Francophilia: A Virgin Among the Living Dead (1973) / The Erotic Rites of Frankenstein (1973)
Niewinna dziewczyna w krainie zmarłych i diaboliczny plan Howarda Vernona – w 16. odsłonie cyklu Francophilia biorę na tapet dwa filmy grozy Jesúsa Franco z pierwszej połowy lat 70. Pierwszy z nich nakręcony został śmiertelnie serio i reprezentuje tę bardziej oniryczną, surrealną stronę twórczości hiszpańskiego reżysera. Drugi to już nieskrępowana swawola, pełna pokręconych pomysłów, z galerią komiksowych postaci, którym przewodzi siermężne Monstrum doktora Frankensteina. Po takim double feature usatysfakcjonowane będą zarówno pretensjonalne arthouse’owe bubki, jak i bezrefleksyjni pulpiarze, którym w głowach tylko akcja, seks i przemoc.
A Virgin Among the Living Dead (1973)

Nastrojowy snuj, jeden z najbardziej znanych filmów w dorobku Jesúsa, bardzo chętnie przemontowywany i „poprawiany” przez dystrybutorów na różnych rynkach. Christina (Christine von Blanc, której krótkotrwała kariera aktorska obejmuje występy w The Bell from Hell [1973] i w innym projekcie Franco, seksploatacyjnym mockumentary Jungfrauen-Report [1972]) przybywa do rodzinnej posiadłości na odczytanie testamentu swego zmarłego ojca (Paul Muller). Domownicy to zgraja oryginałów hołdujących specyficznym upodobaniom. Przedłużający się pobyt na włościach z dnia na dzień staje się coraz dziwniejszy. W końcu Christina nabiera przekonania, że mieszkańcy willi są tak naprawdę martwi.
Jess ukończył zdjęcia w 1971 roku, większość z nich zrealizowano w Portugalii. Pierwotny tytuł obrazu brzmiał La nuit des étoiles filantes (dosł. Noc spadających gwiazd). Produkcja na premierę czekała aż do 1973, po czym zabrali się za nią dystrybutorzy z różnych rynków. We Francji rozpowszechniano ją jako Christina princesse de l’érotisme. W tej wersji dodane zostały sceny seksu, których nie było w pierwotnym materiale. W 1981 dziełu Franco nowy żywot dała słynna firma Eurociné, która zamówiła dokrętki u Jeana Rollina. Francuski mistrz nastrojowej grozy twierdził później, że oryginalnego filmu nawet nie widział, po prostu naprędce sfilmował dodatkowe sceny z udziałem statystów przebranych za zombie. W tych fragmentach anonimowa aktorka z twarzą zasłoniętą welonem włosów wciela się w główną bohaterkę.




Wersja z materiałem Rollina jest tą najbardziej znaną wśród fanów, przy czym wspomniane dodatkowe sceny wyraźnie odróżniają się od reszty obrazu stylem i klimatem: czuć w nich rękę twórcy Fascination (1979), wydają się pochodzić z zupełnie „innej bajki”. Wersję reżyserską Franco przywrócono dopiero po latach. To — jak wspomniałem na wstępie — po Jezusowsku „medytacyjne”, powolne w narracji kino pozbawione fajerwerków i wielkich zwrotów akcji, doprawione ścieżką dźwiękową od Brunona Nicolaia. Największy „szok” zostawia Hiszpan (który pojawia się również w drugoplanowej roli niemego zarządcy pałacu) na koniec, ale umówmy się: ten poetycko melancholijny finisz to czysty Franco i podobnej konkluzji każdy przytomny widz spodziewał się od samego początku.
The Erotic Rites of Frankenstein (1973)

Jezus z właściwą sobie mieszanką inwencji i impertynencji przetwarza opowieść Mary Shelley. Doktor Frankenstein (Dennis Price) powołuje do życia swoje Monstrum (Fernando Bilbao), po to tylko by paść ofiarą wysłanników demonicznego Cagliostro (Howard Vernon). Twórca traci życie, a jego kreacja zostaje użyta jako bezwolny sługa nowego pana.
The Erotic Rites of Frankenstein to fantazja o bezwstydnie komiksowej naturze. Cagliostro, czarny charakter obdarzony nazwiskiem słynnego hochsztaplera i okultysty, jest tu uosobieniem niszczycielskiej siły, która od wieków gnębi ludzkość. Co ciekawe, plany mrocznego demiurga są zaskakująco małostkowe: Monstrum Frankensteina ma porywać dla niego piękne dziewczęta, które następnie będą torturowane i traktowane jako seksualne zabawki. Z drugiej strony: jak już od stuleci jest się kompletnym wcieleniem zła, to czego można jeszcze więcej chcieć od życia, jak nie kilku dorodnych dziewic? Sam pozszywany z ludzkich zwłok potwór to po prostu aktor pomalowany srebrną farbą, z niezdarnie przyklejoną do twarzy odpustową maską.




Prawdziwe crème de la crème wizji Jessa stanowi jednak Melisa (Anne Libert), niewidoma, wampiryczna kobieta-ptak, wierna służąca Cagliostro. Melisa przez cały film biega w samej pelerynie, goła pod spodem, z przyczepionymi do dłoni sztucznymi piórami i wydaje z siebie mrożące krew w żyłach pohukiwania napalonej sowy. Galerię postaci uzupełniają sam reżyser w małej roli garbatego Morpho, Lina Romay w swym aktorskim debiucie (!!!) jako niezbyt istotna dla całej fabuły cyganka Esmeralda oraz Beatriz Savón jako córka doktora Frankensteina, jedyna osoba zdolna powstrzymać wcielonego diabła o wyłupiastych oczach Howarda Vernona.
Nie będę oszukiwał: Franco dostarcza tutaj masę Z-klasowej frajdy rodem z najbardziej bezwstydnych powieści science-fiction, drukowanych na najtańszym papierze, pełnych absurdalnych pomysłów. Hiszpan puszcza wodze wyobraźni, wykorzystuje tandetne rekwizyty pokroju maszynerii przypominającej przerośnięty theremin, który dr Frankenstein wykorzystuje do ożywiania zmarłych. Są obowiązkowe wtręty sadomaso (Monstrum biczujące zapamiętale parę nieszczęśników) i narkotyczna atmosfera tkana z kadrów fotografowanych szerokokątnym obiektywem. Frankistowski Frankenstein zdecydowanie dobrze nadaje się do objaśniania laikom co tak naprawdę stanowi o wyjątkowości tego twórcy.

Pornograf i esteta. Ma gdzieś konwenanse. Do jego ulubionych twórców należą David Lynch, Stanley Kubrick, Gaspar Noé oraz Veit Harlan. Przyszedł ze śmiertelnego zimna, dlatego zawsze mu gorąco.





