Przyszedł ze śmiertelnego zimna, dlatego zawsze mu gorąco.





