Blue Monday: The Fireworks Woman (1975)

Zapewne nie każdy fan horroru wie, że osławiony shocker Ostatni dom po lewej (1972) w pierwotnym założeniu swych twórców miał być jeszcze bardziej brutalny i nieprzyjemny, niż obraz który trafił na ekrany kin, wywołał ogólny wstrząs i został zakazany na długie lata m.in. w Wielkiej Brytanii. Pośród wielu innych pomysłów Wes Craven i producent Sean S. Cunningham rozważali nakręcenie swego bulwersującego dzieła jako filmu pornograficznego. Ostatecznie idea została porzucona, co wyszło tytułowi tylko na dobre, bowiem gdyby panowie wcielili karkołomną koncepcję w życie, ich twór zapewne podzieliłby los wielu roughie z epoki i popadł w zapomnienie. Tutaj dochodzimy jednak do związków Cravena z podziemiem porno i kolejnego jego projektu, o którego istnieniu słyszeli już faktycznie tylko nieliczni entuzjaści kina grozy.

The Fireworks Woman horrorem zresztą nie jest, choć opowieść wyposażona została w pewne elementy gatunku. To klasyczne porno, z rozlicznymi scenami penetracji, zbliżeniami na genitalia i porywami serca rodem z harlequina. W warstwie fabularnej mamy do czynienia z tandetnym romansidłem o zakazanej miłości. Craven zadbał przy tym o warstwę transgresywną, z pary skazanych cierpienie kochanków czyniąc rodzeństwo. Angela (Jennifer Jordan, Invasion of the Love Drones [1977]) i Peter (Eric Edwards, Butterflies [1975]) od dzieciństwa wiedzieli, że łączy ich coś więcej, niż więzy krwi. Uczucie zostało ostatecznie skonsumowane w momencie, gdy wkroczyli w dorosłość, lecz zaraz potem Peter powiedział „dość” i wstąpił do seminarium, by w sutannie oddawać się od tej pory pokucie i służbie Bogu. Angela nie jest w stanie pogodzić się z jego decyzją i powodowana rozpaczą rzuca się w wir seksualnych przygód.

Scenariusz z jednej strony dźwiga brzemię literatury dla gospodyń domowych, z drugiej bulwersuje ryzykowną tematyką i poszczególnymi scenami. Jest przy tym strasznie niechlujny: z melodramatu rzecz szybko przemienia się w ciąg scen, których sens nierzadko pozostaje tajemnicą. Craven wprowadza do opowieści wątek diabelskiego kuszenia bohaterki, za którego sprawą dziewczyna przeistacza się w najprawdziwszy magnes na napalonych przedstawicieli płci obojga. Rodzi to kuriozalne sytuacje, jak choćby kompletnie niepotrzebna scena gwałtu, którą reżyser wprowadził chyba jedynie po to, by powetować sobie utratę oryginalnej koncepcji wcześniejszego hitu.

Niedbalstwo scenariopisarskie można rzec jasna wytłumaczyć w prosty sposób: The Fireworks Woman to była robota za „szybką kasę”, chałtura zrealizowana w oczekiwaniu na bardziej ambitne przedsięwzięcia. Trudno jednakże oprzeć się zarazem wrażeniu, że Craven podczas realizacji bawił się nader dobrze, bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że sam wystąpił w swym filmie, czego później raczej nie miał w zwyczaju czynić? Jakby tego było mało, zachował dla siebie efektowną rólkę samego Diabła, tajemniczego jegomościa w cylindrze, który pomaga Angeli w osiągnięciu upragnionego celu i wyposaża ją w nadnaturalną siłę perswazji oraz moc przyciągania.

Fabularne bzdury obrażają inteligencję widza, ale w końcu mamy w pierwszej kolejności do czynienia z pornosem, a więc wypadałoby oceniać wartość produktu przede wszystkim na podstawie „momentów”. Te również są dość nierówne. Obok lirycznej, ładnie sfilmowanej sceny kazirodczego seksu mamy kilka zapchajdziur, m.in. scenę trójkąta i podwójnej (nomen omen) palcówki z udziałem Helen Madigan (Naked Came the Stranger [1975]). Nieźle prezentuje się finałowa orgia, w której na drugi plan załapał się Jamie Gillis. Jest też moment ekstatycznej masturbacji Angeli, odpowiednio szaleńczy, dobrze wpisujący się w wątek „opętania” dziewczyny.

Epizody bywają zatem nie najgorsze, całościowo mamy jednak do czynienia z pozycją chaotyczną, stanowiącą zbiór luźnych patentów, które posklejane zostały bez natchnienia, na słowo honoru. I zanim ktoś zakpi, że to przecież tylko ordynarny „ślizgacz”, pragnę zauważyć, że sięgając po podobne lejtmotywy i efekty szoku (lub podniecenia) zawodowi twórcy pornografii pokroju Shauna Costello i Zebedy’ego Colta (tu dla porównania polecam choćby Farmer’s Daughters [1976] czy The Devil Inside Her [1977]), nie opierdalali się i dostarczali kino odważne i przełomowe dla gatunku. „Mistrz horroru” łapiąc się za bary z trzema iksami, wysmażył ledwie przeciętniaka.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *