Hellhound on My Trail, czyli z Diabłem za pan brat

A kiedy dzień nadchodzi,
Idziemy na jagody,
A nasze czarne serca,
Biją nam radośnie
Bumtararabum

Halloween. Dawniej, przed nadejściem ciemnych wieków chrześcijaństwa i na długo przed macdonaldyzacją globu, w wielu kulturach ważne święto, noc kiedy to, zgodnie z wierzeniami, zacierała się granica między światami żywych i umarłych, a zarazem symboliczny moment zakończenia czasu żniw i powitania zimy. To także czas sprzyjający diabelskim konszachtom, bo nie tylko dobre duchy czają się po drugiej stronie, równie często czycha tam najprawdziwsze zło, którego okiełznanie jest zadaniem ponad ludzkie siły. Z tej okazji – w zgodzie z tradycją rozpoczętą jeszcze na stronie The Blog That Screamed, która stanowi jeden z kamieni węgielnych Savage Sinema – proponujemy zbiór pięciu filmów, w których Książę Ciemności i jego świta grają pierwsze skrzypce. Zapraszamy do lektury… pod warunkiem, że nie boicie się o swoje nieśmiertelne dusze!


1972 – Something Evil (reż. Steven Spielberg) – Mariusz Czernic

Niektóre miejsca są złe. Możesz je kupić, ale nie zawsze możesz je posiadać.

Po ogromnym sukcesie telewizyjnego thrillera Pojedynek na szosie (Duel, 1971), zrealizowanego na potrzeby serii „ABC Movie of the Week”, Steven Spielberg wciąż jeszcze doskonalił swój warsztat pracując dla telewizji. Przed kinowym debiutem nakręcił jeszcze dwa filmy dla małego ekranu: Something Evil (1972; CBS) i Savage (1973; NBC). Wydają się one jednak krokiem wstecz w porównaniu do znakomitego Pojedynku na szosie. Być może jednak były mu potrzebne takie porażki, aby czekający na niego sukces smakował lepiej, bo i świadczyłby o tym, że potrafi uczyć się na błędach. Something Evil wygląda jak tańsza i gorsza wersja Ducha (Poltergeist), nakręconego 10 lat później. Przypomnijmy, że Spielberg był producentem i scenarzystą Ducha, a początkowo także reżyserem do czasu aż zajął się realizacją E.T. (kontrakt wymagał od niego nieangażowania się w inne projekty w charakterze reżysera, dlatego powierzył tę funkcję Tobe’owi Hooperowi). Największym zaskoczeniem dla współczesnego odbiorcy może być fakt, że autorem scenariusza Something Evil jest zupełnie niekojarzony z takim kinem Robert Clouse. Ten sam, który rok później zrewolucjonizuje kino akcji filmem Wejście smoka.

Fabuła omawianej produkcji wygląda pozornie jak klasyczna opowieść o nawiedzonym domu. Rodzina z dwójką dzieci przeprowadza się z miasta do małej wiejskiej posiadłości, która ukrywa w swoich murach zło pochodzące z innego świata. Postać grana przez Ralpha Bellamy’ego, który zagrał też w Dziecku Rosemary (1968), jest tu specjalistą od okultyzmu przestrzegającym nowych lokatorów, że dom znajduje się „pod opieką” Diabła. To on także wypowiada zdanie, które można traktować jak puentę filmu: „Są rzeczy potężniejsze od pentagramów, na przykład miłość”. Banalne, ale typowe dla Spielberga, dla którego zawsze liczyły się wartości rodzinne i bardzo często kierował taki przekaz do widzów.

Główna bohaterka czyta fragment okultystycznej księgi: „Diabeł materializuje się jako czarny kot lub ropucha i oczekuje pocałunków od swoich poddanych”. Zgodnie z tymi słowami scena, w której 12-letni chłopak próbuje schwytać ropuchę jest tą, gdzie diabelskie siły próbują ingerować w życie rodziny. W finale to właśnie ten dzieciak padnie ofiarą opętania. Something Evil to dla reżysera ćwiczenie stylistyczne zaliczone na trójkę z plusem – Spielberg starał się wykorzystać każdą okazję, by pobawić się filmowymi środkami wyrazu: dźwiękiem, montażem, oświetleniem, symboliką koloru czerwonego. Film w dużym stopniu opiera się na aktorstwie Sandy Dennis (Oscar za drugoplanową rolę w dramacie Kto się boi Virginii Woolf?). W obsadzie są także: Darren McGavin (The Night Stalker), Jeff Corey (Dziki Bill Hickok w Małym Wielkim Człowieku) i dziecięcy gwiazdor telewizji, wówczas 12-letni, Johnny Whitaker (serial Family Affair).


1973 – Black Magic Rites (reż. Renato Polselli) – Doctor Butcher a.k.a. Pawełek Kuternóżka

Renato Polselli w Black Magic Rites stworzył jedne z najbardziej szalonych, delirycznych i surrealistycznych scen europejskiego horroru lat 70. Już  na dzień dobry w prologu dostajemy scenę krwawej erotycznej orgii ku czci Isabel, demonicznej postaci, której wyznawcy, odziani w czerwone szaty, wyrywają dziewicom serca i piją ich krew; wszystko to ma służyć przyjściu Księcia Ciemności oraz jego wiernej służebnicy, przebitej kołkiem i spalonej na stosie w średniowieczu. Scenerią jest zamek Jacka Nelsona (Mickey Hargitay), do którego przyjeżdża wraz z przyjaciółmi jego siostrzenica Laureen, by celebrować swe zamążpójście. Dość szybko okazuje się, że jej życie jest w śmiertelnym niebezpieczeństwie, gdyż to ją Isabel wybrała na swoje nowe wcielenie (Rita Calderoni w podwójnej roli).

Powiedzmy sobie od razu szczerze – film Polselliego nie ma żadnego sensu, to czystej wody eksploatacja. Fabuła i dialogi od samego początku pokazują, że liczyć się tutaj będzie przede wszystkim inscenizacja, szalone pomysły operatorsko – montażowe i nieograniczona wyobraźnia reżysera. Pośród elementów delirycznego seansu wymienić możemy: wszechobecną goliznę, sceny mieszające śmierć z erotyką, sataniczne motywy związane z nadejściem Diabła, najbardziej drewniane aktorstwo, jakie możecie sobie wyobrazić, z  obowiązkowymi, częstymi zbliżeniami na oczy bohaterów, ścieżkę dźwiękową, która co i rusz miesza wszystkie możliwe gatunki muzyczne (zupełnie niesamowity konglomerat muzyki klasycznej, awangardy, easy listeningu, jazzowych poszukiwań, a nawet rockowej dynamiki autorstwa Gianfranco Reverbieriego). Uwarzona w kotle z tych składników potrawa jest połączeniem zniekształcającego rzeczywistość kolorowymi filtrami kina Maria Bavy, eksperymentów spod znaku kina Kennetha Angera i erotycznego wyuzdania znanego z filmów Jeana Rollina.

A co z Diabłem? Satanizm w filmie Polselliego, mimo swych średniowiecznych źródeł, zdaje się czerpać raczej z wizji La Veya, stawiając na teatralność obrzędu i wyzwoloną erotykę. Cierpienie zrównuje się z erotyczna rozkoszą, psychodeliczne efekty dodają całości vibe’u charakterystycznego dla kinematografii lat 70., zaś finał równa wampiryzm z satanizmem, równolegle ukazując średniowieczny i współczesny obrządek. Kultyści czczą Wiedźmę, Wiedźma czci Diabła a Polselli czci sleaze, stawiając na żywiołową, wręcz dziką energię niejednokrotnie improwizowanych scen, zupełnie olewając fabułę, dodając atrakcyjne wówczas w kinie sataniczne wątki. Z tego też powodu, film został zweryfikowany przez włoską komisję, która domagała się dużej ilości cięć scen równających przemoc z erotyką; reżyser nie miał nic do gadania i przystał na to dictum. Po pewnym czasie owa komisja zebrała się jeszcze raz, ustalając, iż Black Magic Rites przynależy do gatunku horroru, przez co powinien zostać dopuszczony do kin z adnotacją „tylko dla dorosłych”. Polselli, którego każdy film miał ogromne problemy z cenzurą, poświęcił temu tematowi swój następny film, Quando l’amore e’ oscenita, będący ostatecznym rozrachunkiem z systemem cenzorskim i jego miejscem w historii sztuki (ostatecznie trafił do kin dopiero w 1979, przemontowany pod skróconym tytułem jako Oscenita). Sił na kolejne walki już mu nie starczyło i z początkiem lat 80. usunął się w cień.


1974 – Beyond the Door (reż. Oliver Hellman / Ovidio G. Assonitis; R. Barrett / Roberto Piazzoli) – Simply

Jessica Barrett (Juliet Mills) żona producenta muzycznego z San Francisco, Roberta (Gabriele Lavia), oznajmia mężowi radosną nowinę: spodziewa się trzeciego potomka. Nie przyjdzie im się jednak cieszyć tym faktem zbyt długo. Niewytłumaczalne komplikacje związane z rozwojem embriona, postępująca psychofizyczna metamorfoza samej ciężarnej i seria ataków poltergeista w pokoju dziecinnym dowiodą aż nadto, że stadło Barrettów padło ofiarą interwencji diabelskiej, jak się wkrótce okaże, siły. Włoski producent Ovidio G. Assonitis czytał Egzorcystę Blatty’ego w samolocie lecąc z Hong Kongu do Tajpeju podczas szalejącej wichury monsunowej, co niewątpliwie podkręciło moc wrażeń do oporu. Zachwycony lekturą szybko zainteresował się zakupem praw do ekranizacji, niestety ludzie z Warner Brothers byli szybsi. Zatrudniwszy więc siedmiu (nie licząc siebie) scenarzystów, Assonitis postanowił powołać do życia własną historię o opętanym płodzie, debiutując przy okazji w roli reżysera.

Wyszedł mu absolutnie kuriozalny amalgamat trashu i artystowskiego udziwniania. Nie brak tu motywów bez żenady podprowadzonych Friedkinowi i Blatty’emu – Jessica lewituje po mieszkaniu, obraca głowę o 180 stopni a przekształciwszy się w spoconą, pokrytą strupami maszkarę, womituje zieloną breją na prawo i lewo. To ostatnie skontrowane zostaje dowcipną antycypacją – jej kilkuletni synek Ken (pamiętny z Szoku Bavy David Colin jr.) przejawia wcześniej nietypowy pociąg do skondensowanej, ,,warholowskiej” grochówy Campbell’s, którą pochłania na surowo z puszki przez rurkę (!). Poza tym zgodnie tradycją amerykańskiego mainstreamu satanicznego, dzieci (te niepoczęte też) są tu doskonałym przewodnikiem diabelskiego prądu, a ich sypialnia staje się w pewnym momencie domowym epicentrum aktywności demonicznych mocy. Ze sceny z ożywającymi nocą zabawkami Spielberg narżnął do swojego Poltergeista (1982) ile wlazło. Oryginalnym pomysłem jest absolutny brak chrześcijańskiej przeciwwagi dla szatańskiej inkarnacji. Nie dość na tym – świat przedstawiony zdaje się być doszczętnie spenetrowany przez piekielną konspirę, co w całej rozciągłości dociera do nas w scenach finałowych, choć zostaje już zasugerowane w jednym z najbardziej popierdolonych prologów jakie wydało kino (z walnym udziałem nagiej lolitki, której twarz przemienia się w zarośnięte oblicze jezusopodobne), gdzie Diabeł głosem Edmunda Purdoma wygłasza wprost do widza expose na modłę Wolanda i Micka Jaggera w jednym. Tu pojawia się też najbardziej tajemnicza z dramatis personae, grany przez doskonale znanego fanom grozy Richarda Johnsona, niejaki Dimitri. Ex-kochanek Jessiki, jako zakładnik Diabła, pod groźbą śmierci ma dopilnować by kobieta wydała na świat plugawy pomiot bez przeszkód. Niemniej jego dalsze intencje wydają się mocno nieprzeniknione. Aż do końcowego, upiornego plot twistu nie dowiemy się czy Dmitri zamierza uratować kobietę (jak przekonująco perswaduje jej mężowi), czy też ostatecznie ją pogrążyć. Napięcie generowane tym wątkiem to jedna z największych, dramaturgicznych wygranych filmu.

Tempo całej historii jest dość ospałe, zadbano jednak o przeciwwagę w zróżnicowanej, pulsującej stronie wizualnej, wykreowanej na kształt niekończącego się montażu atrakcji. Składa się na to bogactwo ujęć montażowych, lustrzanych odbić, czy multiekspozycji, które utkane z neutralnych, ulicznych obrazów w świetle dnia sklejają się w niepokojący kontrapunkt dla coraz mroczniejszej treści (świetna robota zdjęciowa skredytowanego jako współreżyser Roberto Piazzoliego). Wszystko to pięknie płynie w rytm nietypowej jak na horror muzyki Franco Micalizziego, pełnej jasnych syntezatorowych pasaży, streetowego funku i natchnionego, czarnego soulu. W pamięci pozostają sceny miejskiego, samotnego dryfowania Jessiki i Roberta, gdzie ta pierwsza w ramach ciążowego łaknienia pożera znalezioną na chodniku rozdeptaną skórkę z banana, a drugi jest napastowany prze Murzyna grającego jazz nosem na flecie. Italo-weirdowe, groteskowe zwiastuny zbliżającego się triumfu Ciemności. Nakręcony w San Francisco (plenery) i Rzymie (wnętrza studyjne) film odniósł spory sukces kasowy: przy budżecie 350 tys. $, w samych Stanach zarobił 15 milionów. W trakcie dystrybucji Assonitis sięgnął do praktyk godnych Williama Castle’a – podstawieni figuranci symulowali omdlenia na seansach, przed kinami stały karetki pogotowia, a dłuższą, reżyserską wersję filmu (pt. Devil Within Her) wyświetlano w systemie „vibrasound” z kombinacją szeregu głośników basowych dostarczających niskotonowej orgii dla ciała i ducha. Warner Brothers wytoczyło twórcom Beyond the Door proces o plagiatowanie Egzorcysty domagając się 2 milionów $ rekompensaty i udziału w przyszłych zyskach. Sąd rozstrzygnął sprawę na korzyść powoda.


1978 – Ring of Darkness (reż. Pier Carpi) – Caligula

Zaczyna się od popisów pląsających niewiast, które wyglądają, jakby żywcem urwały się ze świątyni bogini Wenus. W tle skocznie przygrywa na keyboardzie Claudio Simonetti z Goblin (soundtrack skomponował jednak nie on, a Stelvio Cipriani, przy czym ciekawostkę stanowi fakt, że później jego fragmenty zostały wykorzystane w anglojęzycznej wersji Szczątków [1982]), podczas gdy do rozanielonych nimf dołączają męscy tancerze, a one same zaczynają zrzucać odzienie, odsłaniając imponujące kształty. Jak się później okaże, to nie żadna rzymska orgia, a sabat wiedźm, które podpisały cyrograf z Rogatym (który ma tu wygląd zgoła casualowy, pewnikiem by tym łatwiej zwodzić białogłowy). Nie uprzedzajmy jednak faktów: w następnej kolejności poznajemy parę głównych bohaterek, matkę i córkę, które zachowują się jakby miały zaraz sobie łby pourywać, nawet najbłahsza wymiana zdań w ich wykonaniu brzmi jak kłótnia. Napięcie pomiędzy rodzicielką a pociechą ma jednak swoją przyczynę: córuchna zaczyna przeczuwać, że w jej egzystencję zamieszane są bliżej niesprecyzowane, złe siły. Ich źródłem są właśnie niecne pakty matki z czasów burzliwej młodości. Córa zachowuje się więc coraz bardziej dziwacznie, kradnie lalki, wrzuca je do wody i chowa obcięte paznokcie w doniczce z kwiatami. Czyżby była opętana przez demona?

Film Pier Carpiego z reguły wrzucany jest do jednego wora z całą rzeszą rip-offów Egzorcysty (1973), w których masowej produkcji przodowali w latach 70. w szczególności Włosi. Sam reżyser oburzał się na to porównanie, obstając przy tym, że film nakręcił na podstawie własnego opowiadania, które napisał jeszcze w latach 60. Jego wersję zdaje się potwierdzać fakt, że po wstępnym montażu producenci zażądali zmian w strukturze filmu, aby ten bardziej przypominał wielki hit Williama Friedkina. Nawet jednak po tych zabiegach ciężko mówić o bezwstydnej kopii — wątek egzorcyzmów pojawia się tu wprawdzie, ale szybko zostaje porzucony (owe egzorcyzmy odbywające się pod czujnym okiem księdza bardziej przypominają zresztą… czarną mszę, z udziałem roznegliżowanych czarownic i opętaną dziewką leżącą pośrodku wielkiego pentagramu z dumnie wyeksponowanym bobrem), a główną stawkę stanowi tutaj pojedynek pomiędzy córką a matką, z czego to ta pierwsza z czasem wyrasta na główny czarny charakter opowieści, jako w pełni samoświadoma, niszczycielska osóbka. Bzdur scenariuszowych tu bez liku, niektóre wątki pojawiają się i urywają bez logicznego rozwinięcia, a dialogi są miejscami tak nonsensowne, że nie sposób nie parsknąć śmiechem. Jest jednocześnie miejsce na psychodeliczną atmosferę, częste rozbieranki (zarówno matka, jak i córka mają nudystyczne ciągoty; warto przy tym odnotować, że wcielająca się w małoletnią diablicę Lara Wendel miała na etapie kręcenia 13 lat, co w połączeniu ze sporymi ilościami ekranowej golizny w jej wydaniu stawia dzieło Carpiego w dość niezręcznej od strony etycznej sytuacji) i okazjonalne zabawy oświetleniem – forma zdecydowanie wygrywa z treścią. Mamy wszak do czynienia z rozbestwionym wytworem makaroniarskiego kina gatunkowego, plującym logice w oczy i śmiejącym się przy tym szatańsko. Nie jest to najlepsze, co znajdziecie w temacie diabelskich wycieczek pobratymców Mussoliniego, nie jest to nawet ścisła czołówka, prędzej jeden z maruderów na tyłach, ale każdy wytrawny koneser włoszczyzny znajdzie tu odpowiednią dozę delicji do wyłapania.


1987 – Książę ciemności (reż. John Carpenter) – Caligula

Po porażce w box office Wielkiej draki w chińskiej dzielnicy (1986) i deprymujących doświadczeniach z dużymi hollywoodzkimi studiami John Carpenter postanowił wrócić do robienia filmów z mniejszymi budżetami. Udało mu się podpisać kontrakt z niezależną wytwórnią Alive Pictures, który dawał mu całkowitą swobodę twórczą i budżet wysokości 3 milionów dolarów. Zafascynowany na tym etapie fizyką kwantową twórca napisał scenariusz horroru inspirowanego między innymi klasycznym science-fiction Quatermass i studnia (1967) – idea, która legła u podstaw projektu, wedle słów samego reżysera, zakładała połączenie wątku odwiecznego zła z naukowym podejściem.

Akcja filmu osadzona została w opustoszałym kościele położonym w słynącym ze skrajnej biedy śródmieściu Los Angeles. Katolicki ksiądz (Donald Pleasence) odkrywa, że w jego podziemiach od wieków ukrywany jest pojemnik wypełniony tajemniczą substancją. Wedle znalezionej w świątyni pradawnej księgi ta ciecz to nic innego jak Anty-Bóg, Szatan, czyste zło zabaryłkowane i trzymane w ryzach przez tajne stowarzyszenie mnichów. Kapłan zgłasza się do swego dawnego znajomego, profesora fizyki kwantowej (Victor Wong), z prośbą zbadania niezwykłego znaleziska. Naukowiec zgadza się i wraz z grupą swoich studentów tworzy w opuszczonym kościele laboratorium badawcze. Wkrótce skrzyknięty naprędce zespół będzie świadkami przebudzenia się pradawnego zła…

Księcia ciemności najłatwiej byłoby opisać jako skrzyżowanie Ataku na posterunek 13 (1976) z Mgłą (1980) – znajdziemy tu bliźniaczy względem pierwszego z wymienionych motyw oblężenia, jak i podobną do drugiego atmosferę oraz rozbudowaną ekspozycję. Znów jest to zatem Carpenter oparty głównie na klimacie, porzucający kosztowne efekty specjalne z Coś (1982) czy wspomnianej Wielkiej draki…, stawiający budowanie napięcia nad ekranową akcję. I jako powrót do korzeni film sprawdza się nader udanie, oferując intrygującą — nawet jeśli niekoniecznie oryginalną — historię i skromne, acz miłe dla oka efekty praktyczne. Tu i ówdzie trafi się hołd dla włoszczyzny, czy to będzie „robaczywe” gore à la Fulci, czy przywodząca na myśl Argento scena morderstwa dokonanego przez bezdomną z użyciem nożyczek. Ciekawym zagraniem jest również motyw proroczych wizji podanych w obskurnej, VHS-owej estetyce (Carpenter zarejestrował te sceny na kamerze wideo, a następnie sfilmował już na taśmie celuloidowej obraz wyświetlany na ekranie telewizora). Nad całością góruje zaś pesymistyczny finał, który zdaje się wprost stwierdzać, że los ludzkości jest przesądzony, bo odwiecznego zła nie sposób pokonać – sam reżyser lubi zresztą podkreślać, że Książę to część jego „apokaliptycznej trylogii”, zapoczątkowanej przez Coś, a zamkniętej przez W paszczy szaleństwa (1994).

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *