Udręka i ekstaza za murami klasztoru, czyli 11 grzechów głównych nunsploitation

A cross upon her bedroom wall

 From grace she will fall

 An image burning in her mind

 And between her thighs

(Type O Negative „Christian Woman”)

Modlitwy do szatana, habity zarzucone na nagie ciała, samobiczowanie, masturbacja krzyżem, erotyczne przygody z towarzyszkami niedoli – taki obraz życia zakonnego wyłania się z jednego z najbardziej perwersyjnych podgatunków kina eksploatacji – nunsploitation. Inspirowani zarówno prawdziwymi historiami (Mniszka z Monzy czy sprawa zakonnic z Loudun) jak i dziełami innych filmowców (prekursorskim Häxan (1922) czy Diabłami (1971) Kena Russella), twórcy nurtu zaglądali za mury klasztorów, by przedstawić nam swoją fantazję na temat tego, do czego może prowadzić celibat, seksualne represje oraz chrześcijańskie poczucie winy. W tym świecie łamanie konwenansów spotyka się z karą cielesną wymierzaną przez surową matkę przełożoną, seks stanowi zarówno źródło przyjemności jak i narzędzie dominacji, a opętanie może jawić się niczym wyzwolenie spod jarzma represyjnej religii. A kiedy sytuacja zaczyna wymykać się spod kontroli do akcji wkracza Święta Inkwizycja, która z lubością naprostowuje grzeszne siostrzyczki poddając ich nagie ciała torturom.  

Nuns have no fun – śpiewał King Diamond za czasów Mercyful Fate. Po lekturze naszego tekstu z pewnością zmieni zdanie.

Justine de Sade


1972 – Sex Life in a Convent (reż. Eberhard Schröder) – Caligula 

W 1970 roku na rynku niemieckim premierę miała książka Günthera Hunolda pt. Schulmädchen-Report, w której autor zawarł wywiady z 12 dziewczynami w wieku 14-20 lat. Przedmiotem rozmów były ich doświadczenia seksualne. Bestsellerowa książka posłużyła za podstawę filmu o tym samym tytule, który – w związku z ogromnym sukcesem w kinach (do dzisiaj obraz znajduje się na liście 5 największych hitów kasowych w Niemczech) – doczekał się 12 sequeli oraz masy spin-offów, skupiających się na życiu intymnym przedstawicielek różnych profesji i grup społecznych w RFN (m.in. Schüler-Report, Lehrmädchen-Report, Tanzstunden-Report). Sex Life in a Convent aka Die Klosterschülerinnen to jedna z wielu tego typu produkcji, w tym przypadku opisująca przygody uczennic ze szkoły zakonnej. Zgodnie z konwencją (stojący za kamerą Eberhard Schröder miał na swym koncie również cztery odsłony cyklu Hausfrauen-Report, nakręcone w latach 1971-1973) otrzymujemy serię krótkich historii, przedstawiających przypadki nastolatek wychowywanych w murach katolickiej szkoły. Dziewczęta są w „tym wieku”, toteż w głowie im tylko seks, co miejscami przynosi katastrofalne rezultaty. Każdej z nowel towarzyszy krótkie wprowadzenie od wszechwiedzącego narratora, a tonacja poszczególnych fragmentów jest różnoraka: od zdecydowanie dramatycznej (mamy tu m.in. gwałty i samobójstwo) po frywolną (pierwsze seksualne eksperymenty z koleżankami, niespełnione miłostki). Wymowa całości jest jednak poważna, a same siostry zakonne – w odróżnieniu od tego, co przedstawia większość filmów z nurtu nunsploitation – to nie zdeprawowane nimfomanki, a stateczne opiekunki, starające się zapewnić swym podopiecznym możliwie jak największa ochronę (nawet jeśli czasem nie rozumieją naturalnych potrzeb podlotków o buzujących hormonach). Ze względu jednak na swój epizodyczny charakter, jest to nad wyraz lekka i łatwa w odbiorze rozrywka, do tego – jak na dzisiejsze standardy raczej grzeczna. O miotaniu bluźnierstwami na prawo i lewo czy masturbacji relikwiami w każdym razie możecie zapomnieć.


1974 – Flavia, the Heretic (reż. Gianfranco Mingozzi) – Caligula

W roku 1480 wojska Imperium Osmańskiego najechały włoskie miasto Otranto. W trakcie trwającej ponad rok okupacji, z rąk najeźdźców zginęło 800 mieszkańców miasta, którzy odmówili przejścia na islam. We wrześniu 1481, po kilku miesiącach oblężenia ze strony zjednoczonych sił chrześcijańskich, Turcy poddali się i wycofali. Na tle tych prawdziwych wydarzeń Gianfranco Mingozzi osadza historię Flavii (Florinda Bolkan), zakonnicy, która pod wpływem starszej, doświadczonej siostry, zaczyna kwestionować swe powołanie. Oddana na wychowanie do zakonu we wczesnej młodości, Flavia nagle buntuje się przeciwko woli ojca, zadaje niewygodne pytania, a gdy u bram miasta zjawią się Muzułmanie – przechodzi na ich stronę. Zostaje kochanką ich przywódcy Ahmeda (Anthony Higgins) i – wykorzystując specjalne względy, jakie ten jej okazuje – mści się na swych dotychczasowych ciemiężycielach… Bliżej tu do fresku historycznego, aniżeli pierwszego z brzegu, opływającego bezeceństwami nunsploitation. Co nie oznacza, że takowych tutaj nie znajdziemy! Tortur, krwi, seksu i golizny jest pod dostatkiem, tyle że stanowią one elementy składowe fabuły, nie zaś – jak często miewa to miejsce – fabuła jest im podporządkowana. Film otwiera sekwencja profanacji kościoła przez grupę tarantystek, które w przyodzieniu niekompletnym oddają się swej dionizyjskiej pasji we wszystkich zakątkach Domu Bożego. Będąca świadkiem tych wydarzeń bohaterka rzuca w kierunku figury Chrystusa śmiałe pytanie „Czemu Bóg jest mężczyzną?”. Obserwując gwałty dokonywane przez lokalnych możnowładców oraz męki jakim poddawane są na każdym kroku kobiety (scena przypalania i odcięcia sutka – ukazana z pełnymi detalami!), porzuca zarówno habit, jak i wiarę, za swojego towarzysza mając wzgardzonego przez otoczenie, uczonego Żyda. Można by więc łatwo dostosować obecną tu narrację do współczesnych realiów, potraktować całość jako alegoryczną przypowieść o wykluczeniu, poszukiwaniu własnej drogi itd. Z tym że Flavia wnet sama wchodzi na drogę przemocy i przeobraża się w bezwzględnego kata, bez cienia litości obchodząc się ze swymi pobratymcami, za co w końcu spotka ją najwyższa kara. Ponury, nihilistyczny, a miejscami również narkotyczny (kapitalne sceny wizyjne w drugiej połowie, które mają w sobie coś z surrealistyczno-pejotlowego ducha Jodorowsky’ego) odprysk odwiecznych prawideł historycznych, przepięknie sfotografowany przez Alfio Continiego (m.in. Zabriskie Point [1970], Nocny portier [1974]). 


1975 – Satánico Pandemonium (reż. Gilberto Martínez Solares) – Justine de Sade

Siostra Maria wydaje się istnym wcieleniem dobroci i niewinności. Gdy ją poznajemy zbiera kwiaty na łące, bierze na ręce małego baranka. Lecz nagle w Edenie pojawia się wąż. W tym wypadku Szatan przybiera jednak postać nagiego mężczyzny, nie rezygnuje natomiast ze starej, sprawdzonej metody kuszenia jabłkiem. Początkowo siostra opiera się i ucieka, w ramach pokuty umartwia się, biczuje i zakłada cierniowy pas. Na nic to jednak, nasilające się wizje w końcu popychają ją prosto w objęcia Lucyfera. Co zabawne, całe kuszenie nie trwa wcale długo. Reżyser nie trudzi się bowiem, by pokazać nam drogę do przemiany Marii, w związku z czym po 25 minutach filmu przystępujemy do właściwych atrakcji. A atrakcje prezentują się całkiem nieźle. Uwodzenie nieletnich, oddawanie się uciechom cielesnym z inną siostrą zakonną i samym Diabłem, morderstwa. Co więcej oczy siostry otwierają się na prawdę i zaczyna dostrzegać skazy na pozornie idyllicznym obrazie klasztoru. Najbardziej urokliwym aspektem filmu są natomiast deliryczne wizje zakonnicy. Scenom, podczas których Maria widzi węże czy diabła widniejącego na portrecie w miejscu świętego, towarzyszy uderzająca znienacka, nieharmonijna i psychodeliczna ścieżka dźwiękowa. Na plus można zaliczyć również sielankowe krajobrazy, które nadają obrazowi niemal baśniowego klimatu. To co w moim odczuciu nie do końca zagrało to zakończenie. Choć scena libertyńskiej uczty przy akompaniamencie wesołej, folkowej muzyki zapowiada interesująco perwersyjną, afirmującą życie i wolność końcówkę, to finalny twist trochę ten wydźwięk zmienia. Tak jakby reżyser zatrzymał się w pół drogi, bo zabrakło mu odwagi. Jednak niezależnie od tego, meksykańskie Satánico Pandemonium z całą pewnością znać wypada, gdyż jest to jeden z najbardziej sztandarowych przykładów kina o zdeprawowanych zakonnicach.


1976 – Cloistered Nun: Runa’s Confession (reż. Masaru Konuma) – Caligula

Nunsploitation spotyka heist movie. W Japonii, gdzie katolicyzm nigdy nie był religią dominującą, a jego wyznawcy nie przekraczają 1% populacji (dokładnie rzecz biorąc zawrotne 0,34% – stan na 2021 rok), nurt „zakonny” przyjął się nad wyraz dobrze, być może dlatego, że połączenie „perwersja plus mundurki” zawsze było tam w cenie. Film Masaru Konumy pod względem fabularnym nieco odbiega od ogranego schematu „napalone mniszki ruchają się w zakonie na prawo i lewo”, bo większość akcji toczy się tutaj poza murami klasztoru. Tytułowa Runa (piosenkarka Luna Takamura) oddała swe życie Jezusowi po tym, jak odkryła że jej chłopak zdradza ją z jej przyrodnią siostrą. Życie w zakonie nie okazało się jednak wcale takie łatwe i przyjemne, choć miało też swoje plusy: Runa została tam zgwałcona przez księdza, ale poznała też smak miłości lesbijskiej, który zdecydowanie przypadł jej do gustu. Teraz dziewczyna powraca między „cywili”, by pojednać się ze wspomnianą siostrą i dawnym kochankiem. W ramach prezentu ślubnego oferuje im ziemie należące do kościoła. Czego szczęśliwcy nie wiedzą, to to że Runa nie jest już tą samą naiwną dziewką co kiedyś i ma w zanadrzu swój chytry plan zemsty…

Wyobraźcie sobie Trainspotting (1996), ale z zakonnicami zamiast szkockich ćpunów i gwałtami zamiast heroiny — oto Cloistered Nun! Twór wysoce frywolny i rozrywkowy zarazem, w którym gwałty na jęczących niewiastach są rzeczą powszechną (tu przestroga dla woke’ów, którzy nieopatrznie po obraz Konumy zechcieliby sięgnąć: w filmach pinku-eiga Japonki niestety z reguły lubią być gwałcone). Co jednak znamienne, podobnie jak w większości produkcji od wytwórni Nikkatsu, eksploatacyjne, skrajnie niepoprawne harce przyozdobione zostały w formę wysmakowaną, niekiedy wręcz o wysoce artystycznych zapędach. Konuma nie ogranicza się do machinalnych rozbieranek, ale potrafi też ekranowe bezeceństwa ciekawie zainscenizować. Mój ulubiony fragment filmu to ten, gdy podstępny kochanek dobiera się do niechętnej mu partnerki na stole bilardowym w knajpie. Pani się opiera, ale z czasem zaczyna mięknąć i wydawać z siebie jawne odgłosy rozkoszy. Nagle, tuż za oknami znajdującymi w pomieszczeniu, wjeżdża na stację pociąg kolei miejskiej, zagłuszając jęki i westchnienia. Zatrzymuje się, słychać otwieranie drzwi i wysiadających pasażerów, a tymczasem para w dalszym ciągu dokazuje aż miło. To się nazywa pięknie pomyślana scena seksu!


1977 – Love Letters of a Portuguese Nun (reż. Jesús Franco) – Justine de Sade

Uznany przez hiszpański Kościół Katolicki za jednego z najbardziej niebezpiecznych twórców, Jesús Franco pokazuje nam czym zasłużył sobie na to zaszczytne miano. Nastoletnia Maria (Susan Hemingway) zostaje zesłana do klasztoru za rzekomo nieobyczajne zachowanie. Na miejscu szybko dostrzega, że coś jest nie tak. Siostry zakonne zabawiają się ze sobą, namawiając ją do tego samego, ksiądz masturbuje się podczas spowiedzi słuchając o grzesznych fantazjach penitentek, a na ścianach wisi zadziwiająco dużo portretów Szatana. Wygląda na to, że zakon prowadzony jest przez…satanistów. Brzmi nieźle, co? Maria, która nie potrafi dostosować się do panujących tam zasad jest nieustannie karana – jej ciało obwiązywane jest cierniowym pasem, zostaje przywiązana do BDSM-owego krzyża św. Andrzeja, a jej dziewictwo zostaje złożone w ofierze samemu Szatanowi (w wyjątkowo zabawnym kostiumie!) podczas czarnej mszy. Nad filmem powiewa ducha de Sade’a, po którego reżyser z uwielbieniem sięgał podczas tworzenia wielu ze swoich obrazów. Maria jawi się niczym wariacja na temat markizowskiej Justyny – bogobojnej, niewinnej owieczki, którą los nieustannie rzuca na pożarcie wilkom. A konkretnie satanistycznym, libertyńskim zbereźnikom. Ostatecznie, po wykorzystaniu przez zakon, dziewczyna zostaje postawiona przed Inkwizycją pod zarzutem opętania. W pamięć zapada scena zapłodnienia jednej z zakonnic przez Szatana. Obrzędowi towarzyszą bluźniercze modlitwy, lejąca się krew i mroczna sceneria. Szkoda tylko, że wątek zostaje szybko porzucony. Film dostarcza nam całkiem sporej dawki erotyki i tortur, interesujących zbliżeń (np. na krew spływającą po gęsiej skórce Marii), a także bardziej konwencjonalnych uciech wizualnych w postaci malowniczych krajobrazów i imponującej architektury. Szczerze mówiąc, ja jednak liczyłam na odrobinę większą dawkę „trashu” z którego słynie reżyser. Być może wyższy budżet ujmuje trochę euro-sleazowej magii? Dużym rozczarowaniem jest również mdłe i patetyczne zakończenie, które zupełnie nie koresponduje z eksploatacyjnym charakterem filmu. Mimo wszystko, choć nie jest to ani najlepszy przedstawiciel nunsploitation, ani też najlepszy film Franco, warto dać Love Letters of a Portuguese Nun szansę, gdyż walorów rozrywkowych na pewno mu nie brakuje. Poza tym wszyscy kochamy wujka Jesúsa, czyż nie?


1978 – Za murami klasztoru (reż. Walerian Borowczyk) – Caligula 

„Genialnego pornografa” z Polski suplement do kina zakonnego niepokoju. Za murami klasztoru luźno oparte zostało na wątkach zaczerpniętych z dziennika spisanego Stendhala podczas podróży po Włoszech i wydanego jako Promenades dans Rome (1829). Fabuła ma tu epizodyczny charakter i przedstawia losy kilku młodych siostrzyczek, praktycznie bez wyjątku niespotykanie chutliwych. Borowczyk tka narrację z błahych codziennych czynności, które ubarwia rubasznymi dodatkami. Nawet bowiem te spośród zakonnic, które pragnęłyby – jak przystało na służebnice boskie – podporządkować swe życie Chrystusowi, nie mogą opędzić się od włochatych myśli, a Syna Bożego i Świętych utożsamiają z seksualnymi czynnościami: jedna w trakcie spowiedzi snuje fantazje o odwiedzinach, jakie w nocy miał jej złożyć Jezus; inna znalazłszy pewnego dnia fragment konaru uznaje to za znak od Opatrzności i rzeźbi zeń sakralne dildo, którym następnie zapamiętale masturbuje się w swej celi. Tym bezeceństwom przygląda się z rosnącą rezygnacją stara Matka Przełożona, którą wszystkie podopieczne zgodnie uznają za Antychrysta. Dużo tu zatem libertyńskiego humoru, jedna pieprzna anegdota goni następną, nie brak też – obligatoryjnej w przypadku zarówno nurtu, jak i osoby reżysera – golizny. W odróżnieniu jednak od znakomitej większości tytułów z rejonu nunsploitation, Za murami klasztoru nie epatuje scenami tortur, nie eksponuje też żadnego rodzaju seksualnej przemocy, skupiając się raczej na radosnej celebracji świeckiego hedonizmu portretowanego w „egzotycznych” dekoracjach. Inna sprawa, że ciężko by było jednoznacznie zaliczyć dzieło Borowczyka do kręgów kina czystej eksploatacji – to przede wszystkim cięta, frywolna satyra na mieszczańską mentalność. Nawet pod koniec, kiedy uderza w bardziej dramatyczne tony, nie traci kpiącego, wywrotowego tonu. Chyba nie muszę dodawać, że całość to kopalnia cudownie dopieszczonych kadrów (zdjęcia od Luciano Tovoliego, a więc zarówno Zawód: reporter [1975], jak i Suspiria [1977])?


