Ewangelia według Cartera.

Wracam po jakiejś dekadzie do Dopaść Cartera. Jak zwykle znajduję w tym seansie dużo przyjemności i odkrywam coś nowego. Podczas pierwszej projekcji w HD wypatrzyłem, że w jednej z pierwszych scen, w której postać grana przez Caine’a jedzie pociągiem z Londynu do Newcastle, aktor czyta Żegnaj, laleczko Raymonda Chandlera. To kierowałoby nas bezpośrednio na noir i czyniło z Cartera hardboiled’owego detektywa. Zapewne to dobra interpretacja, ale ja wolę myśleć o głównym bohaterze zgoła inaczej.

Obraz traktujący o powrocie zimnokrwistego zabójcy do rodzinnej miejscowości, na pogrzeb brata, jest absolutnym majstersztykiem. Powiedzieć, że kamera lubi Michela Caine’a to jak nic nie powiedzieć. Jako człowiek wychowany w kulcie reżyserów długo szukałem w filmografii Mike’a Hodgesa innych wybitnych dzieł, oglądałem wszystkie jego rzeczy, na które trafiłem, ale bez skutku. To nie jest zły reżyser, to jest jednak jedyne arcydzieło w dorobku tego gościa i strzelam, że jakość tego filmu to nie jego zasługa. Owszem, Hodges dobrze dobrał muzykę i ustawił w kadrze bohatera, wybrał dobrego operatora, ale nie okłamujmy się: ten tytuł to tylko i wyłącznie Caine. Gość jest bogiem celuloidu i chyba najlepiej widać to właśnie w tym obrazie. Realizacja jest oszczędna, ale to wystarczyło do stworzenia dzieła wybitnego. Reżyser po prostu wiedział, gdzie dać mniej, a gdzie dać więcej. Kiedy włączyć kamerę i kiedy wyłączyć, tyle. Milcząca, poprowadzona bez fajerwerków rola mszczącego się gangstera zapewni głównemu aktorowi nieśmiertelność, bo już od kilku dekad jest ikoniczna.

Film ten jest oczywiście kolejną próbą przeszczepienia na europejską ziemię amerykańskich gatunków, w tym przypadku noir. Próbą niezwykle udaną. Obraz przywodzi przy tym mocno na myśl Melville’a, jest mniej amerykański niż można by się spodziewać i znakomicie ogrywa motyw milczącego zabójcy. Aktor radzi sobie tak przekonująco, że sam diabeł bałby się Cartera. Oczywiście ten jest też przy okazji postacią tragiczną. Jest w tym filmie bowiem również coś do bólu brytyjskiego (czyżby szekspirowskiego?), co sprawia, że do dziś rozmawiamy właśnie akurat o Dopaść Cartera a nie o setkach innych filmów o zemście. Więzy rodzinne łączące bohatera ze zmarłym bratem niby nic nie znaczą, bo (jak sugeruje reżyser) najwyraźniej nie mieli oni ze sobą dobrego kontaktu, ale Carterowi wydają się jednak świętością, dla której jest gotowy poświęcić – umówmy się, że nie robię spoilerów – nie tylko pozycję w półświatku. W zimnym z pozoru bohaterze coś pęka i wnet zaczyna szukać powodów mogących zmotywować kogoś do wykończenia jego brata. Widzowi pozostaje kibicować mu w tym rajdzie przemocy, jaki dotyka prowincjonalną Anglię niczym szarańcza. Jest coś bowiem w Carterze z boskiego, starotestamentowego gniewu i wszyscy oglądający wiedzą, że jego intencje są słuszne i trzeba mu przyklaskiwać.

Można się oczywiście długo zastanawiać, czy w swoim „oko za oko, ząb za ząb” Carter jest postacią biblijną czy komiksową. Przypatrzmy się jednak innym aspektom dzieła Hodgesa. Zwracając uwagę na plastykę filmu, warto zauważyć, że operator Wolfgang Suschitzky był w swoim życiu głównie dokumentalistą, co odcisnęło się znacznie na warstwie wizualnej Dopaść Cartera. W tej narracji o jeźdźcu imieniem śmierć, który zawitał do prowincjonalnej Anglii, jest bardzo widoczna duża dawka naturalizmu i publicystyki na poziomie fotograficznym. To bowiem Newcastle: prowincja, małe puby i ich bywalcy stanowią niejako kontrast dla postaci Cartera będącej faktycznie jakoś nie na miejscu. Mówiąc wprost, Caine jest w tym filmie aktorem-bóstwem, który wszedł między śmiertelników. To zderzenie świata, jaki przeciętni Anglicy znali z TV, ze światem brudnej, małej Anglii. Prowincja w obiektywie Suschitzky’ego nie jest bowiem czystym i schludnym miejscem. Owszem, potrafi wyglądać ładnie (na przykład ostatnie sceny nadmorskie), ale nawet ten urok wyciągnięty jest z przemysłowego turpizmu. Oczywiście na poziomie fabularnym nie o to chodzi w Dopaść Cartera, warstwa plastyczna oferuje nam jednak swoją historię, która toczy się osobnym torem i na tej płaszczyźnie jest to zdecydowanie opowieść o przemysłowym Newcastle. To pocztówka z prowincjonalnej Wielkiej Brytanii lat 70.

Wbrew temu, co można by myśleć, wybitnych brytyjskich filmów gangsterskich sprzed 90 roku nie ma w gruncie rzeczy dużo. Jeśli skupimy się tylko na przełomie lat 70. i 80., to stwierdzimy, że z tych dobrych jest tylko Długi Wielki Piątek z Bobem Hoskinsem, Złoczyńca z Richardem Burtonem i właśnie perła w koronie brytyjskiej gangsterki, czyli Dopaść Cartera z Cainem. Swego czasu obraz ten zresztą został wybrany najlepszym brytyjskim filmem wszech czasów. Nie wiem, czy dzieło Hodges’a potrzebuje dziś jakiejkolwiek reklamy, ale ja miałem potrzebę o nim napisać i dlatego to dziś czytacie. Amen.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *