Sexy all’italiana, czyli 6 popisowych występów Glorii Guidy

Ma krótkie i szalone linie papilarne, nosi obcisłe dżinsy, pali „Popularne” – śpiewał Muniek Staszczyk w polskiej przeróbce szlagieru grupy Them (pamięta ktoś składankę Machiny Polska Młodzież Śpiewa Zagraniczne Piosenki?). A na imię ma Gloria! Gloria Guida konkretnie. Królowa włoskich komedii erotycznych, filigranowa blondynka o szmaragdowych oczach i kształtnej pupie, którą bardzo chętnie eksponowali twórcy filmów z jej udziałem. Jeszcze jako nastolatka próbowała swych sił na scenie muzycznej i w modelingu. Zdobyła tytuł Miss Teenage Italia i zaraz potem, w wieku 19 lat, zadebiutowała w kinie. W roku 1975 za sprawą komedii La liceale stała się ulubienicą publiczności (film miał cztery kontynuacje, w trzech z nich wystąpiła Guida). Reżyserzy często obsadzali ją w rolach uczennic, dziewiczych bohaterek dopiero odkrywających swą seksualność. Z czasem jej postać urosła do rangi jednego z symboli kina gatunkowego z Italii lat 70. Z branżą pożegnała się w 1989 roku, choć ta emerytura nie była ostateczna, bo do okazjonalnych występów przed kamerą powróciła w nowym stuleciu. Dziś kończy równe 70 lat, z tej okazji składamy jej hołd w formie skromnego podsumowania jej najważniejszych ról. Zapraszamy do lektury!

Caligula


1974 – Monika (reż. Mario Imperoli) – Caligula

Debiut Glorii pod batutą Mario Imperoliego, twórcy kojarzonego głównie z repertuarem poliziottesco (Like Rabid Dogs [1976], Sawed-off Shotgun [1977]). Monika to kino obyczajowe, z mocno uwypuklonymi akcentami erotycznymi. Guida wciela się w tytułową bohaterkę, ciekawą świata — w tym seksu — piętnastolatkę. Dziewczyna spotyka się ze studentem imieniem Leo (Gian Luigi Chirizzi), ale nie jest to udany związek. Chłopak jest niedojrzały i głównie wygłupy mu w głowie. Kiedy figlarz ściąga Monice majtki w trakcie jej imprezy urodzinowej i upokarza ją przy wszystkich gościach, solenizantka podejmuje decyzję o rozstaniu. Hormony jednak buzują i nastolatka wnet ląduje w ramionach przystojnego profesora (Andrés Resino).

Klasyczny schemat coming-of-age nie jest tu jeszcze podlany rubasznym humorem, co będzie stanowić częste połączenie w filmografii gwiazdy. Mamy już jednak sporą dawkę obowiązkowej wręcz w przypadku filmów z Guidą golizny. Rozbiera się przede wszystkim ona sama, a ma drugim planie wspomaga ją znana m.in. z Orgasmo (1969) Umerto Lenziego Colette Descombes. Fabuła nie należy do przesadnie zajmujących, przez większość czasu mamy wrażenie, że opowieść zmierza donikąd, co Imperoli udowadnia ostatecznie w niepotrzebnie zabarwionym tragizmem finale. O czym traktuje historia? O niestałości młodzieńczych uczuć? O tym, że faceci to świnie, które pakują się w każde napotkane majtki? O wszystkim po trochu i zarazem o niczym. Głównie chodzi o pretekst, by pokazać uroczą GG w rosole. Gdy już zdamy sobie sprawę z pretekstowości całego przedsięwzięcia, łatwiej będzie przełknąć wszelkie jego niedociągnięcia i faktycznie cieszyć oczy urodą blondwłosej rusałki.


1974 – The Minor (reż. Silvio Amadio) – Caligula

Gloria Guida jako wychowanka katolickiej szkoły, która po opuszczeniu jej murów zaczyna eksplorować świat zakazanych przyjemności. Podobnie jak w przypadku Moniki otrzymujemy twór niezdyscyplinowany fabularnie, chwiejnym krokiem zmierzający ku defloracji bohaterki. Tutaj tonacja jest jednak znacznie lżejsza, a urozmaicenie stanowią sceny wizji odtwarzanej przez Guidę Valerii.

Za sprawą tych majaków The Minor już od pierwszych scen jawi się jako filmowe dziwadło. Startujemy ze sceną gwałtu dokonanego na dziewczynie przez motocyklistów. Reżyser nie wyjaśnia, czy mamy do czynienia z perwersyjną fantazją nastolatki, czy do czynu doszło naprawdę, jednak w świetle późniejszych wydarzeń należy założyć, że prawdziwy jest pierwszy wariant. Potem wskakują jeszcze elementy nunsploitation (co ciekawe już rok później aktorka wcieliła się w młodą zakonnicę w komedii The Novice), a nawet nieśmiała zapowiedź włoskiego nazisploitation. Zupełnie się to wszystko ze sobą nie klei, w trakcie seansu można odnieść wrażenie, że twórcy próbowali skatalogować seksualne podniety dla widza. Do pewnego stopnia im się to udało, bo w trakcie seansu na nudę nie można narzekać. Sensu w tym jednak za grosz, toteż gdy całe to szaleństwo dobiega końca, odbiorca ma pełne prawo poczuć przesyt i pustkę jednocześnie.


1975 – Blue Jeans (reż. Mario Imperoli) – Caligula

Daniela (Guida) na ulicy znana jest jako „Blue Jeans”. Swą ksywkę zawdzięcza kusym spodniom, które stanowią jej znak rozpoznawczy. Daniela jest młodocianą prostytutką. Podczas jednej ze schadzek dziewczyna zostaje przyłapana przez policję i trafia na komisariat. Gdy wychodzi na jaw, że ma jedynie 17 lat, stróże prawa zobligowani są ściągnąć na miejsce opiekuna prawnego. Daniela wskazuje renowatora zabytków Carla Anselmiego (Paolo Carlini) jako swojego ojca. Carlo nie przyznaje się do posiadania córki, ale nie ma innego wyboru, jak przygarnąć nastolatkę pod swoje skrzydła. Nowa lokatorka, krnąbrna i bezustannie prowokująca, powoduje tarcia pomiędzy Carlo, a jego narzeczoną. Prawdziwy wstęp do tragedii stanowić będzie jednak pojawienie się niemowy Sergia (Gianluigi Chirizzi).

Drugi wspólny film Mario Imperoliego i Glorii. Tym razem mamy już konkretną, opowiedzianą od A do Z, pozbawioną zbędnych epizodów, historię. Znacznie mroczniejszą przy tym, niż miało to miejsce w przypadku Moniki, bo podszytą kazirodczym tabu. Kiedy wszystko już wskazuje na to, że reżyser zaserwuje nam wariację na temat Lolity (1955) Vladimira Nabokova, fabuła wykonuje nagły zwrot, który grzebie zarówno mokre fantazje, jak i szanse na happy end. Działa ów twist niezawodnie głównie dlatego, że wraz z rozwojem wydarzeń zaczynamy sympatyzować z bohaterami. Daniela i jej ojciec/ojczym pakują się w bagno poniekąd na własne życzenie, choć zarazem robią to nieświadomie, z czystej naiwności, w wyniku uczucia, które się między nimi rodzi. To uczucie niewłaściwe, w pewnym sensie grzeszne, a jednak dodające skrzydeł. Przynajmniej na tę krótką chwilę. Po otwarciu puszki Pandory na parę (niedoszłych) kochanków spadnie kara iście biblijnych rozmiarów. Klasyk z dorobku aktorki, dla miłośników włoszczyzny lektura obowiązkowa.


1975 – That Malicious Age (reż. Silvio Amadio) – Justine de Sade

Napoleon (Nino Castelnuovo) jest malarzem mieszkającym z żoną. Po jednej z kłótni postanawia wyprowadzić się z domu i przyjmuje pracę ogrodnika w posiadłości na wyspie. Jego pracodawcami okazują się dość barwne postacie – wiecznie zajęty pisaniem starszy pan (Andrea Aureli), jego młodsza, żądna seksualnych przygód żona (Anita Sanders) i jej śliczna córka Paola (Gloria Guida). Napoleon szybko ulega urokowi tej ostatniej, a obie kobiety wplątują go w swoje perwersyjne gierki.

That Malicious Age w reżyserii Silvio Amadio, odpowiedzialnego między innymi za Amuck! (1972) czy Smile Before Death (1972), to dramat pełen erotycznego napięcia i poczucia nieuniknionego konfliktu. Minimalna obsada, ciekawa fabuła, dobra praca kamery i piękna lokalizacja sprawiają, że film ogląda się nadzwyczaj przyjemnie. Świetny jest już sam opening wprowadzający postać Napoleona, którego widzimy oczami jego żony – kłótliwej, marudnej, niezadowolonej z tego, że mąż “marnuje czas” na sztukę zamiast zarabiać pieniądze. Amadio dość wyraźnie zarysowuje wątek nierówności płci, nierówności klasowych i przewagi kobiet, które z chęcią wykorzystują swój seksapil, by manipulować bohaterami płci męskiej. Zarówno matka jak i córka prowadzą swoje gierki raz uwodząc, raz odpychając Napoleona, a kiedy ten ma w końcu okazję zbliżyć się do Paoli dochodzi do tragedii.

Początkowo film może wprowadzać w lekką konsternację za sprawą pomieszania gatunków – to co zaczyna się niczym komedia, szybko zamienia się w dramat, by zakończyć się akcentem kryminalnym. W moim odczuciu są to jednak przejścia dość zgrabne, nie powodujące zgrzytu i stanowiące raczej atut niż wadę. Amadio bawi się też symboliką w lekki, bezpretensjonalny sposób (imię bohatera i związane z nim konotacje, wyspa Elba, symbolika religijna). Guida wypada tu niezwykle dziewczęco, jest pełna życia, posągowo piękna. Fani urody aktorki z pewnością będą mieli na czym zawiesić oko. Zawsze miło zobaczyć ją w filmach innych niż głupawe komedyjki. W filmie Amadio da się wyczuć lekką inspirację Lolitą, postać Guidy zostaje nawet wprowadzona w dość podobny sposób co postać filmowej Dolores. I, podobnie jak w powieści i filmach na podstawie Nabokova, nad głównym bohaterem od początku ciąży coś w rodzaju fatum. Finał filmu, choć pozbawiony efekciarstwa, będzie dość gorzki, podobnie jak komentarz dotyczący różnic klasowych.


1978 – Perfect Crime (reż. Giuseppe Rosati) – Dr Butcher M.D.

Perfect Crime Giuseppe Rosatiego to jedno z tych późnych gialli, które pokazują, jak bardzo wyczerpała się formuła gatunku pod koniec lat 70. Film spełnia wszystkie obowiązkowe punkty programu: morderstwo, śledztwo, krąg podejrzanych, śladowe tropy, wreszcie finałowy twist… tyle że wszystko to odbywa się tu w rytmie niemal sennym, bez życia, bez nerwu, bez wyobraźni. Schematyczność aż kłuje po oczach.

Scenariusz Rosatiego, zamiast prowadzić widza przez narastające napięcie, odtwarza giallowe kalki z taką beznamiętnością, jakby robił to z obowiązku. Żadnych mocniejszych momentów, żadnych sugestywnych scen śledztwa, tylko rozmowy i przewidywalne przeskoki między wątkami. Zamiast tajemnicy dostajemy serię punktów kontrolnych, które każdy fan gatunku jest w stanie odhaczyć zanim pojawią się na ekranie. Finałowy zwrot? Tak oczywisty, że wyłania się z mgły już po trzydziestu minutach i potem czeka tylko na własną kolej.

Ale jest w tym filmie jeden żywy, prawdziwy element: Gloria Guida. To ona niesie cały obraz na swoich barkach, nawet jeśli scenariusz nie daje jej wiele do zagrania. Kamera Rosatiego obserwuje ją z nabożną uwagą, jakby wiedział, że to właśnie ona jest jedynym powodem, by Perfect Crime w ogóle oglądać. Guida pojawia się jako zjawiskowa figura w martwej przestrzeni: emanuje świeżością, światłem, czymś intensywnym, co zupełnie nie przystaje do ospałego tonu filmu. Jej uroda i naturalna charyzma stają się przeciwieństwem fabularnego marazmu. Każdy jej kadr ożywia opowieść na chwilę, choćby tylko wizualnie.

Niestety, nawet tak silna ekranowa obecność nie jest w stanie uratować filmu, którego podstawowym problemem jest brak emocji. Nawet gdy pojawia się przemoc, nie budzi ona większego napięcia, to tylko mechaniczne odtwarzanie gatunkowych obowiązków. Śledztwo prowadzone przez inspektora Hawksa to pasmo rozmów, które mają wagę wypełniacza. Widz nie czuje zagrożenia ani presji czasu. Czuje tylko czas który płynie tu wyjątkowo wolno.

W rezultacie Perfect Crime staje się jednym z najbardziej anemicznych i przewidywalnych gialli końcówki dekady. Film mija jak coś z obowiązku domkniętego, bez pasji, bez jednego zapadającego w pamięć pomysłu. Gdyby nie Gloria, zjawiskowa, hipnotyzująca, odrywająca się od reszty jak żywy organizm pośród papierowych postaci trudno byłoby znaleźć jakikolwiek powód, by go dziś wyciągać z zapomnienia.


1978 – To Be Twenty (reż. Ferdinando di Leo) – Justine de Sade

Najbardziej kontrowersyjny film Ferdinando di Leo, owiany legendą za sprawą nihilistycznego zakończenia, stał się ofiarą wielu cięć i zmian cenzorskich. Najbardziej ucierpiał na nim finał, który wycięto całkowicie zmieniając wydźwięk dzieła. Tak wykastrowana wersja nie spotkała się jednak z przychylnymi opiniami. Sięgając po To Be Twenty należy mieć na uwadze, że jedyną wartą obejrzenia wersją jest reżyserska.

Lia (Gloria Guida) i Tina (Lilli Carati) to dwie młode dziewczyny, które uciekły z domów i podróżują po Rzymie autostopem. Wkrótce trafiają do komuny z nadzieją na rozpoczęcie życia pełnego wolności, seksu i niezależności. Niestety ich nadzieje zostają szybko rozwiane – założyciel komuny namawia je do zarabiania pieniędzy poprzez prostytucję lub handel encyklopediami, a skłot pada ofiarą najazdu policji.

To Be Twenty pod powierzchnią kolorowej, radosnej komedii o hipisowskich ideałach skrywa gorzką opowieść z feministycznym sznytem. “Jesteśmy młode, gorące i wkurzone!” – takie hasło przyświeca bohaterkom filmu, wyemancypowanym dwudziestolatkom, które używają swoich ciał niczym broni w zmaskulinizowanym świecie. Di Leo stworzył niezwykle silne i ciekawe kobiece charaktery, które nie wstydzą się tego, że lubią seks. Krzewicielki seksualnej wolności szybko zderzają się z rzeczywistością, gdy okazuje się, że mężczyźni wokół nich, nawet ci z ideałami na ustach, są bierni i naćpani lub chcą je wykorzystać. Komuna zamiast stać się domem wolności okazuje się kolejnym rozczarowaniem.

Di Leo w ciekawy sposób odmalowuje zeitgeist czasów – SCUM Manifesto, gniewne hasła, narkotyki, negatywne nastawienie społeczeństwa do ideałów młodzieży. W oczy rzuca się powszechna mizoginia, dziewczyny nieustannie nazywane są dziwkami, ich kuse stroje są komentowane, a policja szuka tylko pretekstu, by rozbić komunę. To Be Twenty to łabędzi śpiew kontrkultury, kino upadku hipisowskich ideałów, koniec pewnej ery. Dość radosny w odbiorze film, pełen scen celebrujących beztroskie życie (scena tańca na ulicy jest tego przepięknym przykładem) nagle zamienia się w brutalny, eksploatacyjny dramat. Niezwykle mocna, nihilistyczna końcówka atakuje znienacka i musiała robić ogromne wrażenie w momencie premiery filmu, gdy oglądali ją niczego nieświadomi widzowie. Dziś jest już popularna do tego stopnia, że ciężko by osoby interesujące się kinem kultowym nie zetknęły się z jej legendą, i choć z pewnością osłabia to jej siłę, nadal robi wrażenie swoją brutalnością. This ain’t the summer of love – śpiewali Blue Öyster Cult, a za nimi Current 93. W rzeczy samej, nie jest.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *