Francophilia: Succubus (1968) / Venus in Furs (1969)
Kobieta czy upiór? Spisek utkany przez ludzi czy dzieło samego diabła? Kobieta powracająca zza grobu, by zemścić się na swych oprawcach. I miłość przekraczająca granice obsesji. W kolejnym odcinku Francophilii prezentuję dwa surrealne majstersztyki Jessa Franco z końca lat 60., tytuły często uznawane przez entuzjastów twórczości Hiszpana za jedne z najlepszych w całej jego karierze.
Succubus (1968)

Pierwszy film nakręcony przez Franco poza Hiszpanią. Zmęczony bezustannymi ingerencjami frankistowskiej cenzury w swoje dzieła (ponoć każda linijka tekstu w krótkim scenariuszu do Succubusa została przekreślona przez przedstawiciela organu cenzorskiego), Jesús postanowił szukać źródeł finansowania poza ojczyzną, co zaprowadziło go do Niemiec Zachodnich. Tam poznał austriackiego aktora i producenta Adriana Hovena, który wyraził zainteresowanie przeniesieniem na ekran historii napisanej przez Hiszpana.
Necronomicon – Geträumte Sünden, szerzej znany pod anglojęzycznym tytułem Succubus to historia Lorny (Janine Reynaud), performerki z lizbońskiego klubu nocnego, która co wieczór odgrywa przed widownią makabryczny, unurzany w sztucznej krwi spektakl. Kobieta zaczyna cierpieć na wyjątkowo realistyczne koszmary, w których dokonuje okrutnych zbrodni. Gdy okazuje się, że ofiary z jej snów umarły w świecie rzeczywistym, Lorna traci grunt pod nogami i przestaje odróżniać prawdę od urojeń.




Oniryczny horror suto podlany seksem i golizną. Film miał swoją premierę na festiwalu w Berlinie, gdzie przez publikę został odebrany z zaciekawieniem. Krytycy mieli mieszane odczucia, z reguły wskazując na seksploatacyjną naturę projektu. Roger Ebert nie zostawił na filmie suchej nitki, pisząc że „nawet główna aktorka jest brzydka”. Wśród francofili rzecz z biegiem czasu urosła do rangi wysmakowanego wizualnie, niejednoznacznego arcydzieła odwołującego się wprost do logiki i poetyki marzeń sennych.
Co oznacza to w praktyce? Rytm jest tu — jak przystało na Jessa — niespieszny. Zawierające nawiązania do znanych postaci świata kultury dialogi (patrz: scena flirtu z Howardem Vernonem) ocierają się o pretensjonalność, a cała fabuła niewiele ma wspólnego z sensem. Co dla jednych będzie przeszkodą nie do obejścia, a dla innych atutem. Tutaj nawet użyty w tytule Necronomicon nie ma żadnego punktu zaczepienia w samej opowieści — ot, nazwa bluźnierczej księgi przypadła do gustu Franco, toteż postanowił wykorzystać ją jako wabik na widza. Dorzućmy do tego młodego Jacka Taylora w roli kochanką niefortunnej striptizerki i Berlin Zachodni jako tło (części) akcji i mamy Jessa w — zdaniem wielu — szczytowej formie. Sam reżyser uznał Succubusa za pierwsze dokonanie, z którego był w pełni zadowolony.
Venus in Furs (1969)

Jimmy Logan (idol amerykańskiej młodzieży James Darren, znany m.in. z serii beach party comedies o Gidget [1959-1963]) to udręczony, pogrążony w melancholii jazzman, który na plaży w Stambule znajduje zwłoki młodej kobiety. Nieboszczka imieniem Wanda (Maria Rohm) staje się dla muzyka źródłem obsesji, z biegiem czasu Jimmy zaczyna ją widzieć żywą na jawie, nawiązuje z nią nawet romans. W trakcie tej dziwnej znajomości chłopak odkrywa, że Wanda powróciła do świata śmiertelników z konkretnym celem: pomszczenia swojej okrutnej śmierci.
Wbrew amerykańskiemu tytułowi (obraz w Europie znany był nie jako Wenus w futrze, a Paroxismus), rzecz nie ma nic wspólnego z głośną książką Leopolda von Sacher-Masocha. Owszem, główny bohater cierpi katusze, ale mają one wymiar głównie metafizyczny i nie ma w nich masochistycznej podniety. Ekranowy Jimmy czuje się rozdarty pomiędzy oblubienicą z zaświatów, a całkiem namacalną ukochaną odtwarzaną przez wokalistkę Barbara McNair, która w trakcie filmu wyśpiewuje frazę o „uśmiechniętej Wenus” do muzyki Manfred Manna.




Fabuła, z początku mocno enigmatyczna, z czasem zaczyna odsłaniać bebechy kina zemsty, której filigranowa Maria Rohm dokonuje na Dennisie Price’u, Margaret Lee oraz Klausie Kinskim. Kinski robi tu za Turka, a tym samym otrzymujemy niepowtarzalną okazję, by podziwiać aktora w twarzowym turbanie. Motywy zbrodni morderczego tria są mgliste, podobnie jak nieodgadniona jest natura relacji jazzowego trębacza i odzianej w futro seksownej topielicy. Klasyczna intryga nie interesuje Jesúsa, ważna jest leniwa atmosfera zawieszenia pomiędzy światem żywych i umarłych oraz improwizowana struktura, przywodząca na myśl jazz właśnie. Tutaj wendeta wbrew słowom z powracającej w formie lejtmotywu pieśni nie przynosi radości, ukojenia czy satysfakcji. Jest czynem, którego trzeba dokonać, aby sprawiedliwości stało się zadość. Jimmy Logan jest zaś bezwolnym pomagierem, stąpającym po cienkiej linie z szaleństwa, pod którą rozciąga się bezdenna otchłań.

Pornograf i esteta. Ma gdzieś konwenanse. Do jego ulubionych twórców należą David Lynch, Stanley Kubrick, Gaspar Noé oraz Veit Harlan. Przyszedł ze śmiertelnego zimna, dlatego zawsze mu gorąco.