1978 – Killer Nun (reż. Giulio Berruti) – Dr Butcher M.D.

Nunsploitation, jako jeden z podgatunków sexploitation, miał na celu ukazanie życia „za murami klasztoru” przez pryzmat perwersji, opętania i wyzwalania ukrytej seksualności, drzemiącej w pogrążonych w celibacie siostrzyczek i braci. Killer Nun to mieszanka gatunkowa, nunsploit z kilkoma erotycznymi scenami, realizowany podług schematów gialli, polegających na odkryciu tożsamości mordercy. Siostra Gertrudy, przekonująco zagrana przez Anitę Ekberg, to kobieta samotna, coraz bardziej pogrążająca się w swoim nałogu nimfomanka – morfinistka, gotowa za kolejny zastrzyk popełnić najgorsze zbrodnie. Sama aktorka twierdziła, że ta rola była dla niej wielkim wyzwaniem – jej postać dominuje nad resztą towarzystwa, całkowicie zawłaszczając sobie film. Na gruncie kina sexploitation, Killer Nun nie jest przeładowany erotycznymi scenami, to przede wszystkim więcej niż przyzwoity pod względem fabularnym, świetnie sfotografowany, zbudowany na częstych zbliżeniach obraz ludzkiego upadku. Jeden z dwóch filmów Giulio Berrutiego, scenarzysty i asystenta reżysera przy surrealistycznej Baba Yaga (a.k.a. Kiss Me Kill Me, 1973) Corrado Fariny. Coś z klimatu tego obrazu przeniknęło do Killer Nun, która momentami odchodzi w stronę psychodelicznej wizji, szczególnie w scenach ilustrujących przeżycia wewnętrzne Gertrudy. Podsumowując, erotyka w wersji softcore, lesbijskie ciągoty, wszystko jednak podlegające surowym prawom realistycznej intrygi. Na rozpoczęcie przygody z niegrzecznymi zakonnicami w sam raz.


1979 – Images in a Convent (reż. Joe D’Amato) – Caligula

Włoskie zakonnice są łatwe – taki alternatywny tytuł byłby bodaj najbardziej odpowiedni dla obrazu D’Amato. Gdzieś na włoskiej prowincji znajduje się bowiem klasztor, którego mieszkanki są wprawdzie bogobojnymi dewotkami, ale ów stan rzeczy nie przeszkadza im w oddawaniu się lesbijskim rozkoszom. Przed pożądaniem wzbraniają się jak mogą, ale koniec końców i tak zawsze zwycięża Matka Natura. Sytuacja dodatkowo pogarsza się, gdy w zakonie za swe lubieżne uczynki zamknięta zostaje młoda hrabina (Paola Senatore), która kusi i podjudza na wszelkie możliwe sposoby. A gdy w okolicy znaleziony zostaje ranny jurny kawaler (Angelo Arquilla), którego siostry wezmą pod opiekę, to blisko już do przekształcenia skostniałych murów w burdel z prawdziwego zdarzenia… D’Amato wydaje się czerpać w największym stopniu od figlarnego Borowczyka (choć w napisach na początku jako naczelna inspiracja wskazywana jest powieść Diderota Zakonnica [1760]), z tym że porzuca wszelką finezję na rzecz nieskrępowanej rozpusty. Dorzuca do fabuły kluczowy wątek szatańskiego opętania (co istotne, to obecność diabła ma być przyczyną nadmiernego pobudzenia mniszek, z tym że nawet zanim nicpoń wedrze się w ich społeczność, te już i tak dokazują nad wyraz wesoło) i bezpardonowo ociera się o twardą pornografię. Zarówno bowiem sceny siostrzanych amorów, jak i następująca w drugiej połowie sekwencja gwałtu dokonanego przez wieśniaków zawierają elementy XXX, z wyeksponowanymi w kadrze genitaliami aktorów (w odróżnieniu od wielu innych włoskich filmów gatunkowych z tego okresu nie był to wynik późniejszych dokrętek, ale zamierzony przez samego D’Amato element składowy filmu). Jedyne czego w tej rozpustnej wizji brakuje, to choćby szczątkowa logika – tutaj liczy się głównie ilość habitów zrzucanych na minutę, a wszelkie elementy krytyki duchowieństwa giną w zalewie obsadzających pierwszy plan sromów. Co jednocześnie czyni z Images in a Convent pozycję o wysoce rozrywkowym potencjale, którą docenią przede wszystkim zwolennicy makaroniarskiej fantazji.


1979 – Wet & Rope (reż. Kôyû Ohara) – Caligula 

W swoją noc poślubną Miki (Yuki Nohira) zostaje zgwałcona przez grupę napastników. Mąż, który nie zdążył skonsumować związku, nakazuje swej oblubienicy opuszczenie domu. Błąkając się po pobliskich plażach i rozważając samobójstwo, kobieta trafia w końcu do klasztoru. Okazuje się, że boska świątynia dumania w praktyce niewiele różni się od zwykłego burdelu, a wszystkie zakonnice to rozwiązłe nimfomanki i masochistki… Nunsploitation od studia Nikkatsu, a więc Roman Porno zrealizowane z kasą i stylem. Przez większość czasu dość stonowane (wbrew tytułowi nie ma tu zbyt wielu zabaw spod znaku bondage), wciąż jednak podszyte sporą dawką perwersji i bluźnierstw. Przed kuszeniem nie ma ucieczki. Dotyczy to zarówno pokutującego mnicha, jak i kryminalisty z ulicy, który w zakonie znajdzie schronienie. „Mój księże, raj jest tak blisko!” – wykrzykuje w ekstazie siostra spółkująca z lubieżnym kapłanem. Inną zaś przywiążą do krzyża, na którym zostanie wychłostana. Wet & Rope stanowi więc typową japońską fantazję na temat drzemiących w umysłach sług Bożych dewiacjach, z odhaczonymi po drodze wszystkimi punktami obowiązkowymi konwencji. Drzemie w tym surrealistyczny koncept, łączący psychoanalizę i czarny humor. Zamiast królujących w europejskiej odnodze nurtu tortur, stosów i konszachtów z diabłem, otrzymujemy radosną, niczym nieskrępowaną celebrację rozwiązłości – zamiast lamentów udręczonych ciał heretyczek mamy powracające jęki rozkoszy. Seans wieńczy wielka orgia połączona z aukcją, w trakcie której biznesmeni w murzyńskich maskach licytują upojny miesiąc miodowy na ołtarzu z zakonnicą w przebraniu Baranka Bożego. Ów baranek ostatecznie rzeczywiście okazuje się gładzić grzechy świata i wyrwawszy się z mocy nierządników, oddaje się nawróconemu przestępcy, aby odkupić jego duszę w stogu siana. Romans. Thriller. Moralitet.


1981 – The Other Hell (reż. Bruno Mattei) – Dr Butcher M.D.

W konwencie prowadzonym przez Siostrę Vincenzę dochodzi do tajemniczych wydarzeń – w podziemiach klasztoru dochodzi do mrocznych rytuałów, wobec czego na miejsce zostaje wezwany egzorcysta, ojciec Inardo oraz prowadzący śledztwo ksiądz Valerio. Wskutek ich działań okazuje się, iż miejsce jest nawiedzane przez ducha młodej kobiety, która przed laty została potwornie oszpecona… Śmierdzący serem jak stara zapleśniała gouda, The Other Hell w reżyserii Bruno Matteiego (przy pomocy Claudia Fragasso jako asystenta) jest snujem wyjątkowym. Mieszanka klasycznej fabuły znanej z innych nunsploitów, giallo i krwawego zombie horroru działa na widza wyjątkowo oczyszczająco. Niedorzeczności fabularne, improwizowane niejednokrotnie na bieżąco podczas kręcenia zdjęć wynikają ze specyfiki tego filmu – otóż dzieło Matteiego to tak naprawdę lewizna nakręcona po godzinach przez aktorów i obsługę planu innego nunsploita Brunona, The True Story of the Nun of Monza, którego fabuła opierała się na skandalu obyczajowym, do jakiego doszło w XVII wiecznych Włoszech. Jako iż reżyser był producentem tego dzieła, założył, iż ewentualne zyski pokryją dokrętkę swoistego filmowego doppelgangera; The Other Hell miało zdyskontować sukces Inferno Daria Argenta poprzez szereg nawiązań do tego i innych filmów Włocha (Mattei bezwstydnie zerżnął nawet charakterystyczną czcionkę z plakatów Inferno). Momentami ma się także wrażenie, iż na potrzeby tej produkcji Bruno idealnie podrobił styl innego włoskiego mistrza, mianowicie Fulciego, widoczny choćby w specyficznym kadrowaniu i użyciu efektów specjalnych, a także poprzez postać księdza granego przez ulubieńca Lucia, Carlo Del Mejo. Skopiowana jest także ścieżka dźwiękowa, będąca zlepkiem różnych utworów Goblinów, czasem nieznacznie przemontowanych (twórców nie było stać na opłacenie pracy muzyków nad nowym soundtrackiem). Mimo super szybkiego kręcenia całości i powyższych mankamentów The Other Hell ogląda się jednak wybornie – gęsta atmosfera rozkładu, kilka paskudnie krwawych scen, paranoiczne klimaty wąskich korytarzy i mrocznych cel zakonnych – to wszystko powoduje, że powinien dostarczyć wielu wrażeń miłośnikom włoszczyzny. Finałowy chaos tylko potęguje odrealnienie, jakie towarzyszy nam podczas seansu, nie pozwalając zapomnieć, jak szalone było kino włoskich chałturników.


1989 – Visions of Ecstasy (reż. Nigel Wingrove) – Justyna de Sade

Święta Teresa stoi pod wielkim, drewnianym krzyżem. Tuż obok niej tworzy się czerwona kałuża. Dłonie przebiła sobie gwoździami. Wijąc się w ekstazie rozsmarowuje krew ze stygmatów po twarzy i ciele. Kobieta doświadcza właśnie jednego z widzeń w którym oddaje się seksualnym uciechom ze swoją Psyche oraz ukrzyżowanym Chrystusem. Taką wizję słynnej ekstazy św. Teresy z Ávili przedstawił w swoim dziele Nigel Wingrove. Ta seksualna interpretacja mistycznych przeżyć nie spodobała się brytyjskiej cenzurze. W rezultacie BBFC (brytyjska rada cenzorów) odmówiła nadania filmowi klasyfikacji. Visions of Ecstasy to jedyny obraz, który został zakazany ze względu na bluźnierstwo na 23 lata. Patrząc z dzisiejszej perspektywy, ciężko zrozumieć dlaczego. Krótkometrażowy obraz Wingrove’a to w rzeczywistości pozbawiona dialogów, artystyczna wizja o bardzo subtelnych i wysmakowanych scenach erotycznych. Dużą rolę odgrywa tu siła sugestii prowokujących obrazów. Ci, którzy będą spodziewali się po nim typowego shockera, mogą srogo się zawieść, film przypadnie do gustu raczej wielbicielom arthouse’u doprawionego BDSM. Stylowe zdjęcia, światłocienie, stonowana kolorystyka kontrastująca z soczystą czerwienią krwi i neonowymi światłami, tworzą ciekawy wizualnie spektakl. Dodajmy do tego hipnotyczną ścieżkę dźwiękową stworzoną przez Stevena Severina z Siouxsie and the Banshees. „Ból był tak wielki, że aż zaczęłam jęczeć, a słodkość płynąca z jego nadmiaru była tak zaskakującą, że nie chciałam być go pozbawiona” – pisała św. Teresa. Jeżeli jej ekstaza zawsze budziła w Was dziwne skojarzenia to może nie warto z tym walczyć. Po prostu odpalcie ich efektowną wizualizację.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *