Blue Monday: Naked Came the Stranger (1975)
Świat schodzi na psy. To nie ulega wątpliwości. Co gorsza, schodzi na psy już od bardzo dawna, bo każde kolejne pokolenie narzeka na upadek kultury i obyczajów. Prawdopodobnie dlatego tak popularna jest obecnie wśród celebrytów rasa chihuahua — zeszliśmy już bowiem do najmniejszych psów. Potem świat schodzić będzie na szczury i chomiki i trzeba będzie modyfikować popularne powiedzenie. Do rzeczy jednak: w 1969 roku do wniosku, że „kiedyś to były czasy, a teraz już nie ma czasów” doszedł dziennikarz z Long Island Mike McGrady. Po przestudiowaniu list bestsellerów odkrył on mianowicie, że owszem, rynek czytelniczy ma się dobrze, książek wychodzi co roku masa, ludzie chętnie je czytają, ale większość z tego to szmiry, romansidła w których wszystko sprowadza się do bara-bara. Czyli kolorowo nie jest, bo ludzie to wprawdzie już nie analfabeci, ale wciąż debile.
McGrady miał jednak poczucie humoru. Postanowił zakpić z oczytanego społeczeństwa i skrzyknął ekipę złożoną z 24 kolegów i koleżanek, by wspólnie napisali najgorętszą powieść sezonu. Zatytułowali ją Naked Came the Stranger i podpisali pseudonimem Penelope Ashe. Publikacja odniosła sukces, rozchodziła się jak gorące bułeczki, po czym autorzy pojawili się w talk-show The David Frost Show i publicznie oświadczyli, że to ściema, że żadnej Penelope nie ma, że chcieli tylko zagrać na nosach kurom domowym zachłyśniętym powieściami posuwisto-zwrotnymi. Kontrowersyjna pozycja zaczęła sprzedawać się jeszcze lepiej.
W połowie lat 70. na pomysł przeniesienia książki na ekran wpadł Radley Metzger, autor wysublimowanej erotyki. Metzger, na tym etapie już do pasa umoczony w hard porno, a zarazem znany z inspiracji klasyką sprośnej literatury, sięgnął po parodię wulgarnych powieścideł, najwyraźniej świadom faktu, że żart McGrady’ego zyska dzięki jego twórczej inicjatywie piramidalny wydźwięk.






Podobnie jak pierwowzór, film przedstawia losy małżeństwa radiowców, którzy prowadzą codzienny program śniadaniowy The Billy & Gilly Show. Pewnego dnia Gilly (Darby Lloyd Rains, Abduction of an American Playgirl [1975]) odkrywa, że jej mąż (Levi Richards) ma romans z ich asystentką (Mary Stuart, The Passions of Carol [1975]). Zamiast wszczynać awanturę, kobieta postanawia się odegrać i rusza na miasto wykonać przegląd generalny rozporków…
Metzger perypetie seksualne w ramach eskapady Gilly ubiera w ton komediowy, zabierając widza, a to na bal maskowy (w którego trakcie bohaterka z entuzjazmem próbuje obciągnąć kelnerowi, lecz ten pozostaje wyraźnie obojętny na jej awanse), a to na przejażdżkę piętrowym autobusem. Reżyser sięga po środki wyrazu zaczerpnięte z kina niemego, bawi się formą i stylem. Nieobce mu jest satyryczne zacięcie, gdy wyśmiewa napuszonych krytyków filmowych, ideę śniadaniowego show czy wreszcie samo porn chic w scenie wywiadu z gwiazdą porno (seksowna Helen Madigan z The Fireworks Woman [1975] Wesa Cravena i roughie Winter Heat [1976]).
Inteligentne porno, nakręcone z humorem, pełne wywracających konwencję do góry nogami pomysłów. Kiedyś to było porno, a teraz to nie ma porno. Świat tymczasem dalej schodzi na psy, choć w tym upadku zdaje się brakować mu symetrii. Rynek czytelniczy bowiem wciąż ma się dobrze, ludzie wciąż czytają chętnie. Najchętniej romansidła o książętach na białych koniach, wiozących złote góry i obietnicę solidnego rżnięcia. Chujowo zatem, ale mimo wszystko stabilnie.

Pornograf i esteta. Ma gdzieś konwenanse. Do jego ulubionych twórców należą David Lynch, Stanley Kubrick, Gaspar Noé oraz Veit Harlan. Przyszedł ze śmiertelnego zimna, dlatego zawsze mu gorąco.





