Cité Obscure: Ślepa miłość (1956)

Kobieta tak podła i wyrachowana, że w samym Piekle obawiają się dnia, w którym przyjdzie ją ugościć. Catherine (Danièle Delorme) to wcielona nikczemność. Jej życie wypełniają knowania, bezustannie udaje, gra i owija sobie facetów wokół palca. Jest wyśmienitą aktorką: z wierzchu słodka, wewnątrz zimna jak głaz. Gdy jej adorator rzuca się z rozpaczy pod koła samochodu, ona z satysfakcją stwierdza, że umarli milczą na zawsze.

Catherine dorastała w patologicznym środowisku, bez wzorców do naśladowania, z matką narkomanką i prostytutką, w wiecznej biedzie. A bieda nie uszlachetnia, tworzy jedynie wiecznie nienasycone drapieżniki. Dziewczyna wraz z matką Gabrielle (Lucienne Bogaert) opracowują ambitny plan wyrwania się z rynsztoka, a na ofiarę mającą im to umożliwić upatrują sobie André (Jean Gabin), byłego męża Gabrielle, obecnie cenionego paryskiego restauratora. Catherine zjawia się w jego życiu znienacka, opowiada rzewną bajkę o zmarłej matce i o sobie jako głodującej sierotce. André przygarnia dziewczynę pod swój dach i otacza opieką. Z czasem zaczyna się w niej zakochiwać, co rzecz jasna stanowi część wyrachowanego planu duetu cwanych ulicznic.

Dramat Juliena Duviviera z tytułem zaczerpniętym z Arthura Rimbauda (oryginalny tytuł Voici le temps des assassins oznacza „to jest czas dla morderców”). Intrygę kryminalną można przejrzeć na wylot już w przeciągu paru pierwszych minut (Catherine w trakcie rozmów z dwiema różnymi osobami przedstawia nieco inną wersję odejścia w zaświaty jej ś.p. mamuski). Pomimo tego całość ogląda się jak na szpilkach, w bezustannym napięciu i z narastającą złością. Młódka wodzi za nos André, skłóca go z bliskimi, przeprowadzając swój plan jak wytrawny gracz.

Wyrwy i pęknięcia w murze fatalizmu pojawiają się dopiero w drugiej połowie seansu, który zresztą jest najbardziej emocjonujący i prowadzi do finału, który wielu widzów odbierze jako drobny zgrzyt. Zapewne gdyby Duvivier kręcił swoje dzieło dziesięć lat później, rozwiązanie patowej sytuacji byłoby jednoznacznie pesymistyczne. Tutaj happy end podyktowany został przez cenzurę, ale reżyser prowadzi do niego ścieżką suspensu, tuż przed ostatnim aktem oferując emocjonującą scenę odrażającego mordu.

Pod względem aktorstwa mamy do czynienia z prawdziwym tour de force pary odtwórców głównych ról: zarówno Gabin, jak i Delorme są wyśmienici. Nestor francuskiego gwiazdorstwa zadanie względem swej partnerki ma stosunkowo proste: jego bohater to pocieszny gawędziarz o złotym sercu. Delorme to z kolei żmija w ludzkiej skórze, a aktorka ze swobodą przeskakuje od pozy przymilnej „dziewczynki z zapałkami” do trybu morderczej modliszki. Na wyróżnienie zasługuje też drugoplanowa rola Bogaert wcielającej się w zniszczoną przez lata baletów rozwódkę.

Nie od dziś wiadomo, że w kino noir na dobrą sprawę potrafiły tylko dwa narody: Amerykanie, którzy konwencję wynaleźli i Francuzi, którzy przełożyli ją na swój grunt z łatwością większą, niż Włosi małpujący western. Ślepa miłość w ramach gatunku zapisuje się chlubnie przede wszystkim jako obraz, który przedstawił wzorcową femme fatale, bo takiej suki jak Catherine ze świecą szukać u Jankesów, jak czarne kino głębokie i rozległe. Silne doznania gwarantowane, dwie godziny kina oddychającego paryskim spleenem i zbrodniczą aurą.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *