Blue Monday: The Passions of Carol (1975)

Carol Scrooge (znana z Memories Within Miss Aggie [1974]Rollerbabies [1976] Mary Stuart, tutaj występująca pod pseudonimem… Merrie Holiday) jest redaktorką naczelną czasopisma „Biva” (taki odpowiednik „Playboya” dla kobiet). Schludna, sumienna kobieta sukcesu, ale niech was nie zwiodą pozory, bo przy okazji to kawał wrednej jędzy. Pomimo nadciągających Świąt Bożego Narodzenia każe swym pracownikom ślęczeć w redakcji po godzinach. Zanim jednak jej bezduszność zostanie przez los należycie ukarana, kobieta dostanie szansę: odwiedzą ją trzy duchy, które pokażą jej skutki jej zachowania oraz nauczą świątecznego miłosierdzia….

Pornograficzna wersja Opowieści wigilijnej Charlesa Dickensa od Shauna Costello. Odpowiednio rubaszna i przerysowana — dość powiedzieć, że w grę wchodzi m.in. seks pomiędzy panią Scrooge a wlokącym za sobą kajdany zaświatów nieboszczykiem Marleyem. Jeśli tego typu „ulepszenia” klasycznej opowieści godzą w Wasze poczucie dobrego smaku, to należy przestrzec, że podobnych atrakcji w The Passions of Carol jest więcej, bo twórcy kierują się przede wszystkim duchem (nomen omen) bluźnierczej wywrotowości, nie zaś pielęgnowaniem tradycji kina familijnego.

Szkielet fabularny oryginalnej historii pozostaje tu jednak – jak przystało na skrojoną po Bożemu (sic!) porno-parodię — nienaruszony, liczy się wszak to, co udało się upchnąć „pomiędzy wierszami”. Duch minionych świąt przynosi więc wspomnienie zabawy „w doktora”, w trakcie której udający dzieci dorośli aktorzy dokazują w przeróżnych seksualnych pozycjach (odtwórców w scenie jest troje: dwie kobiety i jeden mężczyzna) aż miło. Costello nie pozostawia wiele wyobraźni i pedał hardcore’owego ślizgacza dociska do maksimum w momencie, gdy jedna z aktorek penetruje pochwę drugiej za pomocą ręki dziecięcej lalki, czemu towarzyszą przebitki na infantylne rysunki przedstawiające pozycje rodem z Kamasutry i… splamione krwią dziecięce krzesełko. Cóż, nikt nie obiecywał, że będzie lekko i przyjemnie, w końcu to rzecz od twórcy Water Power (1977).

Nieco cieplej robi się w przypadku ducha teraźniejszości, który prezentuje zgoła niewinne zapasy pośród świątecznych pakunków i dekoracji w wykonaniu państwa Hatchetów, w których wcielili się Jamie Gillis i Kim Pope. Prawdziwie mroczne tony — wzorem Dickensowskiego pierwowzoru — pojawiają się w wizji przyszłości, kiedy to lądujemy wraz z bohaterką na ulicach Nowego Jorku, w towarzystwie ćpunów i alfonsów, pośród szemranych sex shopów z peep showami. Carol jest tu ulicznicą, najtańszą dziwką, która w noc wigilijną zaciąga do swojego podłego lokum przypadkowego klienta, by go zaspokoić i zarobić kilka marnych dolców. Ostatni segment nie ma w sobie już nic z wigilijnego ducha, to oddychające zatęchłym powietrzem zakazanych przybytków z 42nd Street speluniaste porno.

Costello operuje — co widać już na pierwszy rzut oka — nad wyraz skromnym budżetem, ale pomimo tego udało mu się poszczególnym odsłonom nadać odrębny sznyt, wyczarować tu i ówdzie śnieżno — świąteczny klimat i na dokładkę uraczyć widza garścią delikatnie psychodelicznych wizji. Kostiumy wyglądają, jakby ekipa zwinęła je z podrzędnego teatrzyku, scenografia wali tekturą, a na soundtrack składają się kradzione Xmasowe melodie i… fragmenty Tubular Bells Mike’a Oldfielda. Cudem jakimś wszystko to zgrabnie się klei, choć przyznam, że akurat obecny tu i ówdzie rubaszny humor niekoniecznie do mnie trafia, podobnie jak finałowa przemiana Carol — nawet jeśli podyktowana książkowym pierwowzorem — wydaje się zbędna, zważywszy na cokolwiek dwuznaczny charakter przedsięwzięcia. Z drugiej strony: czyż bywalcy śmierdzących potem, moczem i innymi wydzielinami ciała kin porno nie mają też prawa do odrobiny nadziei?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *