Blue Monday: Pussy Talk (1975)

Ktoś musiał rzucić czar na waginę Joëlle (Pénélope Lamour), albowiem pewnego dnia zaczęła ona mówić ludzkim głosem. A gada o samych świństwach i sprośnościach, paple jak najęta, klnie jak szewc i nic sobie z bulwersacji otoczenia nie robi! Panie, same rzeczy od których uszy więdną, a lica pąsowieją. Niecodzienna przypadłość dostarcza zgryzoty Joëlle i jej mężowi (Jean-Loup Philippe), powodując tarcia niepotrzebne i związku kryzys.

Pierwszy wielki hit francuskiego kina dla dorosłych: Pussy Talk (tytuł oryginalny: Le sexe qui parle, czyli dosłownie „gadająca płeć”) zrobiło furorę nie tylko w ojczyźnie, ale i w Stanach. Obraz rozpowszechniany był ponadto w dwóch wersjach: soft i hard, co pozwoliło twórcom i dystrybutorom dotrzeć do szerszej grupy odbiorców, w tym ludzi, którzy twardą pornografię traktowali z niechęcią, ale nie pogardziliby zrealizowaną ze smakiem komedią erotyczną o feministycznym zabarwieniu.

Cipka bohaterki wyraża bowiem wprost, bez ogródek i donośnym głosem potrzeby, których wyartykułować nie jest w stanie jej właścicielka, skuta konwenansami burżuazyjnego społeczeństwa, zamknięta w bezpiecznym świecie norm i akceptowalnych zachowań, do których nie zalicza się folgowanie na każdym kroku popędowi seksualnemu. Claude Mulot niesie więc sztandar rewolucji seksualnej, tworząc niejako odwrotną względem przebojowego Głębokiego gardła (1972) narrację: tam wyzwoleniem dla kobiety miało być odkrycie łechtaczki w gardle, w praktyce oznaczające legitymizowanie rozkoszy seksu oralnego, których beneficjentami byli de facto mężczyźni. Gadająca wagina domaga się rozkoszy dla siebie i swojej zahukanej „pani”.

Oczywiście w praktyce motyw obdarzonej własną wolą waginy oznacza dogodny pretekst dla rubasznych żartów i scen seksu w różnych konfiguracjach, a zatem w pierwszej kolejności i tak służy rozpalaniu męskiej wyobraźni. Wygadana, krnąbrna kuciapka lubi porządne rżnięcie, a do tego jest zdecydowanie niedyskretna i sprzedaje sekrety zakłopotanej Joëlle. W tym miejscu warto zaznaczyć, że film dzieli się na dwie połowy, z których pierwsza skupia się na ogrywaniu humorystycznego potencjału „medycznego przypadku”, a w drugiej otrzymujemy rodzaj pamiętnika pozbawionej hamulców norki.

I obie strony medalu prezentują się na równi interesująco. Gdy cipa plotkara zdradza wstydliwe fakty z przeszłości nieszczęsnej Joëlle, scenariusz przeistacza się w zwięzły katalog pornograficznych evergreenów: uwiedzenie księdza, nauczyciel z wielkim kutasem. Jest nawet wątek molestowania seksualnego przez przybranego rodzica, który znajduje tragiczny finał. Przez chwilę scenariusz zdaje się sugerować, że to stłumiona seksualność odpowiedzialna jest za aberrację pod postacią „monologów waginy”, jednak z czasem Mulot wyciąga z kapelusza wątek epidemiologiczny, zostawiając zarazem furtkę dla kontynuacji (która powstała dwa lata później).

50 lat po premierze Pussy Talk pozostaje najbardziej rozpoznawalnym reprezentantem francuskiego porn chic. Abstrahując jednak od jego kultowego statusu „pioniera”, jest to po prostu diabelnie dobry film pornograficzny: dowcipny, pomysłowy (sekwencja marzeń głównej bohaterki w aucie), stylowy, perfekcyjnie obsadzony (ikona żabiego XXX Sylvia Bourdon w roli wszetecznej ciotki, Béatrice Harnois jako młoda Joëlle [Candice Candy, 1976], znany z Ust we krwi [1975] Jean-Loup Philippe, debiutantka Pénélope Lamour, dla której był to jedyny występ na dużym ekranie) i seksowny jak majtki z dziurką na kształtnej pupie. Dla przedwcześnie zmarłego Mulota był to właściwy (piszę „właściwy”, bo rok wcześniej zaliczył już falstart pod postacią Les charnelles, które jednak furory wielkiej nie zrobiło) początek krótkiej, acz niezwykle barwnej przygody z kinem dla dorosłych, której symboliczne zwieńczenie stanowił majstersztyk gatunku La femme-objet (1981).

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *