Spirit in Black, czyli z Diabłem za pan brat

Broken-glass reflections
Show your flesh eaten away
Beyond the gates I’ll take you
Where the blood forever rains

Szanowni i Szanowniejsze, jak co roku w święto Samhain (dla dzieciaków: Halloween) zapraszamy Was na wyprawę do czeluści piekielnych. Niekoniecznie chodzi o dosłownie pojmowane piekło jako kuchnię pełną wrzących garów do zupy, może to być również inferno czające się w ludzkim sercu, duszy lub rozumie. Sam Diabeł również nosić może ludzką powłokę. Czasem z kolei będzie on wręcz nieobecny, stanowiąc jedynie symbol lub cząstkę czyichś pragnień. Grunt jednak, że — w ten czy inny sposób — macza on palce we wszystkich filmach wchodzących w skład dzisiejszego zestawienia. Zapraszamy do lektury. Lękajcie się!

Caligula


1972 – Enter the Devil (reż. Fred Q. Dobbs) – Simply

To jedna z tych ciężkich obskur z minionych dekad, jakie kinomaniakalny prospektor regularnie przesiewa w poszukiwaniu czystego, kultowego kruszcu. Tym razem trafił się średniak, niemniej z przebłyskami (odsiewało się bez porównania gorszy badziew). Zbieżność z angielskim tytułem italo-horroru Maria Gariazzo z 1974 może zmylić, na tym jednak podobieństwa się kończą. Tam mieliśmy klon Egzorcysty (1973) i spersonalizowanego diabła , tu manifestuje się on w poczynaniach złowrogiej sekty, grasującej w półpustynnym interiorze pogranicza Tex/Mex. Odziani w habity, zakapturzeni kultyści atakują znienacka zbłąkanych na odludziu myśliwych i turystów niczym Bronson w Chato’s Land (1972), a grzechotniki potraktowane jako broń biologiczna też się znajdą. Ofiary mogą liczyć na bondage z drutu kolczastego, ukrzyżowanie i rytualną śmierć podczas ceremonii w kazamatach zrujnowanej kopalni. Wszystko przy akompaniamencie przeszywających, łacińskich chorałów, od których samotna gwiazda w godle Teksasu ma prawo poczuć się pentagramem.

Dzieło ekipy teksańskich, telewizyjnych rzemieślników (z obu stron kamery) ma jednak swoje mankamenty. Wspomniane sceny robią niezłe wrażenie, ale jest ich niewiele i zaiste mogłyby być bardziej dosadne. Wyraźnie przy tym kuleje tempo całej historii, co może też wynikać z niedopracowanego scenariusza. Dotyczy to zwłaszcza nadmiernie rozciągniętych, środkowych partiach opowieści, która zawiesza się między kinem kumpelskim, romansem i wałkowaniem lokalnej obyczajowości. Jednak surowa, westernowa sceneria i wyłącznie naturalne miejscówki robią odpowiednią aurę, dzięki czemu przez narracyjnie sflaczałe sekwencje przechodzi się, siłą rzeczy, przyjemniej. Enter the Devil to taki słabszy i mniej charakterny koleżka Devil’s Rain (1975), Brotherhood of Satan (1971) i Race with the Devil (1975) , do tego pozbawiony aktorów z Dzikiej Bandy (1969). Tak się bowiem złożyło, że Ernest Borgnine, L.Q. Jones, Strother Martin, Warren Oates, a także William Holden, w latach 70 wylądowali w satanicznych horrorach jak jeden mąż.

Do zalet filmu na pewno zaliczyć należy kilka brawurowych plot twistów. Dotyczy to m.in. losów dwójki głównych protagonistów, połączonych męską, westernową przyjaźnią. Jednego pożegnamy w niespodziewanym momencie, za to z tym drugim będzie jeszcze ciekawiej. Jest też istotny wątek biednych Meksykanów, zatrudnianych na czarno i dobrze traktowanych przez szlachetnych jankesów. Finałem tego wątku okaże takie pierdolnięcie teksańsko-rasistowskiego szowinizmu, jakiego nawet w ultra permisywnych latach 70 ciężko w kinie uświadczyć.


1973 – Blue Blood (reż. Andrew Sinclair) – Caligula

Oliver Reed jako makiaweliczny lokaj Tom na usługach Dereka Jacobiego. Jacobi wciela się tutaj w stereotypowego arystokratę, oderwanego od rzeczywistości próżniaka. Jego lordowska mość to duże, rozkapryszone dziecko, którego permanentne odurzenie alkoholem i narkotykami perfidny służący wykorzystuje do przejęcia władzy w domu. Pewnego dnia do posiadłości przybywa nowa niania, Niemka Beata (Meg Wynn Owen). Wynajęta do opieki nad dwójką zaniedbanych dzieci Pana kobieta z konsternacją przygląda się panującym w rezydencji zwyczajom. Arogancki Tom pomiata swym chlebodawcą, który większość czasu poświęca kochance z plebsu (Anna Gaël), podczas gdy jego żona (obdarzona intrygującą urodą, bezpruderyjna Fiona Lewis) podróżuje po świecie, robiąc karierę piosenkarki. Niania próbuje się buntować przeciwko zastanemu porządkowi rzeczy, ale jej protesty rozbijają się o otaczający ją mur objętości.

Fabuła, choć wywiedziona z książki The Carry-Cot autorstwa Alexandra Thynne’a, z marszu przywodzi na myśl Służącego (1963) Josepha Loseya i Harolda Pintera (którzy z kolei oparli się na noweli Robina Maughama). Główna różnica jest taka, że zamiast błyskotliwej psychodramy otrzymujemy tutaj dreszczowiec drugiego sortu wsparty wątkami okultystycznymi. Posługująca się łamanym angielskim, bierna niania co jakiś czas doświadcza wizji (flashbacków?), w których demoniczny Tom i pozostali domownicy oddają się satanistycznym rytuałom. Na papierze brzmi to ładnie i gładko, ale w praktyce całość kładzie niekompetencja stojącego za kamerą Andrew Sinclaira, w pierwszej kolejności pisarza i historyka, okazjonalnie filmowca. Sinclair nie panuje nad powierzonym mu materiałem, nie umie odpowiednio rozłożyć akcentów, ani budować napięcia, nie radzi sobie również z prowadzeniem aktorów. Efektami jego niemocy są dziwaczne pomysły jak pasująca niczym pięść do odbytu scena musicalowa. Jacobi pod jego batutą sprawia wrażenie pogubionego i jedzie na „błękitnokrwistym” autopilocie. Najprzyjemniej patrzy się na buzię i ciało Lewis oraz folgującego sobie w kwestii aktorskiej ekspresji Reeda, który posługuje się tu cudacznym akcentem i świetnie bawi się jako przebiegłe chamidło. Widz tymczasem czeka na jakąś konkluzję, ta jednak nie nadchodzi. Szkoda, bo potencjał był.


1973 – Lisa i Diabeł (reż. Mario Bava) – Dr Butcher

Diabeł ma w kinie długą i niejednoznaczną historię. Bywał monumentalnym przeciwnikiem Boga, eleganckim kusicielem, groteskowym oszustem, a nawet zwyczajnym skurczybykiem, który pojawia się w najmniej odpowiednim momencie i wywraca ludzkie życie do góry nogami. W horrorze szczególnie często stawał się narzędziem do opowiadania o grzechu, winie, seksualności i lęku przed tym, co nieznane. Ale nie u Maria Bavy. A przynajmniej nie wyłącznie. Bava doskonale rozumiał, że najciekawszy diabeł to niekoniecznie Wielki Kusiciel, lecz także Władca Marionetek, który cierpliwie czeka, aż sami wejdziemy mu w paradę.

Lisa i diabeł jest pod tym względem jednym z najbardziej fascynujących przykładów wyobraźni Włocha. To późny, niezwykle osobisty hołd dla włoskiego gotyku, z jego nawiedzonymi rezydencjami, trupami chowanymi w sypialniach, fatalnymi namiętnościami i bohaterami, którzy nie potrafią uwolnić się od własnej przeszłości. Bava wraca tu do świata, który sam współtworzył w latach sześćdziesiątych, ale robi to bez szczególnej ochoty na odtwarzanie starych chwytów w bezpiecznej, przewidywalnej formie. Zamiast tego proponuje nam labirynt, w którym kolejne drzwi prowadzą nie tyle do następnego pomieszczenia (jak w Kill Baby Kill), ile do kolejnej szczeliny w rzeczywistości. Można próbować rozplątać fabułę, szukać wyjaśnień i porządkować wydarzenia, ale Bava zdaje się złośliwie przypominać, że nie po to weszliśmy do tego domu, żeby czuć się bezpiecznie.

Lisa i diabeł to jeden z ostatnich wielkich ukłonów w stronę klasycznego włoskiego gotyku lat sześćdziesiątych. Dzieło niedoskonałe, momentami rozbuchane i narracyjnie kapryśne, lecz zarazem pełne obrazów, które zostają w pamięci na długo po seansie. Obrazu, który wymyka się prostym definicjom, wymaga od widza odrobiny cierpliwości, ale w zamian oferuje podróż w sam środek onirycznego koszmaru. W centrum tego majaku znajduje się Lisa Reiner, amerykańska turystka, która podczas pobytu w Toledo natrafia na fresk przedstawiający diabła. Z pozoru niewinne spotkanie ze sztuką staje się początkiem podróży, z której nie ma powrotu. Lisa gubi się w labiryncie uliczek, spotyka ludzi zachowujących się tak, jakby znali ją od dawna, a następnie trafia do willi, gdzie mieszkańcy przypominają aktorów zmuszonych do ponownego odegrania przedstawienia, którego scenariusz napisano na długo przed ich narodzinami. Bohaterowie wikłają się w kolejne intrygi, popełniają zbrodnie, ulegają obsesjom i próbują podporządkować sobie innych. Nad wszystkim unosi się jednak poczucie, że ich działania mają znaczenie drugorzędne. Karty zostały już rozdane, przedstawienie trwa, a ktoś z boku pilnuje, żeby nikt przypadkiem nie wyszedł przed końcem spektaklu.

Tym kimś jest oczywiście Leandro, grany przez Telly’ego Savalasa. I trzeba przyznać, że obsadzenie aktora o charakterystycznej fizjonomii i ogolonej głowie w roli diabolicznego kamerdynera było strzałem w dziesiątkę. Savalas nie potrzebuje teatralnych grymasów, demonicznych monologów ani specjalnych efektów. Jest w nim coś z gospodarza, który zna wszystkie sekrety domu, ale nie zamierza zdradzić ich gościom, i coś z konferansjera, który obserwuje przedstawienie i doskonale wie, jak się skończy. Bohaterowie są dla niego marionetkami, a ich cierpienie stanowi element widowiska, które można w każdej chwili urozmaicić kolejnym makabrycznym żartem. Równie ważna jest Elke Sommer. Jej Lisa nie jest typową bohaterką horroru, która krok po kroku odkrywa tajemnicę i próbuje za wszelką cenę ocalić życie. To postać zagubiona, wyobcowana, jakby od początku znajdowała się poza rzeczywistością. Sommer znakomicie odnajduje się w tej konwencji, bo nie próbuje na siłę racjonalizować tego, co spotyka jej bohaterkę. Warto pamiętać, że niemiecka aktorka miała w karierze wiele okazji do wykorzystania swojego ekranowego wdzięku, a kino popularne chętnie sprowadzało ją do roli pięknej blondynki, której obecność miała przede wszystkim przyciągać spojrzenia widzów. Bava wykorzystuje ten wizerunek, ale jednocześnie go komplikuje. Uroda Lisy staje się elementem niepokojącej układanki, ponieważ jej podobieństwo do zmarłej Eleny nie jest zwykłym przypadkiem ani fabularnym pretekstem do romantycznej intrygi. Zastanawiamy się, czy jest sobowtórem zmarłej kobiety, jej reinkarnacją, czy też może kolejną figurą w przedstawieniu, które powtarza się od niepamiętnych czasów.

Ostatecznie Lisa i diabeł okazuje się opowieścią o ludzkim losie zamkniętym w pętli, z której nie ma wyjścia, bo mechanizm działa na długo przed tym, zanim bohaterowie zorientują się, że w ogóle w niej uczestniczą. Bava zostawia nas więc z wizją świata, w którym zło nie musi zwyciężać, bo nigdy tak naprawdę nie przegrało. Czas zatacza koło, twarze powracają, role zostają obsadzone na nowo, a człowiek, przekonany o własnej wyjątkowości, znów odgrywa cudzy scenariusz. Lisa i diabeł nie oferuje łatwego wyzwolenia ani pocieszającej puenty. Dlatego tak dobrze powraca się do tego filmu, za każdym razem odnajdując w nim coś nowego.


1975 – The Astrologer (reż. James Glickenhaus) – Caligula

Debiut reżyserski Jamesa Glickenhausa (The Exterminator [1980]) to technothriller o ponownym przyjściu Chrystusa na świat. Alexei (Bob Byrd) jest założycielem agencji rządowej zajmującej się astrologią oraz jej wpływem na ludzkie losy. Naukowiec wierzy, że nadciągająca koniunkcja planet umożliwi narodziny Mesjasza. To doniosłe wydarzenie zakłócić może wszelako działalność zbrodniczego kultu pod przewodnictwem hinduskiego guru Kajerste (Mark Buntzman).

Podobnie jak w przypadku Blue Blood film Glickenhausa to przede wszystkim obraz wielu niespełnionych obietnic. Punkt wyjścia, choć nieco przekombinowany, ale zdecydowanie intrygujący. Początkujący twórca niepotrzebnie jednak opiera narrację głównie na scenach dialogowych, przez co tempo opowieści często osiada na mieliźnie. Są tu jednak ciekawe patenty wynikające z połączenia tematyki okultystycznej z science-fiction. W pewnym momencie wchodzimy na tereny kina szpiegowskiego i jest to najlepsza część opowieści, z bohaterem tropiącym diabelskiego lidera sekty i podziwiającym na wielkim ekranie efekty jego zbrodniczej działalności niczym jakieś zakazane filmy snuff. To właśnie wątek okrucieństw dokonywanych przez szalonych Hindusów skłonił później dystrybutora do wypuszczenia filmu na ekrany pod nowym tytułem The Suicide Cult, co miało na celu wyciśnięcie grosza z szokującego finału działalności Jima Jonesa. Cała reszta historii, wprawdzie klimatycznej, jest niestety zanadto przegadana. Na osłodę pozostają cycki Moniki Tidwell, młodziutkiej Playmate Playboya, która wcieliła się tu w nową Maryję dziewicę.


1975 – The Devil’s Exorcist (reż. Jorge Darnell) – Justine de Sade

Wychowanka katolickiej szkoły, Sheila (Imma de Santis), podczas wycieczki do muzeum figur woskowych ulega fascynacji dziwną figurą mężczyzny w garniturze. Od tego czasu zaczyna doświadczać niepokojących wizji i napadów drgawek lub agresji. Rodzice proszą o pomoc psycholog Lizę Greene (Maria del Puy). Problemy psychiczne czy opętanie? Światopogląd naukowy i racjonalny ścierają się z nadprzyrodzonym, choć wbrew tytułowi filmu nie pojawia się tu żaden egzorcysta, a przedstawiciele kościoła stanowią co najwyżej tło. Bohaterowie szukają rozwiązań racjonalnych, zaś to my, widzowie, zostajemy postawieni w roli “wierzących”. Choć film budzi wiele skojarzeń z Egzorcystą (1973), w rzeczywistości akcja rozwija się w odmiennym kierunku. Początkowo nawet sam tytuł miał brzmieć Hallucinations, lecz sukces hitu Friedkina zainspirował koniunkturalnych producentów do zmiany nazwy.

Jak to często w horrorach o opętaniu bywa, Sheila pochodzi z uprzywilejowanej rodziny – to właśnie takie dzieci, często samotne z uwagi na wiecznie zapracowanych rodziców, stają się w filmach łatwym celem dla diabła. Czujność ludzi bogatych, którzy sądzą, że są bezpieczni za murami swoich willi, jest uśpiona. Tak dzieje się i w tym przypadku. Uporządkowane życie dziewczynki przerywają nagłe sceny grozy, których wspaniałą estetyzację zawdzięczamy operatorowi José Luisowi Alcaine’owi (który współpracował m.in. z Pedrem Almodóvarem). Podczas codziennych czynności, takich jak kąpiel w basenie, Sheila zaczyna słyszeć świdrujące dźwięki, a z wody wynurzają się ludzkie ręce (ewidentna inspiracja Wstrętem Polańskiego; w innej scenie te same ręce wychodzą ze ściany). Na brzegu basenu pojawia się zaś postać mężczyzny z muzeum figur woskowych, która zmierza w stronę dziewczynki. Alcaine używa zamglonego obrazu i slow motion osiągając piorunujący efekt, podobny do tego ze scen z Tall Manem w Phantasmie (1979). W rolę zjawy (diabła?) wciela się charakterystyczny aktor José Lifante, którego fizys współgra idealnie z postacią. Mężczyzna nie pojawi się w żadnej ze scen na dłużej, reżyser nie wyłoży nam jego pochodzenia na tacy, pozostawi go jedynie jako majaczącą gdzieś w oddali, przerażającą obecność.

Tak świetnych scen jest w The Devil’s Exorcist wiele, ogromne wrażenie robią już napisy początkowe, podczas których widzimy wijącą się w agonii i ekstazie dziewczynkę. Podczas kręcenia tej sekwencji reżyser nakazał zawieszenie kamery na linie, która miała bujać się niczym huśtawka. Tym sposobem osiągnięto niesamowity efekt – kamera przybiera punkt widzenia nadnaturalnej siły, która nawiedza bohaterkę. Klimat budowany jest także przy pomocy lokalizacji, na przykład kościoła w modernistycznym stylu, pełnego charakterystycznych witraży, w którym dochodzi do kolejnej wizji Sheili, a także poprzez ścieżkę dźwiękową ewokującą grozę i oddającą psychodeliczny klimat halucynacji.

Film był kręcony jeszcze za życia gen. Franco, lecz mógł zostać wypuszczony dopiero po jego śmierci. Jak na czasy powstawania prezentuje się całkiem odważnie, warto odnotować też uczynienie z głównej dorosłej postaci kobiecej uznanej naukowczyni, co w ówczesnym kinie (i konserwatywnym społeczeństwie hiszpańskim) było rzadkością. Rzecz jasna, obraz można też rozpatrywać pod kątem przebudzenia seksualnego (Sheila wkracza w wiek dojrzewania, na początku filmu widzimy jak przegląda gazetkę dla dorosłych), histerii i lęku przed mężczyznami. Sceny opętania kojarzą się z orgazmem, bohaterka, podobnie jak Regan, wije się na łóżku w ekstazie. Ciekawym, a dla wielu też zapewne rozczarowującym, aspektem filmu jest pogrywanie z oczekiwaniami widza. Nie doczekamy się tu egzorcyzmów, a finał urwie się w dość niespodziewanym momencie.


1976 – Beatriz (reż. Gonzalo Suárez) – Justine de Sade

Oparty na opowiadaniach Ramóna del Valle-Inclána film nie należy do typowych horrorów, a jego fabuła jest wielowątkowa i zagmatwana. Akcja rozgrywa się w XIX wieku. Młody chłopiec, Juan (Óscar Martín), jest świadkiem napadu na zakonnika Ángela (Jorge Rivero), który bez problemu pokonuje napastników. Kiedy zakonnik zatrzymuje się w jego domu, chłopiec jest zaniepokojony. Jednocześnie siostra Juana, Beatriz (Sandra Mozarowsky, która zmarła w wieku 18 lat w tajemniczych okolicznościach), zaczyna przejawiać objawy opętania sprowadzonego na nią przez służącą, Basilisę (Nadiuska).

Beatriz nie ma nic wspólnego z typową opowieścią o egzorcyzmach, zamiast tego miesza elementy baśni, horroru gotyckiego, okultystycznego, folk horroru, a w finale pojawia się nawet sekwencja rodem z home invasion lub rape’n’revenge. W tej wielowątkowej historii istotny jest motyw religii – zakonnik o symbolicznym imieniu zmaga się z własnymi demonami i pokusami, zaś jego przybycie wyzwala stłumione pragnienia zarówno młodej Beatriz, jak i jej matki, doña Carloty (Carmen Sevilla). Religia kojarzy się z opresją, a domniemane opętanie może być jedynie objawem wewnętrznej walki przebudzonej seksualności z katolickim poczuciem winy. Reżyser pokazuje, w jaki sposób chrześcijaństwo miesza się z pogańskimi legendami i wiarą w magię. Zgodnie z wierzeniami galicyjskimi złego ducha można wypędzić odprawiając rytuał i wskazując mu jako naczynie inną osobę. Kierowana chęcią ratowania syna Basilisa odwiedza miejscową czarownicę i stosuje się do jej rad, lecz ostatecznie wywołuje to w niej wyrzuty sumienia. Czy magia faktycznie zadziałała, kim jest Ángel i jakie jest źródło dziwnych wydarzeń zostanie pozostawione naszym domysłom.

Interpretacja jakoby w rzeczywistości żadne nadprzyrodzone siły nie brały udziału w wydarzeniach, wydaje się wysoce prawdopodobną. I choć brakuje dowodu na ich działanie, atmosfera grozy i niepokoju bynajmniej nie maleje. Wspaniała ścieżka dźwiękowa, ponury las, zamglone kadry, wyblakłe kolory i posępny ton opowieści w połączeniu ze scenami przemocy seksualnej budują wyjątkowo mroczny, ale też odrealniony, czy wręcz baśniowy, klimat. Co ciekawe, historia opowiadana jest z perspektywy małego Juana, a co za tym idzie, możemy traktować ją też jako opowieść o utracie dziecięcej niewinności. W pewnym momencie film zaczyna natomiast przypominać Źródło (1960) Bergmana. Zamknięta w swoim dworku rodzina hrabiny przekonuje się, że nie jest wolna od zewnętrznych niebezpieczeństw, gdy do domu włamuje się banda rabusiów w symbolicznych, zwierzęcych maskach. Ze względu na swoje powolne tempo i zupełne ignorowanie gatunkowych schematów film może nie przypaść do gustu wielbicielom horrorów, jednak miłośnicy klimatycznych, nieoczywistych dzieł powinni dać mu szansę.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *