Polski wilkołak w Madrycie (i inne wcielenia Paula Naschy’ego)

Hiszpański Lon Chaney – takim tytułem okrzyknięto Paula Naschy’ego, aktora, który wystąpił w ponad stu filmach, wielokrotnie wcielając się w role klasycznych “potworów” kina grozy – wilkołaka, Draculę, monstrum Frankensteina, upiora opery, mumię czy samego diabła. Choć nie posiadał wybitnego talentu aktorskiego, Naschy wsławił się pracowitością i prawdziwą miłością do horrorów, która zaowocowała pisaniem własnych scenariuszy, a także reżyserią. Swoją twórczością szybko zyskał sobie sympatię fanów na całym świecie. 

Urodzony w 1934 r. jako Jacinto Molina Álvarez, dorastał podczas hiszpańskiej wojny domowej. Ucieczką od koszmarów codzienności okazały się komiksy i filmy. W wywiadach często wspominał, że najbardziej inspirującym wydarzeniem w dzieciństwie był dla niego seans Frankenstein spotyka Człowieka Wilka (1943). W młodości próbował swych sił w projektowaniu okładek albumów, rysowaniu komiksów czy pisaniu pulpowych powieści, lecz sukces przyszedł dopiero w momencie, gdy zajął się podnoszeniem ciężarów (w 1958 r. zdobył mistrzostwo w wadze lekkiej). Dzięki muskularnej sylwetce udało mu się pojawić w kilku filmach, nie został jednak wymieniony w czołówce. 

Przełom przyniósł rok 1968, kiedy to Naschy napisał scenariusz do The Mark of the Wolfman, którym zainteresował hiszpańską wytwórnię Maxper Producciones Cinematograficas. W związku z odmową Lona Chaneya zaproszonego do odegrania głównej roli, gwiazdą filmu został sam Jacinto, który przyjął pseudonim Paul Naschy. Tak rozpoczęła się wieloletnia przygoda Waldemara Daninsky’ego, postaci która powróciła w wielu sequelach i pozwaliła Naschy’emu osiągnąć status aktora kultowego oraz zająć się reżyserią.

W 2009 r. Naschy zmarł na raka trzustki pozostawiając fanów w żałobie. Do tego czasu zdążył jednak wyreżyserować 23 filmy, zagrać w ponad stu i napisać 52 scenariusze. Podczas swojej kariery wielokrotnie współpracował z największymi reżyserami hiszpańskiego kina grozy, takimi jak León Klimovsky, Carlos Aured, Javier Aguirre, José Luis Madrid, Juan Piquer Simón, Francisco Lara Polop czy José Luis Merino. W 2001 r. Ministerstwo Kultury i Sportu Hiszpanii przyznało mu złoty medal za zasługi dla sztuk pięknych (hiszp. Medalla de Oro al Mérito en las Bellas Artes)

Niesamowicie bogata kariera Naschy’ego oraz jego ogromny wkład w rozwój kina grozy sprawiły, że postanowiliśmy przypomnieć tę kultową postać, o której w Polsce mówi się zbyt rzadko. Do naszej ekipy gościnnie dołączył Mariusz Czernic z Panoramy Kina. Usiądźcie wygodnie i pozwólcie nam zabrać się na krótką wycieczkę po najciekawszych pozycjach z filmografii Paula Naschy’ego – polskiego wilkołaka, wampira, detektywa, bandyty, łamacza serc, umięśnionego macho… i prawdziwego miłośnika grozy, który niejednokrotnie dostarczył nam dreszczyku emocji. 

Justine de Sade


1968 – The Mark of the Wolfman (reż. Enrique López Eguiluz) – César

Film od którego „wszystko się zaczęło”: to od obrazu Enrique Lópeza Eguiluza datuje się ścieżka kariery Paula Naschy’ego jako gwiazdy hiszpańskiego kina grozy. Naschy, do tej pory znany głównie jako epizodysta nazwiskiem Jacinto Molina, napisał inspirowany klasycznymi hollywoodzkimi horrorami scenariusz filmu o wilkołaku (fascynacja lykantropią sięgała u Hiszpana czasów, kiedy jako dziecko zobaczył Lona Chaneya, Jr. w wilkołaczym przebraniu w wyprodukowanym przez Universal Pictures Frankenstein spotyka Człowieka Wilka [1943]) i pozyskał finansowanie od wytwórni Maxper Producciones Cinematograficas. Początkowo aktor nie zamierzał wcielać się w główną postać, jednak uległ namowom producentów, gdy okazało się, że w castingu nie udało się znaleźć innego kandydata. Tak oto Jacinto Molina, przemianowany na bardziej „międzynarodowo brzmiącego” Paula Naschy’ego (sugestia w kwestii przybrania pseudonimu wyszła od niemieckiego dystrybutora, który uznał, że typowo hiszpańskie nazwisko nie przyjmie się na obcojęzycznych rynkach), wcielił się w hrabiego Waldemara Daninsky’ego, polskiego arystokratę o reputacji kobieciarza. Daninsky zostaje ukąszony przez wilkołaka, po czym sam nocną porą zaczyna przemieniać w nieobliczalną bestię. Na pomoc wezwany zostaje ekspert w osobie doktora Janosa de Mikhelova (Julian Ugarte) w towarzystwie żony. Para okazuje się być jednak wampirami, które rzucają czar na ukochaną Daninsky’ego Janice (Dyanik Zurakowska) oraz jego przyjaciela Rudolpha (Manuel Manzaneque). W tej sytuacji hrabia będzie musiał wykorzystać swoją przypadłość i przeistoczony w wilka stoczyć bój z krwiopijcami.

Scenariusz Naschy’ego ochoczo wykorzystuje motywy i klisze stworzone na przestrzeni dekad w obrębie gatunku, oferując pierwszy z serii crossoverów z udziałem stworzonej przez aktora figury El Hombre Lobo i galerii monstrów z imaginarium kina grozy. W tym przypadku padło na postać wzorowaną na Drakuli, w kolejnych odsłonach będą to m.in. Yeti, kosmici czy mumia. Warto przy tym odnotować, że na rynek amerykański trafiła przemontowana wersja dzieła Eguiluza, zatytułowana… Frankenstein’s Bloody Terror (jest to zresztą oficjalny anglojęzyczny tytuł filmu, The Mark of the Wolfman to z kolei dosłowne tłumaczenie tytułu hiszpańskiego). Tamtejszy dystrybutor potrzebował filmu o Frankensteinie, aby pokazywać go w ramach double feature i w tym celu dodano do filmu animowany wstęp z kuriozalnym wytłumaczeniem obecności szalonego naukowca w tytule: terroryzujący okolicę wilkołak Imre Wolfstein to tak naprawdę potomek osławionego twórcy monstrum. Niezależnie jednak od perturbacji związanych z rozpowszechnianiem w różnych krajach (Niemcy z kolei postanowili zaakcentować w ichnim tytule wampiryczny wątek fabularny, stąd rzecz rozpowszechniana była jako Die Vampire des Dr. Dracula), wyrosłe z miłości Naschy’ego do horrorów dzieło odniosło umiarkowany sukces zarówno w ojczyźnie, jak i poza nią, co zaowocowało szeregiem kontynuacji (cykl ostatecznie zamknął się na 12 częściach, z czego ostatnia powstała w 2004 roku). Z dzisiejszej perspektywy rzecz jawi się głównie jako urokliwa ramotka, miejscami zanadto teatralna (spośród całej obsady aktorskiej jedynie gwiazdor przedsięwzięcia odtwarza swą postać w przekonujący sposób), czasem niezamierzenie komiczna (przerysowana gra wcielającego się w wampirzego intruza Ugarte ociera się o niezamierzoną parodię Drakuli w interpretacji Beli Lugosiego). Nie można z pewnością odmówić filmowi pięknych, opartych na zabawach z różnym oświetleniem zdjęć, które przywodzą na myśl dokonania Mario Bavy, entuzjastów ekranowej makabry ucieszy z kolei kilka krwawych konfrontacji wilkołaka z jego wrogami, choć wypada jednocześnie zaznaczyć, że pod kątem gore seria dopiero w przyszłości rozwinie w pełni skrzydła. Początki może i dość skromne, niemniej każdy miłośnik grozy w klasycznym wydaniu znać powinien.


1971 – Shadow of the Werewolf (reż. León Klimovsky) – César

Zaczynamy od zmartwychwstania: trup postrzelonego w finale The Fury of the Wolfman (1970) Waldemara Daninsky’ego trafia na stół sekcyjny, gdzie w trakcie wykonywania autopsji para lekarzy usuwa z jego ciała dwie srebrne kule. W ten oto sposób hrabia powraca do żywych, w dodatku w swej najgorszej postaci: jako żądny krwi wilkołak. W tym samym czasie dwójka przyjaciółek przemierza prowincję w poszukiwaniu grobu hrabiny Wandesy Dárvuli de Nadasdy (stylizowana na gotyckie emanacje Barbary Steele Patty Shepard), słynącej z okrucieństwa średniowiecznej arystokratki. Dziewczyny napotykają na swej drodze Waldemara, który oferuje im schronienie w swojej posiadłości. Wkrótce cała trójka będzie zmuszona stawić czoła przebudzonej do życia hrabinie, która jest tak naprawdę potężną wampirzycą…

Shadow of the Werewolf aka The Werewolf vs. The Vampire Woman (w oryginale zatytułowane La Noche de Walpurgis, co oznacza ni mniej, ni więcej noc Walpurgi) to piąta odsłona cyklu o Daninsky’m, częściowo kontynuująca i częściowo ignorująca wątki ze swego poprzednika, która to dowolność traktowania wydarzeń z pozostałych części będzie jednym ze „znaków rozpoznawczych” serii. W tym miejscu warto odnotować, że to właśnie ów obraz, pierwszy owoc późniejszej wieloletniej współpracy Naschy’ego z reżyserem Leonem Klimovsky’m, był odpowiedzialny za wielki boom kina grozy w Hiszpanii lat 70. oraz wywindował Naschy’ego do pozycji gwiazdy. Pod względem fabularnym nie ma tu miejsca na żadne zaskoczenia czy nowinki: Daninsky ponownie jest udręczonym biedakiem, który pragnie zwalczyć wilkołaczą klątwę za pomocą miłości, ponownie też staje w szranki z pozbawionym podobnych rozterek długowiecznym krwiopijcą. Klimovsky dodał jednak do mikstury tony narkotyczne, stosując w wielu miejscach zwolnione tempo, które kreuje atmosferę odrealnienia i niesamowitości (porównywaną później z serią Amando de Ossorio o „ślepej śmierci”, dla której The Werewolf vs. The Vampire Woman stanowiło jedno ze źródeł inspiracji). Jest tu również sowita porcja nieźle wykonanego gore, wliczając w to dekapitację, wyrwanie krtani zębami czy nabicie wampirzycy na metalowy szpic. Wisienkę na torcie stanowi zaś obligatoryjna golizna, bez której B-klasowy horror znaczy tyle, co katecheta bez plam spermy na spodniach. Efektem obraz sztampowy i w wielu momentach zgoła niemądry, ale szalenie przy tym rozrywkowy, a tu i ówdzie również… hipnotyzujący. Idealna pozycja na rozpoczęcie przygody z wilkołakiem Daninsky’m, jak i z filmografią Naschy’ego w ogóle.


1972 – Horror Rises from the Tomb (reż. Carlos Aured) – Justina

Średniowiecze. Czarnoksiężnik Alaric de Marnac (Paul Naschy) oraz jego ukochana, czarownica Mabille de Lancre (Helga Line) zostają skazani na śmierć za czczenie szatana. Nim zostaną zdekapitowani, Alaric rzuci klątwę, która sięgać będzie nawet setki lat do przodu, na ród tych, którzy go skazali. Mijają wieki, a do zamku czarnoksiężnika udaje się grupa przyjaciół na czele z Hugo (Naschy), pochodzącym z rodu de Marnaców. Grupka ma zamiar odnaleźć grób Alarica oraz legendarny skarb ukryty na terenie posiadłości. Wkrótce znajdują skrzynię w której ukryta jest zdekapitowana głowa czarnoksiężnika. Ta okazuje się wciąż żywa i kolejno hipnotyzuje członków poszukiwań zmuszając ich do połączenia jej z ciałem i ożywienia Mabille. 

Choć scenariusz autorstwa Naschy’ego nie wystrzega się dziur logicznych, Horror Rises from the Tomb to rozrywkowa gratka dla wszystkich wielbicieli euro-sleazu. Skrypt powstał w zaledwie 36 dni, a plan filmowy stanowiła posiadłość rodziców Naschy’ego, którzy dobrodusznie wybaczyli mu zniszczenia jakie powstały podczas kręcenia. Fabuła czerpie garściami z klasyki horroru. Alaric oraz jego służące do złudzenia przypominają Draculę i jego wampirzyce – lubują się we krwi (z tą różnicą, że zamiast wysysania jej z ofiar chętniej wyrywają im serca), hipnotyzują, boją się krzyży i umierają od przebicia kołkiem. W jednej ze scen pojawia się zaś ewidentna inspiracja Nocą żywych trupów (1968). Zamordowani bohaterowie wracają do życia w postaci zombie i atakują zamek. 

Jak na euro-sleaze przystało, głównymi zachętami do seansu są krew i cycki. Piękne aktorki ochoczo prezentują swoje wdzięki, z czego najczęściej korzysta oczywiście sam Naschy. Zahipnotyzowane sługusy czarnoksiężnika mordują bohaterów (najczęściej przy pomocy sierpa) w dość obrazowy sposób, by na koniec wyciąć im serca. Krew leje się strumieniami, choć jej soczysta czerwień kojarzy się raczej z farbą czy ketchupem. Gotycki entourage pełen mrocznych korytarzy zamkowych, pajęczyn, pochodni i krypt dopełnia świetna, hipnotyzująca ścieżka dźwiękowa oraz pojawiające się w scenach z Alariciem kolorowe oświetlenie tworzące lekko bavowski klimat. 

Obraz duetu Naschy/Aured obfituje w atrakcje mieszając ze sobą przeróżne elementy kina grozy. Satanizm, zombie, wampiryczne kreatury, okoliczni bandyci, seans spirytystyczny, gadająca głowa wystawiona na ołtarzu, zabójczy medalion i gotycki zamek. Pomieszanie z poplątaniem, które sprawdza się w 100% i nie pozwala widzowi na nudę. Najlepszym podsumowaniem są słowa jednego z bohaterów: “Anything can happen in this madness!”.


1973 – The Hanging Woman (reż. Jose Luis Merino) – Diego

Kobieta Wisielec zaczyna się esencjonalnie gotycko – ceremonia pogrzebowa miejscowego hrabiego na cmentarzu zostaje zakłócona nagłą burzą, żałobnicy opuszczają kryptę, na miejscu pozostaje jedynie grabarz Igor (obłędnie obleśny Paul Naschy), który zamyka bramy. Do środka przedostaje się jednak kobieta, która ma pewne przypuszczenia związane ze śmiercią ojca. Chwilę później bohaterka nie żyje, zaś jej powieszone ciało znajduje siostrzeniec zmarłego, Chekov (Stelvio Rossi), przybyły do miasteczka w celu przyjęcia spadku. Mężczyzna stara się zaalarmować mieszkańców miasteczka, lecz nikt nie kwapi się otworzyć mu drzwi po zmroku. W końcu trafia do posiadłości denata, by na miejscu przeprowadzić własne śledztwo; tam będzie uczestnikiem seansu spirytystycznego, zgłębi tajniki okultyzmu a także pozna pewnego naukowca, profesora Leona Droila (Gerard Tichy), który poświęcił karierę na rzecz znalezienia sposobu ożywienia zwłok.

Oddajmy głos bohaterowi naszego tekstu: „W momencie gdy zadzwonił do mnie Jose Luis Merino miałem już ugruntowaną pozycję w kinie grozy, więc mogłem przebierać w scenariuszach. Ten początkowo nie bardzo mi się spodobał, lecz zaciekawiła mnie szczególnie postać Igora, więc postanowiłem ją przepisać i rozbudować”. Merino przystał na to dictum a Paul, ówcześnie kręcący kilka filmów rocznie, nie mając wiele czasu na przygotowanie się do tej roli, poszedł na żywioł i dzięki temu poznaliśmy obleśnego nekrofiliaka Igora, będącego pomagierem zainteresowanej naukami tajemnymi Nadii (Maria Pia Conte), pięknej wdowy po hrabim. Naschy jest tu zdecydowanie najbardziej wyrazistą postacią, przede wszystkim dzięki świetnemu rzemiosłu jest w stanie uchwycić szaleństwo Igora i jego nieokiełznanie, kolejny raz pokazując swoją wszechstronność i umiejętność wykrzesania możliwie najwięcej ognia nawet z drugoplanowych postaci. Ten klasyczny horror gotycki hiszpańskiego speca od kina gatunkowego to znakomity przykład na to, że do tego by stworzyć odpowiednio klimatyczny i ponury film nie potrzeba dużego budżetu, wystarczy talent i duża doza samozaparcia. Dodajmy do tego odpowiednie miejscówki, niezłą operatorkę Modesta Rizzolo, znakomity, “pogrzebowy” soundtrack Francesco de Masiego i solidną reżyserię a mamy przepis na jeden z lepszych obrazów hiszpańskiej eksploatacji lat 70. Ewidentnie inspirowana kinem Maria Bavy a szczególnie jego Operacją Strach, Kobieta Wisielec jest filmem wciągającym, pełnym ciekawych (choć nie do końca oryginalnych) pomysłów, czerpiącym także wiele z tradycji brytyjskiego kina grozy z wytwórni Hammer (na myśl przychodzi choćby Plaga żywych trupów). Jest w nim też kilka niezamierzonych śmiesznostek, jak tabliczka z nazwą macedońskiego miasta Skopje, które według scenarzystów leży w Szkocji, gdzie dzieje się akcja horroru.


1973 – Count Dracula’s Great Love (reż. Javier Aguirre Fernández) – César

Naschy jako doktor Wendell Marlowe, a w rzeczywistości – kolejna inkarnacja Drakuli. Najsłynniejszy nieżyjący wampir zjawia się w opuszczonym sanatorium gdzieś w Karpatach, gdzie morduje dwóch tragarzy, a następnie wyrusza na poszukiwania swoich nowych służebnic. Nie tylko jednak o biuściaste podwładne chodzi: Drakula poszukuje prawdziwej miłości, a ukojenie znaleźć może jedynie w ramionach dziewicy (znana z Kolekcjonerki [1966] Rohmera Haydée Politoff), wraz z którą będzie w stanie przywrócić do życia swą córkę.

Scenariusz sprawia wrażenie pisanego na kolanie, a w całą „wielką miłość” tego Drakuli nie wierzymy choćby przez moment. Przyczyny takiego stanu rzeczy można upatrywać w fakcie, że pracę na planie utrudniały rozliczne wypadki, które w pewnym momencie doprowadziły do przerwania zdjęć (Naschy i reżyser Javier Aguirre w tym czasie jednak nie próżnowali i zabrali się do kręcenia The Hunchback of the Morgue). Czy w takich warunkach mógł powstać obraz udany? Wątpliwe. Grunt jednak, że powstał film wysoce rozrywkowy. Twórcy nie zapomnieli, że legendarny krwiopijca to także namiętny kochanek i lubieżnik, toteż zadbali o odpowiednią asystę pod postacią roznegliżowanych wampirzyc, które wiją się w niedwuznacznych pozach przez większą część seansu. Znalazło się też miejsce na odrobinę perwersji, czego przykładem choćby scena batożenia wieśniaczki, której rany stają się następnie źródłem pożywienia wzmiankowanych wampirzyc z dekoltami do pępka. Zarówno więc miłośnicy używanej w ilościach hurtowych czerwonej farby, jak i kobiecych wdzięków nie powinni czuć się zawiedzeni. Pod górkę będą mieli za to ci spośród widzów, którzy oczekują logicznie poprowadzonej, wciągającej intrygi, bo tej niestety tutaj brak: to tylko zbiór zlepionych w dowolnych konfiguracjach gatunkowych klisz i chwytów. Sam Naschy też nie wygląda na przekonanego do swojej roli i wyraźnie nie może się zdecydować czy odgrywać amanta czy budzący grozę czarny charakter. Zrzućmy to jednak również na karb przeciwności, z jakimi borykała się ekipa w trakcie zdjęć… Z ciekawostek warto odnotować, że gołe cycki i jucha były na tyle nie w smak cenzorom w wielu krajach, że obraz był notorycznie cenzurowany (ćwoki z BBFC na ten przykład okroiły film o całe 17 minut!) i jedynie cudem przetrwał w oryginalnej formie do dzisiejszych czasów – cyfrowej restauracji podjęło się kilka lat temu Vinegar Syndrome, przywracając widowni Count Dracula’s Great Love w pełnych sleazu glorii i chwale.


1974 – The Devil’s Possessed (reż. León Klimovsky) – Mario

Tytuł, pod jakim film został wydany na VHS w latach 80. – The Devil’s Possessed – sugeruje podobieństwo do fabuły Egzorcysty (1973). Jednak dzieło Leóna Klimovskiego nie ma nic wspólnego z najsłynniejszym filmem o opętaniu. Jest to połączenie legendy o Robin Hoodzie z historią o seryjnym mordercy Gillesie de Rais (1405-1440) z motywami zaczerpniętymi z Tronu we krwi (1957) Akiry Kurosawy, a więc także z Szekspirowskiego Makbeta. Są tu elementy okultyzmu, ale całość trzyma się blisko ziemi, nie zamieniając się w pokaz zjawisk paranormalnych. Oryginalny hiszpański tytuł brzmi El mariscal del infierno (Marszałek piekła) i nawiązuje do postaci francuskiego arystokraty Gillesa de Rais, który 17 lipca 1429, podczas koronacji Karola VII, otrzymał tytuł marszałka (fr. maréchal). Gdy Paul Naschy przeczytał Tam (Là – Bas), powieść autorstwa Jorisa-Karla Huysmansa, w której historia wspomnianego możnowładcy jest punktem wyjścia fabuły, zafascynowała go ta postać na tyle, że postanowił poświęcić jej swój scenariusz. Pod naciskiem cenzury musiał niestety złagodzić tekst, w efekcie czego film przypomina klasyczną w duchu i treści opowieść przygodowo-kostiumową (którą w gruncie rzeczy powieść Huysmansa jest).

Intryga prezentuje się następująco: baron Gilles de Lancré (Paul Naschy) powraca z dworu królewskiego rozczarowany, że odmówiono mu pożyczki mimo jego lojalnej służby wojskowej i zwycięstw w bitwach. Postanawia teraz poświęcić się nauce (jeśli w ogóle alchemię można nazwać nauką). Inspirowany postacią Francesco Prelatiego alchemik Simon de Braqueville (Eduardo Calvo) zostaje sprowadzony do posiadłości barona, by odkrył przed nim tajemnicę Ars Magna, procesu transmutacji kamieni nieszlachetnych w złoto lub srebro. Wielki alchemik i jednocześnie szarlatan twierdzi, że aby osiągnąć ten cel, potrzebna jest krew młodych ludzi, złożonych w ofierze za pomocą starożytnego rytuału. Baron jest początkowo przerażony tym, że w imię nauki musiałby zabijać, ale szybko zmienia nastawienie wskutek „opętania przez diabła”. Diabłem jest jego żona, Georgelle (Norma Sebre), która sączy mu jad do ucha niczym Lady Makbet. Jedyną osobą, która jest w stanie stawić czoło wielkiemu marszałkowi jest jego dawny towarzysz
broni, Gaston de Malebranche (Guillermo Bredeston) wracający do domu po czterech latach angielskiej niewoli. Po drodze trafia na ukrywających się w lesie (niczym banda Robin Hooda) buntowników działających na szkodę lokalnego tyrana, którego ludność nazywa „marszałkiem piekła”.

Jednym z głównych tematów scenariusza Naschy’ego jest poszukiwanie kamienia filozoficznego, motyw bardzo popularny w literaturze i sztuce. Podobnie jak w procesie transmutacji metali, człowiek pod jakimś wpływem jest się w stanie przekształcić, niestety nie zawsze w coś szlachetnego. I choć w filmie można odnaleźć rozważania nad mechanizmami manipulacji i granicami wolnej woli, to jednak w dużym stopniu mamy do czynienia z produkcją rozrywkową pełną przygód, pojedynków, okrucieństwa w stylu Szekspira i ciekawych miejsc o historycznym znaczeniu. Sceny pojedynków szermierczych są kreatywne, a najlepszą zostawiono na finał – w trakcie 2,5 minutowej walki zmienia się sceneria, wysokość i oświetlenie, ruchy bohaterów są dynamiczne, a Naschy lub jego dubler wykonuje kopnięcie z wyskoku i salto w tył. Nie wszystkie sceny akcji są tak udane – manewry użyte podczas bójki w tawernie wyglądają jak zbędna popisówka i wywołują raczej sarkastyczny śmiech. Jacinto Molina Álvarez vel Paul Naschy nie byłby sobą, gdyby nie wprowadził elementów horroru – z najlepszym skutkiem w scenie, w której nikczemny marszałek słyszy przeraźliwy lament swoich ofiar, kobiet i dzieci zamordowanych dla zaspokojenia jego chorych pragnień.


1975 – Death of a Hoodlum (reż. Leon Klimovsky) – Justina

Szósty film na planie którego spotkali się Klimovsky i Naschy (także w roli scenarzysty) to obraz zgoła inny od poprzednich, choć udany tylko połowicznie. Tym razem autorzy postawili na mieszankę kryminału i melodramatu. Po nieudanym napadzie na jubilera, w którym zginęli przypadkowi świadkowie, najbardziej niebezpieczny z gangsterów, Marcos (Naschy), wystawia kolegów i ucieka z łupem. Szukając bezpiecznej kryjówki trafia na rodzinę, która poszukuje pomocy domowej. Nie wyjawiając swojej prawdziwej tożsamości podejmuje pracę w domu byłego atlety, obecnie inwalidy, Ricardo (Heinrich Starhemberg), jego żony Marty (Carmen Sevilla) i nastoletniej córki Eleny (Julia Saly). Podczas gdy temperatura pomiędzy Marcosem, a kobietami będzie rosła, dawni koledzy z gangu wyruszą na poszukiwanie zdrajcy.

Naschy wciela się tu w interesującą postać niesłyszącego gangstera-psychopaty, trarganego traumatycznymi wspomnieniami z dzieciństwa. Z urywkowych flashbacków dowiadujemy się, że matka mężczyzny została zamordowana na jego oczach, a on sam dość często widywał ją w łóżku z kochankiem. Dorosły Marcos cierpi na kompleks Edypa, podskórnie gardzi płcią piękną i co jakiś czas traci kontrolę wpadając w szał i wyładowując się na kobietach. Jedyną świętością w jego życiu jest matka, która codziennie spogląda ze zdjęcia postawionego obok łóżka. Zanim gangster ujawni swoje prawdziwe oblicze, zdobędzie zaufanie samotnej i przepracowanej Marty i uwiedzie ją pod nosem męża – zimnego, wiecznie skarżącego się na swój los i zaniedbującego rodzinę. Wówczas zainteresowanie Marcosa przeniesie się na córkę gospodarzy, a nieszczęśnica padnie ofiarą gwałtu. 

Choć w drugim akcie film gra na nazbyt melodramatycznych nutach, sprawiając wrażenie mdłej opowiastki o nieszczęśliwej, zaniedbanej gospodyni, która znajduje szczęście dopiero u boku obcego przybysza, to z czasem historia wraca na właściwe tory. Tego typu zabiegi to zresztą częsty problem scenariuszy (kolejny przykład to chociażby Blue Eyes of the Broken Doll z 1974 r.) spod pióra Naschy’ego, który z jednej strony nie wydaje się zainteresowany historiami miłosnymi, z drugiej jednak lubi obsadzać siebie w roli macho-łamacza serc, który potrafi oczarować każdą kobietę, a w widzu ma budzić współczucie jako ofiara dziecięcej traumy. Ostatecznie jednak maska normalności opada, w międzyczasie zaś gang wpada na jego trop. Końcówka filmu to już jedna wielka strzelanka, w której trup ściele się gęsto, a nasz antybohater z tajemniczego kochanka ponownie zmienia się w zimnego zabójcę. Tragedia wisi w powietrzu.


1975 – Mummy’s Revenge (reż. Carlos Aured) – César

Wilkołak, Drakula, dzwonnik z Notre Dame, wreszcie – mumia. Paul Naschy w rzeczy samej uczciwie zapracował na miano „hiszpańskiego Lona Chaneya”. Mummy’s Revenge to hołd złożony klasycznym horrorom od Universal Pictures i bodaj najbardziej niedocenianemu monstrum z ich portfolio. Naschy wciela się tutaj w okrutnego faraona Amenhotepa, który za swe zbrodnie (do ulubionych rozrywek władcy należało szlachtowanie bezbronnych kobiet w towarzystwie kochanki) zostaje pogrzebany żywcem. Mijają wieki, sarkofag ze zwłokami tyrana zostaje odkryty przez archeologów i przetransportowany do Londynu. Wkrótce w brytyjskiej stolicy zjawia się jego śladem potomek faraona (również Naschy), który pragnie przywrócić okrytego niesławą przodka do żywych i w ten sposób zyskać nieograniczoną władzę…

Pod względem fabularnym obraz Carlosa Aureda to sztampa jak się patrzy, ale rzecz pochwalić może się przyjemnym klimatem „oldschoolowego” kina grozy oraz porcją solidnego gore. Hiszpańska mumia to kawał skurwiela, który się nie patyczkuje: miażdży gołymi dłońmi czaszki, ciska ludźmi o ściany, a kalekiego staruszka na wózku inwalidzkim wrzuca do płonącego kominka. Ponoć na potrzeby anglojęzycznych rynków przygotowana została w momencie premiery również wersja „nieocenzurowana” z dodaną golizną, jednak nie przetrwała ona do dzisiejszych czasów (toteż w obecnie dostępnej wersji gołych cycków nie uświadczymy). Naschy w podwójnej roli jest bezsprzecznie paskudną kreaturą: zarówno jako nadgniły Amenhotep, jak i jego spadkobierca pozostaje pozbawioną uczuć wyższych gnidą, która nie cofnie się przed niczym na drodze do osiągnięcia (cokolwiek mętnego) celu. Jedyną postacią, która jest w stanie go powstrzymać okazuje się znany ze współpracy z Jessem Franco i ogólnego eurotrashowego wszędobylstwa (m.in. niezapomniana rola fajtłapowatego, nieheteronormatywnego profesora w Pieces [1982]) Jack Taylor jako dociekliwy profesor archeologii. Ekranowe ozdoby stanowią z kolei znana z występów m.in. w Grobowcach ślepej śmierci (1972) i (u boku Naschy’ego w jego wilkołaczym cieleniu) Curse of the Devil (1973) María Silva oraz wyróżniająca się nosem godnym Kleopatry Rina Ottolina jako ukochana zabandażowanego faraona. Zacna to oprawa, nawet jeśli wspomnianej nagości zdecydowano się w tym przypadku poskąpić.


1976 – Inquisition (reż. Paul Naschy) – Diego

Inquisition z 1978 roku to nakręcony na podstawie własnego scenariusza debiut reżyserski Paula Naschy’ego, opowieść o inkwizytorze Bernardzie Fossey (w tej roli nasz bohater), który przemierza Francję w poszukiwaniu czarownic i czcicieli diabła w czasie szalejącej zarazy. Śledczy Bernard to postać zabójczo skuteczna w swojej misji likwidacji wrogów Boga i Kościoła. Traf chce, że w jednej z wiosek na swej drodze spotyka śliczną Catherine (znana z niejednego giallo Daniela Giordano), w której z miejsca się zakochuje, wpadając w zastawioną przez nią pułapkę. Pałająca żądzą zemsty za śmierć męża, o którą oskarża Bernarda, kobieta rzuca na inkwizytora urok. Jest zdesperowana do tego stopnia, iż bierze udział w sabacie, oddając swą duszę samemu diabłu, który ma jej pomóc w zaprowadzeniu Bernarda na stos. 

Naschy w swoim filmie utrwala znany nam obraz okresu działań Świętej Inkwizycji, jako czasu zabobonów, przesądów i wielkiej ignorancji. Tematyka, znana wcześniej choćby z Pogromcy Czarownic Michaela Reevesa, tutaj służy czystej, nieskrępowanej gorsetem cenzury rozrywce, na dodatek uzupełnionej solidnymi efektami gore. Oprócz przekonująco wykonanej charakteryzacji zadżumionych szczególnie mocne wrażenie robi klimatyczna scena sabatu, a także sceny tortur pełne nagości podbitej odpowiednią dawką sleaze’u. Reżyserski debiut przyszedł gdy Naschy był po 40-tce i miał już odpowiednie, nabyte na wielu planach filmowych, doświadczenie, dzięki czemu film jest świetnie zrealizowany od strony warsztatowej. Za kamerą stoi Miguel Fernandez Mila, znany z tak ważnych dzieł europejskiego horroru jak Wszystkie kolory ciemności Sergia Martino, czy Powrót Ślepej Śmierci Armando Ossorio, umiejętnie kreując halucynacyjno – sataniczny klimat całości dzięki specyficznemu oświetleniu i solidnej inscenizacji. 

Sam film pozostawał w czołówce ulubionych dzieł Naschy’ego, który wypowiadał się o nim w szczególny sposób, podkreślając, że jego tworzenie w całości pochłonęło jego uwagę. Do realizacji dzieła reżyser przygotował się bowiem studiując średniowieczne traktaty o czarownicach, udało mu się pożyczyć stroje, elementy scenografii i narzędzia tortur z madryckiego muzeum, skąd także pochodzi obecna w obrazie kopia Malleus Malleficarum. Postać Bernarda Fosseya jest wzorowana na Bernardzie Gui, który wydał ponad 600 wyroków skazujących przeciw domniemanym czarownicom. Grany przez Naschy’ego inkwizytor to człowiek głęboko wierzący w słuszność swej misji, wytrwale tropiący czarownice, zgodnie z głębokim przekonaniem o ich winach. I choć wydaje się, że kobiety w tym obrazie są tłem dla dominujących mężczyzn, napastowane, piętnowane, torturowane, zabijane – to jednak one stoją za ich poczynaniami, knując intrygi, a nawet spiskując z Diabłem, biorą los we własne ręce, mszcząc się za krzywdy czynione im od wieków przez patriarchat. Drugi plan zasiedlają świetnie sportretowane postacie,  na czele których stoi odtrącony przez kobietę donosiciel Renover (obleśny Antonio Iranzo, znany m.in. z doskonałego Cut Throats Nine J. L. R. Marchenta), zaś w jednej ze scen Naschy wdziewając kostium ponurego żniwiarza na wzór Siódmej Pieczęci Bergmana, mruga trupim okiem do widza. Film niestety przepadł w europejskich kinach po premierze, kultową sławę zdobywając dopiero w erze VHS. Obecnie możemy oglądać świetnie odrestaurowaną wersję na nośniku Blu-ray dzięki amerykańskiemu Mondo Macabro.


1979 – The Traveler (reż. Paul Naschy) – Jacinto

Hiszpania, XVI wiek. Gdzieś pośród odludnych łąk i zagajników północnej Kastylii, samotny, dobrze odziany jegomość spożywa przy ognisku nadziane na rapier pieczyste. Wtem z zarośli wyłania się zabiedzony pątnik w opończy i z kosturem. Tamten nie odmawia strudzonemu ciepłego poczęstunku, racząc go opowieścią o swych niedolach. Kiedyś był majętnym arystokratą, lecz odkąd rekin hazardu pochłonął całą jego fortunę, pędzi żywot bezdomnego łazęgi. Pielgrzym odpłaca własną historią. Był żołnierzem, ale wygnano go z armii, gdy wskutek odniesionych ran dawną sprawność utracił. Widocznie coś w przeszywającym nieludzko spojrzeniu pielgrzyma musiało sprawić, że ,,gospodarz” nie daje wiary jego słowom. Zaczyna lżyć go od kłamców, co momentalnie przypłaci głową. A może sam wcześniej łgał jak najęty, a swoje szaty i broń komuś zrabował i teraz swój rozpoznał swego? Tego się nie dowiemy, ale mógł to wiedzieć pielgrzym. Bo Diabeł wie o tobie wszystko, potwierdzi to każdy egzorcysta. Scena ta tworzy klamrę z finałem, gdzie role się odwrócą; wtedy piekielny pielgrzym przygarnie do ogniska młodego i bezbronnego wędrowca, uraczy go swą (prawdziwą) historią i…. da się zwieść pozorom jak dziecko, płacąc za błąd najwyższą cenę.

Nasz Diabeł (Paul Naschy) na użytek ziemskiej wędrówki przyjmuje imię Leonardo i rezygnuje ze swoich przyrodzonych mocy. No, prawie. Raz uzdrowi umierające dziecko ale tylko na jedną noc (obiecując, że całkiem). Po to tylko, by posiąść matkę, która targana później wyrzutami sumienia skończy z pętlą na szyi. Leonardo szybko znajduje towarzysza i ucznia w młodym, niewinnym Tomasie (David Rocha), idealnym materiale do deprawacji podczas licznych przygód, naznaczonych brutalnym wykorzystywaniem wszystkich napotkanych istot ludzkich, niemal bez wyjątku równie zdeprawowanych jak sam Leonardo.

Naschy wychodząc od tradycyjnie hiszpańskiego gatunku opowieści pikarejskiej (łotrzykowskiej) stworzył okrutny i konwulsyjnie zabawny, grindhouse’owy moralitet, skąpany w odmętach rui, sleazu i saligii. W pełni autorskie dzieło (także scenariusz) zostało znakomicie obsadzone, wyreżyserowane i zagrane. Zwłaszcza w poprowadzeniu aktorów widać reżyserski postęp, jeśli wspomnieć emocjonalnie płaską grę Naschy’ego i jego partnerki w demaskatorskim momencie prawdy w finale debiutanckiej Inkwizycji (1976). Pod warstwą czarnej  komedii, dostajemy historię o wiele bardziej bluźnierczą, niż się na pozór wydaje. Leonardo to postfiguracja Chrystusa, uczłowieczony subtelny byt, zstępujący na padół aby nauczać i przede wszystkim praktykować. O ile jednak Chrystus swoim działaniem siał zamęt  i niepokój moralny domagając się zmian, tak Leonardo wprost przeciwnie, wszystkie jego czyny to nieustanna konfirmacja prawdziwej ludzkiej natury, śliniącej się pod listkiem figowym umowy społecznej, jaką stanowi prawo i religia. Tylko seks, władza, złoto i epikurejskie zatracenie nadają sens ludzkiej egzystencji, a szalbierstwo i przemoc od zawsze były najskuteczniejszym środkiem do osiągnięcia wspomnianych celów. Gdy Tomas wyznaje pryncypałowi wiarę w lepszą przyszłość, Leonardo rozwiewa wszelkie złudzenia zsyłając mu we śnie wizję ,,rzeczy, które nadejdą” w postaci montażu dokumentalnych zdjęć m. in.  obozów zagłady, piekła frontu wschodniego i grzybów atomowych! Ale wcześniej da chłopakowi parę lekcji tego co w życiu najważniejsze, skutecznego uwodzenia kobiet.

Typowy bohater Paula Naschy’ego to zwyczajowo kochliwy ladies man, ale tu señor Molina przeszedł samego siebie, żadna nie jest w stanie mu się oprzeć (Diabeł w końcu). Kaleka, acz dorodna żona poczciwego wieśniaka, który dał naszym bohaterom schronienie i wikt, zostaje pod nieobecność męża bezczelnie zbałamucona. Kobieta wstydzi się przypadłości, jaką jest niekończąca się blizna na udzie, która wygląda jak oglądana z lotu ptaka. struna grzbietowa zdechłego walenia. Leonardo długo pieści pocałunkami tego walenia, rozgrzewając ją tym do nieprzytomności. Następnie wieśniaczka dopiero co zaliczywszy seks życia, pod groźbą poderżnięcia gardła zmuszona zostaje do oddania Diabłu wszystkich oszczędności męża, jako zapłaty za usługę. Na pożegnanie Leonardo naznacza ją piętnem jawnogrzesznicy (,,zawsze cechuję swoją trzodę!”) ; i nie będzie to dyskretna lilia na ramieniu, a chamski, odwrócony krzyż , wyorany dwoma cięciami noża na pupsku. Scen soft seksu jet tu bez liku (ależ chytrze Leonardo zalicza atrakcyjną przeoryszę w klasztorze), wszystkie wspaniale kadrowane i oświetlane przez mistrza Alejandro Ulloę (Perversion Story [1969], Vamos a Matar Companeros [1970]), z wyraźną inspiracją płótnami barokowych tenebrystów, Jusepe de  Ribeiry i Georgesa de la Toura. Z innych uderzających inspiracji przychodzi do głowy Mechaniczna Pomarańcza , też mamy tu zbiorową obłapkę sfilmowaną na szybkim przesuwie taśmy i amoralnego, przemocowego protagonistę który w drugiej połowie doświadcza cierpień, jakie sam zadawał w pierwszej. Bo skoro wszystko co miłe kiedyś się kończy, tak i nasz  Leonardo musi przegrać. Ludzka podłość przebije diabelską. Idąc za skojarzeniem z losami Zbawiciela, zostanie zdradzony i wydany na męki przez swego ucznia i przyjaciela ( wprawdzie wcześniej  sprzedał go za wór dukatów  bogatemu, staremu sodomicie, ale to szczegół). Piece de resistance całej opowieści, to zmasakrowany Diabeł konający na krzyżu między dwoma kamiennymi Chrystusami, którzy robią tu za nowotestamentowych łotrów! Sceny tej nie było w skrypcie, Naschy podczas castingu miejscówek natrafił na zrujnowaną drogę krzyżową na wzgórzu, 60 km od Madrytu. Na szczycie, pośród resztek murów, stały trzy posągi ukrzyżowanych i tam tez postanowił umieścić swego bohatera. Naschy w wywiadzie określił swój film jako najważniejszy w karierze, będący summą jego poglądów na temat rodzaju ludzkiego : ,,Pokazuję tu jak jest, jak było i jak będzie. Ludzkość nigdy się nie zmieni. Optymistyczne w tym wszystkim jest to, że życie ludzkie jest krótkie. Strach pomyśleć, gdybyśmy żyli wiecznie”. The Traveller to przy okazji sardoniczny finał diabelskiej fali w kinie grozy lat 70.


1980 – Human Beasts (reż. Paul Naschy) – Diego

Bruno Rivera to najemnik, wynajęty przez japońską gangsterkę do napadu na transport przewożący diamenty. Po udanym skoku, Bruno pozostawia na pastwę losu swoją ciężarną narzeczoną Mieko (Eiko Nagashima) i oszukuje jej ojca, a swojego zleceniodawcę i ucieka z łupem do Europy. Ścigany przez żądną zemsty kobietę, zostaje postrzelony w górzystych rejonach Hiszpanii i ranny trafia do posiadłości zajmującego się hodowlą świń lekarza Simona (Lautaro Murua), którą zamieszkuje wraz ze swoimi córkami. Kobiety zajmują się Brunem, odkrywając z czasem jego sekret. Na domiar złego, na miejscu grasuje tajemniczy morderca w czarnych rękawiczkach, uśmiercający swe ofiary w krwawy sposób, następnie pozbywający się ciał przy pomocy głodnych świń (można zaryzykować stwierdzenie, że sugestywne sceny „chlewikowe” w Hannibalu Ridley Scott podpatrzył u Moliny). Zaskakujący finał zmienia całościowy wydźwięk historii, dodając jej pikantnego smaku – w rezydencji odbywa się wystawna uczta, na którą zaproszeni goście przychodzą w przebraniach; Bruno zaczyna orientować się, że sytuacja zaczyna wymykać mu się spod jakiejkolwiek kontroli i próbuje wydostać się z posiadłości. Nie wie jednak, że uczta to tak naprawdę przystawka do dania głównego…

Human Beasts to kolejny z filmów, które Naschy wyreżyserował i w którym zagrał główną rolę, stanowiący tym razem część umowy z japońskimi producentami, jaką na początku lat 80. podpisał, zmuszony do szukania inwestorów na zagranicznych rynkach po klapie Night of the Werewolf (oprócz opisywanego filmu, Hiszpan zrealizował z Azjatami także The Beast and the Magic Sword). Tym razem zmieszał w jednej opowieści kino kryminalne, sceny zbrodni wzięte prosto z giallo i krwawy horror, oparty na oryginalnym pomyśle zakorzenionym w motywach wziętych z voodoo. Film jest jednak nierówny i opiera się na nie najlepszym scenariuszu, pełnym luk i niespodziewanych rozwiązań fabularnych, z wplecionymi na siłę retrospekcjami ukazującymi życie Bruna, a z drugiej strony jest ciekawie wykonany od strony formalnej – sceny ataków świń wyglądają znakomicie, podobnie jak ucharakteryzowane a’la giallo zabójstwa dokonywane przez tajemniczego mordercę. Finałowa uczta w której udział biorą bohaterowie przebrani za przeróżne postacie, to coś na kształt campowej wersji Wielkiego Żarcia, ale i wkład Naschy’ego w nurt nazisploitation, na wzór Ostatniej Krucjaty czy innego Overlorda (przynajmniej tak mówią domorosłe znawczynie). Tak czy siak, na początek przygody z panem Moliną niekoniecznie, ale też nie szrot, ot solidny średniak. 


1992 – The Night of the Executioner (reż. Paul Naschy) – Justina

Doktor Hugo Arranz (Paul Naschy) obchodzi 50. urodziny. Imprezę w towarzystwie żony i córki przerywa wtargnięcie intruzów. Gang zwyroli brutalnie gwałci i morduje obie kobiety, Arranzowi odcina zaś język i zostawia na wykrwawienie. Mężczyzna cudem przeżywa, ale jego życie kręci się już wyłącznie wokół zemsty. Straumatyzowany niemowa odzyskuje siły i sięga po broń, by pomścić rodzinę.

Hiszpański rip-off Życzenia śmierci (1974) w reżyserii Naschy’ego jest wszystkim tym, czym eksploatacyjne zżynki być powinny, czyli wariacją na temat oryginału w wersji mocniejszej, brutalniejszej i szybszej. Już od pierwszych scen mamy do czynienia z obrazowym gwałtem grupowym (który przyprawił by o zawał zwolenników/czki wykreślenia całej sekcji “rape” z rape’n’revenge), duszeniem, odcinaniem języka, kastracją czy morderstwem za pomocą “złotego strzału”. Ulicami rządzą gangi i narkotyki, a wymiar sprawiedliwości nie nadąża z wyłapywaniem bandziorów.  Obskurne zaułki, zakazane gęby i wszechobecna przemoc tworzą idealne tło dla ponurej historii wendetty. Gang, nad którym stoi tajemniczy, zamaskowany Cobra (wielbiciel BDSM i astmatyk używający inhalatora, który wydaje się powodować zmianę głosu i rozszczepienie jego osobowości, niczym u Dennisa Hoppera w Blue Velvet [1986]), to zbieranina wyjątkowo odrażających sadystów w skórzanych kurtkach, którzy wydają się stać ponad prawem. Sojuszniczkami Hugo okazują się prostytutki, które same padły ofiarą przemocy, przeszkodę może zaś stanowić miejscowy komisarz, który wpada na trop mściciela. Sam Naschy, choć wypowiadający zaledwie kilka zdań na początku filmu, w przekonujący sposób odgrywa rolę zimnego Anioła Zemsty o nienawistnym spojrzeniu, przypominając, że człowiek, który nie ma już nic do stracenia to człowiek niebezpieczny. 

W filmie aż roi się od nawiązań do kina i osób z nim związanych. Postacie rozmawiają o Ojcu chrzestnym (1972), cytują Woody’ego Allena, a na ścianach wiszą plakaty reklamujące klasykę kina akcji. Wielu bohaterów nosi imiona zaczerpnięte z kultowych tytułów z Sylvestrem Stallone, takie jak Cobra, Rambo czy Rocky. Milczący Naschy kojarzy się z Thaną z Kalibra 45 (1981), a w jednej ze scen para zwyroli ogląda w telewizji film z Bronsonem. Przelotnie pojawiają się nawet modelki stylizowane na Lucię z Nocnego portiera (1974) czy Sally z Kabaretu (1972). Warto też wspomnieć o ścieżce dźwiękowej – otwierającej i zamykającej film chwytliwej melodii niczym z najlepszego euro crime oraz VII symfonii Beethovena stanowiącej motyw muzyczny naszego mściciela, gdy ten trenuje i wychodzi na miasto, by wymierzać sprawiedliwość.
Poza porządną dawką przemocy i nihilizmu obraz Naschy’ego przemyca też drobny komentarz społeczno-polityczny dotyczący zarówno niewydolności systemu jak i kompromitacji liberalnych idei. Postacie drugoplanowe odbywają dyskusje dotyczące kary i resocjalizacji. Twardemu stanowisku postulującemu surowe sankcje przeciwstawia się przyjaciółka Arranza, prawniczka Gloria. Kobieta wierzy w drugą szansę i możliwość przystosowania do życia w społeczeństwie, lecz w chwili, gdy sama pada ofiarą gwałtu, zmuszona jest zrewidować swoje poglądy (motyw nasuwający skojarzenia z hiszpańskim Hunting Ground [1983]). Posępność wizji świata i ludzkiej natury aż wylewa się z ekranu.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *