Dajcie sensację na pierwszą stronę (1972)

Sbatti il mostro in prima pagina – reż. Marco Bellocchio

Włochy, początek lat 70. Na ulicach napierdalają się komuniści, faszyści i policja, wybuchają bomby, płoną samochody, a polityczne mordy powoli przestają kogokolwiek dziwić. W samym środku tego bajzlu działa redakcja prawicowego dziennika „Il Giornale”, której niespecjalnie zależy na informowaniu czytelników o rzeczywistości. Znacznie bardziej interesuje ją stworzenie takiej rzeczywistości, jaka będzie aktualnie przydatna politycznie. Marco Bellocchio zrealizował Sbatti il mostro in prima pagina w 1972 roku, kiedy włoskie anni di piombo nabierały solidnego rozpędu. Od zamachu na Piazza Fontana minęły trzy lata, napięcie między skrajną lewicą i prawicą rosło, a kraj powoli oswajał się z czymś, co przez dekadę miało stać się elementem codzienności. Bellocchio nie opowiada jednak o terroryzmie bezpośrednio, bo interesuje go ktoś stojący krok dalej: człowiek, który nie rzuca koktajlem Mołotowa i nie podkłada bomby, ale potrafi wykorzystać cudzą bombę, morderstwo albo uliczną rozróbę do własnych celów.

Tym człowiekiem jest Giancarlo Bizanti, redaktor naczelny „Il Giornale”, w którego wciela się Gian Maria Volonté, wtedy właściwie naczelna twarz włoskiego kina politycznego. Miał za sobą dwa filmy Petriego: Śledztwo w sprawie obywatela poza wszelkim podejrzeniem i Klasa robotnicza idzie do raju, Sacco i Vanzetti Montalda, a w tym samym 1972 roku pojawił się w Sprawie Mattei Francesca Rosiego. Bizanti jest znacznie ciekawszy od typowego filmowego skurwysyna. Nie wrzeszczy, nie wali pięścią w stół, nie urządza faszystowskich tyrad. Jest spokojny, inteligentny, elegancki i właściwie przez cały czas zachowuje się jak człowiek wykonujący normalną robotę. Tyle że jego robotą jest produkowanie strachu. A okazja trafia się znakomita. Zamordowana zostaje młoda dziewczyna, policja podejrzewa również gwałt. Zamiast czekać na wyniki śledztwa, „Il Giornale” znajduje sobie sprawcę idealnego: Mario Boniego, lewicowego studenta i działacza politycznego, który znał ofiarę. Jest młody, radykalny, ma odpowiednie poglądy i odpowiednio wygląda. Dla gazety prawda staje się właściwie sprawą drugorzędną. Jest trup, jest komunista, jest strach przed uliczną przemocą, resztę można dopisać i stworzyć dla żądnych sensacji tłumów.

Trudno przy tym oglądać Sbatti il mostro in prima pagina w oderwaniu od wspomnianej Klasy robotniczej… , zrealizowanej zaledwie rok wcześniej. Nie chodzi wyłącznie o obecność głownego aktora. Oba filmy biorą bowiem na warsztat instytucję będącą częścią większej politycznej maszynerii. U Petriego jest nią fabryka, u Bellocchia redakcja gazety. W obu miejscach człowiek funkcjonuje wewnątrz mechanizmu, który produkuje coś więcej niż tylko części do maszyn czy kolejne wydania dziennika: określony sposób myślenia. Jest też podobny rytm, nerwowość, hałas i poczucie kompletnego politycznego burdelu. U Petriego wszyscy wrzeszczą: robotnicy, związkowcy, studenci, kierownictwo. Każdy ma swoją prawdę i każdy próbuje przeciągnąć Lulù na swoją stronę. W Sbatti il mostro… dzieje się właściwie to samo, tyle że walka została przeniesiona z hali fabrycznej do redakcji i na ulice Mediolanu. Ideologia nie jest tutaj czymś, o czym bohaterowie spokojnie dyskutują przy stole. Włazi im do pracy, języka, gazet, demonstracji, właściwie całego życia. Lulù Massa jest mielony przez system, Bizanti należy do ludzi, którzy nauczyli się tym systemem znakomicie posługiwać. Pierwszy stopniowo orientuje się, że jest narzędziem w cudzych rękach, drugi doskonale wie, że narzędziem może być każdy: reporter, zamordowana dziewczyna, podejrzany student, a nawet prawda. To bardzo ciekawy rewers roli Volonté z filmu Petriego.

Bellocchio był wówczas związany z radykalną lewicą i film absolutnie nie udaje politycznej neutralności. Ostrze skierowane jest przede wszystkim przeciw prawicy, kapitalistycznej prasie i ludziom wykorzystującym społeczny strach przed komunizmem. Warto o tym pamiętać, bo Sbatti il mostro in prima pagina nie jest żadnym bezstronnym raportem z Lat Ołowiu, lecz politycznym atakiem wykonanym przez człowieka, który sam znajdował się po jednej ze stron barykady.

Finał filmu Bellocchio nie zawiera już żadnych subtelności. Reżyser zostawia nas z obrazem kanału, do którego spływają ścieki i wszelkiego rodzaju odpady pozostałe po ludziach. Po całym filmie poświęconym manipulacji, politycznemu cynizmowi i produkowaniu informacji pod z góry ustaloną tezę trudno traktować ten obraz inaczej niż jako komentarz do rzeczywistości, którą przed chwilą oglądaliśmy. Cały medialny i polityczny syf znajduje wreszcie swoje materialne ujście w tej pięknie kolorowej żyburze ludzkiej konsumpcyjnej nadprodukcji. Dziś ten finał brzmi jeszcze mocniej niż w 1972 roku. Może i zmienił się sposób dystrybucji informacji, pierwszą stronę zastąpił ekran telefonu, ale mechanizm pozostał ten sam. Najpierw wybiera się potwora, później odpowiednio przycina rzeczywistość, podsuwa właściwy nagłówek, zdjęcie albo kilkunastosekundowy film i puszcza wszystko dalej. Prawda nie musi już nawet zostać całkowicie zastąpiona kłamstwem, wystarczy ją odpowiednio poukładać. A medialne gówno nie spływa dziś jednym kanałem. Rozlewa się tysiącem strumieni, powtarzane, udostępniane i podbijane tak długo, aż w końcu zaczynamy brać je za rzeczywistość.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *