Blue Monday: 'V’: The Hot One (1978)
Tam, gdzie mainstream niebezpiecznie zbliża się do rynsztoku, a piżmowe perfumy arthouse’u mieszają się z zatęchłym powietrzem sali kina porno. Gary Graver był operatorem i reżyserem. Przez sześć lat pracował wraz z Orsonem Wellesem nad jego nieukończonym, finalnym dziełem zatytułowanym Druga strona wiatru (film ostatecznie trafił do kin w 2018 roku, po latach batalii wokół praw autorskich do poszczególnych części nakręconego materiału). Oprócz tego Graver pracował przy zdjęciach do ogromnej ilości filmów klasy B (m.in. Satan’s Sadists [1969], Dracula vs. Frankenstein [1971], Invasion of the Bee Girls [1973]). Jako reżyser skakał pomiędzy tanim kinem gatunkowym a porno. Filmy dla dorosłych podpisywał pseudonimem Robert McCallum, tworząc m.in. kultowy dreszczowiec XXX Amanda by Night (1982) czy komediowe Summer Camp Girls (1983).
’V’: The Hot One najprościej określić można jako pornograficzną wersję Piękności dnia (1967). Znudzona swoim życiem gospodyni domowej Valerie (Annette Haven) decyduje się spróbować zakazanego owocu: opuszcza małżeńskie łoże i wychodzi na ulice, by jako prostytutka świadczyć usługi przypadkowym mężczyznom.
Wątła nić fabularna stanowi punkt wyjścia dla kolejnych przygód erotycznych, ale Graverowi udaje się uniknąć pułapek, jakie z reguły wabi epizodyczna struktura. Opowieść jest zwarta, a obserwowanie jak Valerie, początkowo niepewna, oswaja się ze swoją drugą osobowością, dostarcza nie lada satysfakcji. Sceny zbliżeń zainscenizowane zostały w pomysłowy sposób, dostajemy różnorodny repertuar, a jednocześnie nie ma wrażenia, że seksualne wygibasy naginają główną oś opowieści do swoich potrzeb (czyt. że opowieść stanowi tylko pretekst) Graver zaprasza widza do mokrych snów głównej bohaterki, pokazuje jej igraszki z klientami burdelu, wysyła na imprezę swingersów. A wszystko to w pięknych, głębokich barwach, na taśmie 35 mam, jak bogowie kina przykazali.






Nade wszystko ważna jest w The Hot One atmosfera. Valeria przemierza dzielnice rozpustny, przesiaduje w kinach „dla panów” (świetna, pełna erotycznego napięcia scena trójkąta, zakończonego nagłą interwencją biletera). Soundtrack ma z reguły jazzujący charakter, ze wkraczającymi pod koniec z rozmachem do akcji utworami z albumu Vangelisa Albedo 0.39. Scena orgii przy dźwiękach Pulstar to już czysta rozkosz, pulsująca — a jakże! — nie tylko syntezatorowymi dźwiękami, ale i montażem oraz ekstazą męskich i żeńskich uczestników zabawy.
Skoro zaś mowa o uczestnikach zabawy, to nie sposób w tym przypadku przejść obojętnie obok obsady aktorskiej. Nieprzeciętnie śliczna Haven i jej migdałowe oczy to marka, której żadnemu miłośnikowi kina porno z lat 70. nie trzeba polecać. Równie dobrze kamera mogłaby przez półtorej godziny pokazywać, jak aktorka przechadza się nago po mieszkaniu i też nie sposób byłoby oderwać wzroku od ekranu. W zobojętniałego na jej wdzięki męża wciela się niezawodny John Leslie. Laurien Dominique jako kumpela głównej bohaterki to niezłe ziółko, co zresztą wyryte ma w rysach twarzy, zarówno dziecinnych, jak i drapieżnych. Ekipę ubogacają pomniejsze role cycatej Desiree West (SexWorld [1978]), paskudnego Joeya Silvery (Femmes de Sade [1976]) i Paula Thomasa (Erotic Adventures of Candy [1978]). Wisienkę na torcie stanowi zaś debiut Kay Parker (Taboo [1980]), która jednak na razie rolę ma nierozbieraną — gra burdelmamę, która zatrudnia Valerię.
Przyczepić tu się naprawdę do czegokolwiek trudno, może jedynie finał jest nieco zbyt trywialny, choć i on niejako pasuje do konwencji kina obyczajowego, jaką zaproponował Graver. Cała reszta gra i buczy z taką mocą, że nie waham się przed umiejscowieniem V w gronie najlepszych filmów porno dekady. Kilka razy zbierałem szczękę z podłogi z podziwu nad tym, jak urodziwe jest to kino.

Pornograf i esteta. Ma gdzieś konwenanse. Do jego ulubionych twórców należą David Lynch, Stanley Kubrick, Gaspar Noé oraz Veit Harlan. Przyszedł ze śmiertelnego zimna, dlatego zawsze mu gorąco.





