Blue Monday: Prisoner of Paradise (1980)

John Holmes jako amerykański żołnierz, który zostawia swą azjatycką narzeczoną (debiut Mai Lin) w porcie i wypływa walczyć na Pacyfiku. Rozstanie kochanków okazuje się ostateczne: dziewczyna niedługo później ginie w bombardowaniu. Z kolei statek, którym płynie młody wojak zostaje storpedowany przez wroga. Grany przez Holmesa Joe jako jedyny przeżywa katastrofę i trafia na małą wyspę. Początkowo marynarz sądzi, że jest ona bezludna, ale już wkrótce odkrywa, że stanowi ona bazę dla samotnego oddziału wysłanników III Rzeszy.

Skąd naziści na Pacyfiku? I dlaczego jest ich tylko troje, z czego dwójka to wyuzdane nimfomanki? Oficer Hans (Elmo Lavino) utrzymuje, że trafił tu na rozkaz samego Führera, ale jego wersja wydarzeń kompletnie się kupy nie trzyma. Zwłaszcza w kontekście działalności tria, które całe dnie spędza na torturowaniu dwóch atrakcyjnych amerykańskich pielęgniarek. Tortury to zresztą nie do końca adekwatne określenie: Hans to impotent o wrażliwej duszy podglądacza, który czerpie przyjemność z oglądania lesbijskich zapasów swych podkomendnych i więźniarek. Kiedy na miejscu zjawia się szlachetny Joe o psim spojrzeniu Holmesa, zdegenerowani hitlerowcy włączają go w zakres swoich igraszek. A czynią to z ogromnym entuzjazmem, odkrywszy tajną broń Jankesa: jego gigantycznego węża w gaciach.

Tym samym, łącząc erotykę i nazistowską symbolikę, Prisoner of Paradise (aka Nazi Love Island) wpisuje się w nurt nazisploitation. Chata (bo o profesjonalnej placówce nie sposób tu mówić) Niemców przyozdobiona jest flagami ze swastyką i portretami Adolfa Hitlera. I pośród takiej oto scenografii dochodzi do rozlicznych zbliżeń. Przyboczne Hansa noszą imiona Ilsa oraz Greta, co stanowi czytelne nawiązanie do dwóch bliźniaczych bohaterek nurtu. Ilsa to platynowa blondynka o ciosanych jakby w kamieniu rysach legendy przemysłu XXX Seki, Greta ma nieco cieplejszą powierzchowność figlarnej Sue Carol. Hans z kolei to sprośny grubasek, który wiecznie słucha Wagnera i wzdycha za ojczyzną. Pomaga im zaś urocza Jade Wong, małomówna Japonka, która nieoczekiwanie zakocha się w hojnie obdarzonym przez naturę jeńcu.

Wszelkie sentymenty idą jednak każdorazowo w odstawkę, gdy na horyzoncie zjawia się nabrzmiały srom — wówczas rumiany Hans nabiera wigoru, a umierającego z tęsknoty na zmarłą ukochaną Joe’go opuszczają skrupuły. Panie zaś przemieniają się w najprawdziwsze machiny seksu, o szeroko i gościnnie rozchylonych udach, chciwie chłepczące łechtaczki niczym złakniony kropli wody biedaczyna na pustyni. Prisoner of Paradise jest bowiem dziełem duetu Gail Palmer (The Erotic Adventures of Candy [1978]) i Bob Chinn (seria o przygodach Johnny’ego Wadda), a tym samym w odróżnieniu od większości pozycji gatunku nazi exploitation idzie śmiało w rejony twardej pornografii.

Historia zna wprawdzie przypadki, gdy swastyka napotykała na swej drodze erotykę w wersji hardcore, ale Prisoner of Paradise stoi o jakąś półkę wyżej od pozycji pokroju Hitler’s Harlot (1973), Bordel SS (1978) czy Stalag 69 (1982). Przede wszystkim widać tu ambicje, by stworzyć pełnowartościową historię, a nie jedynie chwiejny szkielet dla scen seksu. Marynarz Holmesa to po trosze bohater romantyczny, po trosze… postać rodem z kina akcji, pornograficzny protoplasta Johna Rambo ratujący z niewoli rodaczki. A że do ich oswobodzenia używa głównie swego przyrodzenia — cóż, taki urok kina dla dorosłych. I, pomimo że rzecz budżet miała skromny, to twórcy starają się kamuflować ów fakt na rozmaite sposoby, a to wklejając w opowieść zdjęcia stockowe, a to stosując efektowną pirotechnikę w finale. Swoje robi też miejsce akcji: rajska wyspa, której sielski krajobraz niejako tłumaczy porzucenie przez Germanów morderczych popędów na rzecz służby chuci.

Efekt starań twórców jest nader wdzięczny. Treściwy i zwięzły, a przy tym pełen wigoru. Sekwencje amorów mają dobre tempo, bez zbędnego zamulania, ze żwawym montażem. Jest w tym obecny — i nie piszę tego z przekąsem — epicki rozmach, którego tak brakowało u Chinna w jego przygodach detektywa Wadda. No i ten cudnie podnoszący na duchu, bigamiczny happy end, stanowiący niejako radosną wariację na temat losów Hirō Onody…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *